Menu
Plakat z filmu Tully

Tully – nowy film z Charlize Theron – recenzja

Tully (2018)

Reż. Jason Reitman

Ocena: 8/10

Wszyscy, którzy myśleli, że „Tully” jest słodko-gorzką komedią, która z dobrodusznym dystansem opowiada o codziennych perypetiach matki trójki dzieci, czeka niezłe zaskoczenie. Efekt współpracy reżysera Jasona Reitmana oraz zdolnej scenarzystki Diablo Cody ma bowiem do zaoferowania znacznie więcej, niż obiecuje zwiastun. Myląca kampania promocyjna filmu prezentuje tę historię jako lekkostrawną opowiastkę, stanowiącą niezobowiązującą oraz mało wymagającą rozrywkę. Tymczasem problemy, z jakimi wojuje grana przez Charlize Theron bohaterka, noszą piętno intensywnego, egzystencjalnego horroru, ukazującego grozę prozy życia z bezwzględnością Ingmara Bergmana. Podszyte zgryźliwą ironią sytuacje, częściej niż rozbawienie, wywołują desperacki uśmiech, stanowiący reakcję obronną spowodowaną bolesnym ciągiem zdarzeń przedstawionym na ekranie. Autorzy słynnej „Juno” na nowo interpretują motywy swojego największego hitu, lecz tym razem podchodzą do nich z godną podziwu dojrzałością.

Przeciwności losu

Kameralny obraz zmagań protagonistki z przeciwnościami losu – chorobą syna, kryzysem małżeńskim oraz kłopotami z określeniem własnej tożsamości – urzeka znakomicie rozpisanymi kwestiami bohaterów. Pamiętne rozmowy mają w sobie ładunek emocjonalny opowiadań Raymonda Carvera, słynnego amerykańskiego pisarza znanego z dobitnie naturalistycznego stylu. Mięsistość słownictwa w mistrzowski sposób rysuje skomplikowane portrety psychologiczne, jednocześnie unikając popadnięcia w pułapkę pretensjonalnej werbalnej szermierki. Cięte riposty oraz złośliwe uwagi nie mają na celu pokazywania błyskotliwości twórców, a raczej służą do podkreślenia absurdu nieodzownie związanego z życiem każdego człowieka. Gdy ciężar trudnych wyborów staje się nieznośnie uwierający, nawet załamanie nerwowe przestaje być adekwatną reakcją. Homo sapiens, będąc gatunkiem z góry skazanym na klęskę, namaszcza autoironię na lojalnego kompana, trwającego przy nim niczym najwierniejszy giermek.

Kreacja Charlize Theron

Siłą napędową całości jest oczywiście kreacja Charlize Theron. Znana m.in. z takich dzieł jak „Monster” czy „Mad Max : Fury Road” aktorka po raz kolejny udowadnia zawodową wszechstronność. Oto intrygująca osobowość, radząca sobie zarówno z odgrywaniem twardzielek kina akcji, psychopatycznych morderczyń, jak i jednostek, z którymi może utożsamić się każdy widz. W granej przez nią Marlo odnajdziemy odbicie nieodłącznych elementów dorosłości, czyli naszych prywatnych frustracji oraz lęków. Obserwując tę trzydziestoparolatkę, widzimy buzujące w niej emocje, lecz nawet podczas najbardziej intensywnych sekwencji nie odczuwamy teatralnej przesady. Nie ma w tym filmie ani jednego przerysowanego gestu czy fałszywie wyglądającej mimiki. Jej ekranowy partner – Drew, a także pozostali członkowie obsady również wykonują kawał dobrej, aktorskiej roboty, lecz ciężko nie zauważyć, iż grają w zupełnie innej lidze niż koleżanka po fachu. Nie wiem, czy mamy tu do czynienia z oscarową rolą, ale jestem pewny, że o tej roli będę pamiętał przez długi czas.

Spójna konstrukcja

Twórców należy pochwalić również za ścisłą, spójną konstrukcję historii. Trwający trochę ponad dziewięćdziesiąt minut dramat sprzedaje najważniejsze informacje w pigułce, skutecznie omijając ryzyko niepotrzebnych dłużyzn. Dzięki wspomnianej kreatywnej dyscyplinie obraz ma potężną moc oddziaływania, porównywalną do szybkiego, efektywnego nokautu. Skondensowana fabuła zmierza do poruszającej puenty z impetem pędzącego na złamanie karku bolidu, po drodze taranując wszelkie złudzenia widowni. Nic tylko przyklasnąć odważnej decyzji, aby w czasach rozciągniętych do granic możliwości, kilkugodzinnych pokazów pseudoartystycznego bełkotu, opowiedzieć o sprawach ważnych przy pomocy bardziej przyziemnych środków.

Reżyseria

Podoba mi się również dość specyficzna, reżyserska maniera. Z jednej strony mamy do czynienia z gwiazdorskim dream teamem biorącym udział w przedsięwzięciu skierowanym do masowego targetu, lecz autorska wizja przypomina raczej idee kanonu niezależnej kinematografii, funkcjonującej na obrzeżach hollywoodzkiej rozrywki. Poszczególne wątki posiadają wręcz europejski fason, zbliżony do pozycji, które co roku wygrywają festiwale w Cannes czy Berlinie. Na szczęście górnolotne ambicje są odpowiednio wyważone, dzięki szczypcie czerpiącego pełnymi garściami z dobrodziejstw popkultury, rubasznego, jankeskiego poczucia humoru.

Podsumowanie

Ta przejmująca tragikomedia jest więc czymś więcej niż tylko poprawnie zrealizowaną opowieścią o trudach macierzyństwa. To, mówiąc wprost, jeden z najbardziej przerażających filmów dekady. Brutalna szczerość twórców sprawia, że seans nosi znamiona katartycznego przeżycia, zwieńczonego zimnym potem oraz garścią niepokojących refleksji. Dzięki wyśmienitemu scenariuszowi oraz ujmującej grze aktorskiej „Tully” ma spory potencjał na zapisanie się złotymi zgłoskami na kartach historii X muzy. Cieszy mnie zwłaszcza artystyczny rozwój Diablo Cody, która nareszcie w pełni wykorzystała swoje możliwości i wykreowała coś, co z czystym sumieniem można nazwać majstersztykiem.

__________________________

Autor : Łukasz Krajnik

Fot./plakat: © Bron Studios, Right Way Productions, Denver and Delilah Productions, Creative Wealth Media Finance

Artykuły powiązane

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018