Menu
  • Menu
    Janina Ochojska

    Janina Ochojska – Żyję dla innych

    Z wykształcenia astronom, z powołania społecznik, na co dzień szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, która niejako przypadkiem stała się faktem i rozrosła się w niewyobrażalnym tempie. Można powiedzieć, że Janina Ochojska pomoc ma we krwi, a swoje idee zaszczepia wciąż nowym wolontariuszom, którzy – jak ona – wierzą, że świat zmienia się od pojedynczych czynów każdego człowieka, i chcą, by ich życie komuś służyło.

     

    Pomoc może mieć bardzo różne oblicza. Czy zawsze jest dobra?

    – Nie zawsze. Pomoc powinna mieć na celu rozwiązanie problemów człowieka, który jest w potrzebie. Jeżeli służy temu, żeby poczuć się lepiej, uspokoić sumienie, to już w samej intencji nie jest dobra. Sprowadza się do naszego wyobrażenia o tym, czego dany człowiek potrzebuje, a to błąd. W pomaganiu najważniejsze jest to, żeby poznać rzeczywiste potrzeby tego, kogo chcemy obdarzyć pomocą. Najlepiej, kiedy ta pomoc jest tworzona razem z tą osobą. Z doświadczenia wiem, że to działa.

    Zaczynając misję w Sudanie Południowym, nie decydowaliśmy o tym, co jest jego mieszkańcom najbardziej potrzebne. Nasz kolega jeździł po wioskach, rozmawiał z ludźmi i na tej podstawie uznaliśmy, że najpotrzebniejsza jest woda. Przy tym nie budujemy studni gdzie popadnie, losowo zaznaczając palcem miejsce na mapie. Rozmawiamy z lokalnymi władzami, szefami wiosek – to oni decydują, gdzie powinny powstać studnie. Takie myślenie o pomocy sprawdza się niezależnie od jej skali i rodzaju. Łatwo jest wrzucić pieniążek do puszki i nie ponosić odpowiedzialności za to, co z tym datkiem się stanie. Podejmując się pomocy, bierzemy odpowiedzialność za czyjeś życie, za jego jakość. Nie możemy wtedy myśleć o poprawie własnego samopoczucia.

    Zawsze miała pani potrzebę niesienia pomocy innym i angażowania się w inicjatywy społeczne?

    – Miałam 13 lat, kiedy postanowiłam zostać astronomem. Wtedy absolutnie nie myślałam, że będę robić to, co robię teraz. Z drugiej strony od dziecka jestem niepełnosprawna, dzieciństwo spędziłam głównie w ośrodkach dla dzieci niepełnosprawnych, rzadko bywałam w domu. Wychowywano nas tak, żebyśmy sobie wzajemnie pomagali. Obowiązkiem każdego z nas była pomoc tym, którym trudniej jest się poruszać. Odkąd pamiętam, zawsze było we mnie poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Wpojono mi przekonanie, że żyję przede wszystkim dla innych.

    Polska Akcja Humanitarna była zatem naturalną konsekwencją wpojonych wartości?

    – I tak, i nie, bo o powstaniu PAH-u mimo wszystko w dużej mierze zadecydował przypadek, który też był związany z moją niepełnosprawnością. W pewnym momencie potrzebowałam skomplikowanej operacji kręgosłupa, której nikt w Polsce nie chciał się podjąć. Dzięki pomocy ludzi, których nawet nie znałam, trafiłam do Francji, a tam poznałam organizację humanitarną EquiLibre, która powstała w latach 80. w celu udzielania pomocy w Polsce. Z czasem, kiedy w latach 90. trwała wojna w Bośni, sama zaangażowałam się jako wolontariuszka w jej działania. Nie dlatego, że chciałam na stałe zaangażować się w organizowanie pomocy, raczej byłam ciekawa, jak wygląda przygotowanie konwoju, organizacja pomocy humanitarnej.

     

     

    Do Sarajewa pojechałam w październiku 1992 r. z francuską organizacją wiedziona ciekawością, ale ten wyjazd – mimo że nie wynikał ze szlachetnych pobudek – był decydujący. Pomyślałam, że Polska otrzymała tyle pomocy, że też powinna nieść pomoc potrzebującym. Wtedy pracowałam w Katedrze Astrofizyki PAN i swoją przyszłość wiązałam z nauką. Ta praca była wówczas spełnieniem marzeń, ale wyjazd do Sarajewa sprawił, że zapragnęłam zorganizować konwój z pomocą z Polski. Wyjechał on 26 grudnia 1992 r., a w jego skład wchodziło 12 ciężarówek i autokar z dziennikarzami. Kiedy wróciliśmy, czekały już kolejne ciężarówki z darami, które ludzie zorganizowali w międzyczasie. Machina sama się nakręcała. Niestety drugi konwój zakończył się tragicznie, bo został ostrzelany i zginęła francuska wolontariuszka, a dwóch polskich kierowców zostało rannych. Musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie: „Co dalej?”. Kiedy o tym rozmawialiśmy na gorąco, doszliśmy do wniosku, że strzały snajpera nie mogą wstrzymać pomocy humanitarnej.

