Menu

Jonny Greenwood – Gorzki smak wygórowanych oczekiwań

Jonny Greenwood – Phantom Thread (Original Motion Picture Soundtrack)

Gatunek : muzyka filmowa

Ocena : 6/10

Przystępując do recenzji ścieżki dźwiękowej, należy sobie zadać kilka bardzo ważnych pytań. Na przykład warto się upewnić, czego tak naprawdę oczekujemy od tego typu produkcji, ponieważ każda opinia, choć oczywiście czysto subiektywna, powinna być przynajmniej odrobinę sprawiedliwa.

Jonny Greenwood

fot: Empik

Największy problem sprawia przylepienie podobnym wydawnictwom odpowiedniej kategorii. Podczas rozkładania propozycji Jonny’ego Greenwooda na czynniki pierwsze, musiałem wybierać pomiędzy dwoma, kompletnie różnymi dziennikarskimi strategiami. Bardziej tradycyjne podejście zakładało analizę albumu w kontekście elementu dopełniającego sztukę filmową, zaś inna taktyka kazała traktować krążek jako niezależny byt, całkowicie oderwany od  reżyserskiej interpretacji.

Ja postawiłem na drugi wariant i postanowiłem skupić moją uwagę jedynie na dźwiękach, wymazując istnienie nominowanego do Oscara arcydzieła Paula Thomasa Andersona z pamięci.

Wspomniana decyzja okazała się dość ryzykownym posunięciem, gdyż z jednej strony pomogła docenić kompozytorskie umiejętności członka zespołu Radiohead, ale też wpłynęła na nieco surowszy końcowy osąd. Utwory napisane przez charyzmatycznego muzyka musiały pobudzić  zmysły bez czynienia aluzji do wyjątkowo udanego seansu. Odbieranie omawianego tekstu kultury w formie niezależnego przedsięwzięcia, wrzuciło go do szufladki rzeczy solidnych, lecz niezbyt odkrywczych.

Zacznijmy może od przyjemniejszej części mojej roboty, czyli wymienienia zalet. Jednym z najmocniejszych punktów całości jest godna podziwu elegancja, bijąca z niemal każdej melodii. Szykowność zastosowanej formy nadaje im charakter delikatnie pieszczących bębenki, wytwornych impresji. Każda sekunda smakuje niczym wyrafinowany posiłek w ekskluzywnej restauracji. To przykład płyty, której najlepiej słuchać w smokingu.

Podobać może się również minimalistyczna filozofia Greenwooda, któremu udało się uniknąć patosu nawet przy aranżowaniu tych mocno dynamicznych fragmentów. Brytyjczyk uczynił z potencjalnie pompatycznych chwil, subtelne epizody zachęcające do długich oraz owocnych refleksji. Narzucona przez niego narracja nakreśla zarys pewnych historii, ale nie sugeruje ich ostatecznego kształtu. Taka postawa pozwala odbiorcy na interpretacyjne pole do popisu, mnożące intrygujące obserwacje oraz rozważania.

Myli się jednak ten, kto uważa tę płytę za stuprocentowo finezyjną zabawę dla spragnionych wykwintnych wrażeń. Spostrzegawczy słuchacz na pewno zauważy, że wyszukana powłoka kryje w sobie niewielki, ale zauważalny cień niepokoju. Odgrywane przez orkiestrę ornamentowe błyskotki spowija melancholijna mgła, stopniowo i metodycznie pochłaniająca instrumentalny wdzięk. Mimo  że nazwanie tego zjawiska grozą byłoby nadużyciem, to już takie pojęcia jak „gęsta atmosfera”, czy „rozedrganie emocjonalne” pasują idealnie.

No tak. Jest miło, wyjątkowo, a nawet niejednoznacznie. Więc z czym mam kłopot? Otóż muszę się przyczepić do kilku niedoskonałości natury formalnej. Bardzo rozczarowująca jest do bólu precyzyjna konstrukcja albumu. Jonny prezentuje światu kolekcję wychuchanych kompozycji, przewidywalnych niczym happy end w przeciętnej komedii romantycznej. Poprzednie dokonania gitarzysty Radiohead intrygowały burzliwą sumą pęknięć oraz zarysowań, wtrącających nietuzinkowość do pozornie standardowych utworów, tymczasem temu soundtrackowi brakuje odwagi, by złamać z góry założoną, bezpieczną konwencję. Szlachetna stylistyka niby uwodzi, ale tak naprawdę nie ma do zaoferowania nic ponad szablonową rozrywkę.

Ostrożność, z jaką autor przedstawia swoją sztukę, wpływa także na ograniczony termin przydatności do spożycia. Mam na myśli znikający z każdym kolejnym odtworzeniem, potencjał całości. Bardziej wnikliwa konsumpcja materiału rozmywa znakomite pierwsze wrażenie, czyniąc z przycisku „replay” narzędzie bezlitośnie uwypuklające wszystkie, rażące niedoróbki. Cała ekscytacja związana ze wstępnym odsłuchem gdzieś uleciała, kiedy pokusiłem się o kilka powrotów do muzycznych pejzaży Greenwooda. Urokliwe tło do opowieści o skomplikowanej relacji słynnego krawca i jego muzy gubi czar w trakcie regularnych repetycji.

Ahh.. Cóż za kłopotliwa sprawa. Takie płyty irytują mnie najbardziej. Zauważam drzemiący w projekcie potencjał, a jednak z bólem serca muszę stwierdzić, że finalny efekt jest podręcznikowym przykładem zmarnowanego potencjału. Co prawda, ciężko nie docenić oczywistego kunsztu sympatycznego Brytyjczyka, lecz pierwszorzędne rzemieślnictwo to trochę za mało, by nadać płycie miano ponadprzeciętnej. Bogaty dorobek twórcy, na który składają się takie perełki jak ścieżka dźwiękowa do „Aż poleje się krew”, czy wkład w powstawanie kultowych pozycji katalogu Radiohead (m.in. ekstraklasa rockowego kanonu jak np. „OK Computer”, czy „Kid A”), motywuje do zawieszenia poprzeczki na niebiańskiej wysokości. W końcu od artystów takiego formatu wymaga się konsekwentnej wybitności. Niesprawiedliwe? Być może. No, ale co ja na to poradzę?

Autor : Łukasz Krajnik

POLECAMY – RECENZJE VIP-A

Artykuły powiązane

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018