    Postanowiliśmy kontynuować wysyłanie konwojów. O tym, że zajęłam się pomocą humanitarną na poważnie, zadecydowały dwie rzeczy. Po pierwsze fascynacja tym, że można tyle zrobić dla innych. Poza tym kiedy po roku zostałam wybrana przez Wspólnotę „Kobietą Europy” i wróciłam z ceremonii wręczenia nagrody, a na lotnisku czekali na mnie dziennikarze, uświadomiłam sobie, że nie ma odwrotu. Stałam się znana, łatwiej mi było dotrzeć do ofiarodawców i do mediów – czułam, że dostałam szansę, żeby kontynuować te działania i docierać do ofiar wojen i klęsk. Czasem zastanawiam się, czy chciałam być lepsza, robić coś dobrego, czy po prostu tak a nie inaczej ułożyły się okoliczności.

    Chociaż jest pani astronomem i marzyła pani o karierze naukowca, życie napisało zupełnie inny scenariusz, niezwiązany z zawodem. Cieszy się pani z podjętych decyzji, które zaważyły na pani życiu, mimo że początkowo miała pani zupełnie inny pomysł na siebie i przyszłość?

    – Bardzo się cieszę, bo dzięki temu mam poczucie, że zmieniam świat na lepsze oraz świadomość, że może to robić każdy człowiek. Nie jestem lepsza od innych. Wydaje mi się, że organizowanie pomocy humanitarnej jest ważniejsze od zgłębiania tajemnic wszechświata. Poza tym, prawdę mówiąc, czuję, że nie byłabym wielkim naukowcem. Astronomia była moją pasją, ale miałam wokół siebie o wiele zdolniejszych kolegów, którzy znacznie chętniej spędzali godziny nad książkami. Zawsze byłam typem społecznika, angażowałam się w działania opozycji, „Solidarności”, bo uważałam, że taka aktywność ma sens, że nie można się odgrodzić nauką. Szczerze mówiąc, nie dałabym astronomii zbyt wiele, a mam poczucie, że w rozwój pomocy humanitarnej w Polsce miałam istotny wkład.

    Początki PAH-u nie wskazywały, że pani dzieło nabierze aż takiego rozmachu, a dziś mija 25 lat, odkąd machina ruszyła. Co zadecydowało o tym, że inicjatywa tak dobrze się sprawdziła i rozwinęła na taką skalę?

    – Przede wszystkim ludzie. Do PAH-u przychodzili ci, którzy dzielili ze mną pasję, idee, wartości. Wszyscy uważaliśmy, że świat jest podzielony niesprawiedliwie i my, żyjąc w bogatym społeczeństwie, nie możemy się zamykać na problemy tych, którym przyszło żyć w zupełnie innych warunkach – ofiar wojen, ludzi, którzy żyją w skrajnym ubóstwie. Od początku fundacja była naszym życiem, tu nie liczy się godzin pracy. Wiemy, że od naszego zaangażowania zależy życie innych. Konwoje szybko przestały nas zadowalać i zapragnęliśmy zorganizować pomoc poprzez stałe misje w danych krajach.

    Zaczęło się od Kosowa i Czeczenii. Wciąż chcieliśmy więcej. Myślę, że sukces PAH-u polega właśnie na tym, że tak wielu ludzi udało nam się przekonać, że pomoc, którą niesiemy, ma sens. Zależało nam, żeby była ona nie tylko skuteczna, lecz także transparentna – by nie budziła wątpliwości, na co są przeznaczane zdobyte środki. Na co dzień mamy poczucie, że robimy coś dobrego. Studnie, ujęcia wody to konkretna pomoc, która pozostała i służy ludziom. Jeżeli człowiek wierzy w to, co robi, ma poczucie, że jego życie czemuś służy, to trudno o lepszy zastrzyk energii i motywację do pracy.

     

     

    Czy trudno było znaleźć współpracowników godnych zaufania, którzy myślą podobnie i mają te cechy, których oczekuje pani od swojego zespołu?

    – To długotrwały proces. Zespół nie powstaje z dnia na dzień. Z tych, którzy ze mną zaczynali, dwie osoby już nie żyją, ale są z nami ludzie związani z PAH-em kilkanaście, a nawet 20 lat. Jedni przychodzą i odchodzą, bo uznają, że to nie jest zajęcie dla nich, bo mieli zupełnie inne wyobrażenie o tej pracy, która okazała się znacznie cięższa, niż im się wydawało, albo oczekiwali większych zarobków, a pensja w fundacji nie pozwala na zbyt wiele. Inni odnajdują się w pracy w PAH-u i akceptują warunki, bo dzielą z nami te same ideały – ci zostają na dobre.

    Jakim stara się pani być szefem, stojąc na czele organizacji, która jest dziełem pani życia?

    – To się zmienia. Nigdy nie chciałam być szefową i nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek mogę zarządzać ludźmi, więc kiedy zespół był jeszcze bardzo młody, musiałam się wiele nauczyć. Pamiętam, że w tym okresie byłam bardzo niecierpliwa, oczekiwałam natychmiastowych efektów. Teraz, mimo że jestem wymagająca wobec siebie i innych, wiem, że na rezultaty trzeba poczekać. Mam świadomość, że muszę ludziom poświęcić czas, przekonać ich do swojej idei i przekazać wiedzę. Sama staram się pracować tak, jak chciałabym, żeby pracował każdy z moich kolegów. Z czasem zmienia się też tryb mojej pracy, bo zdrowie coraz częściej nie pozwala mi na wykonywanie zadań w terenie.

    Teraz jestem głównie szefem przez Internet, zarządzając z domu, ale staram się w coraz większym stopniu oddawać pewne zakresy odpowiedzialności tym, którzy już potrafią to robić lepiej ode mnie. Moim zadaniem jest teraz doprowadzić do tego, żeby beze mnie fundacja trwała i żeby pracownicy nigdy nie zapomnieli, że najważniejsi są ludzie, którym służymy – ich dobro jest wartością nadrzędną. Moja rola jest dziś znacznie inna niż w początkach PAH-u – teraz wspieram go przede wszystkim PR-owo, staram się nagłaśniać nasze działania i pomagać ludziom zrozumieć, na czym polega nasza praca, ale również właściwa pomoc, w której każdy z nas może mieć indywidualnie swój udział, nie marnując jedzenia, oszczędzając wodę, nie kupując ubrań, które niewolniczo szyją dzieci. Musimy pamiętać, że ofiarami wojen i nierówności społecznej są niewinni cywile, którzy nie mają wpływu na politykę i żyją z dala od decyzji, które mają wpływ na światowe interesy. Nie mam ambicji, żeby zmieniać politykę, ale głęboko wierzę, że świat zmienia się od pojedynczych czynów każdego człowieka.

    Pomaganie, nawet w ramach organizacji, która ma znacznie większe możliwości niż osoba prywatna, zawsze jest kwestią wyboru. Jak dzielić pomoc na potrzebną i bardziej potrzebną? Jak wartościuje pani cele w działalności PAH-u?

    – W PAH-u mamy określony zakres działania – pomagamy ofiarom konfliktów zbrojnych, kataklizmów i długotrwałego ubóstwa. Na obecnym etapie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy np. będziemy potrafili pomóc ofiarom trzęsienia ziemi w Nepalu. Organizując pomoc, każdorazowo obserwujemy reakcje ludzi i mediów, bo to w dużej mierze decyduje o sukcesie akcji. Za każdym razem myślimy o tym, żeby okazać ludziom w potrzebie solidarność, ale odpowiedź na nasz apel bywa zaskakująca, niekiedy pozytywnie, jak w przypadku zbiórki na rzecz ofiar tsunami w Japonii, gdzie nie liczyliśmy, że Polacy okażą się tak hojni, tymczasem datki pozwoliły nam odbudować dwa przedszkola.

    Teraz analizujemy, czy jest szansa na pomoc mieszkańcom Bangladeszu i części Birmy, gdzie muzułmańska część społeczeństwa – prawie pół miliona ludzi – została zmuszona do opuszczenia domów z powodu prześladowań religijnych. Rodzaj pomocy na danym terenie uzależniamy od zebranej kwoty, a ta zależy od szczodrości osób indywidualnych, ale także instytucji międzynarodowych, które przeznaczają środki na pomoc humanitarną. Jeżeli potrafimy dotrzeć do poszkodowanych, mamy wyniki, wykazujemy się umiejętnościami organizacyjnymi, możemy liczyć na większe wsparcie na realizację danego projektu. Na szczęście cieszymy się zaufaniem i jesteśmy pozytywnie oceniani, a co za tym idzie – zwykle możemy liczyć na przychylność. Obecnie mamy misje w pięciu krajach, m.in. od roku w Iraku, gdzie zaczynaliśmy od bardzo ograniczonych środków. Wytrwała praca w terenie skutkuje wypracowaniem kontaktów, a te przekładają się na efektywność pomocy.

     

     

    Obszar działalności, jaki pani wybrała, burzy teorię, że lepiej dawać ludziom wędkę niż rybę, bo ci, którym PAH niesie pomoc, potrzebują do życia podstawowych produktów. Zdobycie ich wymaga nakładów i pozyskania sponsorów. To najtrudniejsze zadanie?

    – To nie do końca tak, bo pomoc PAH-u nie sprowadza się do dostarczania produktów. W obozach dla uchodźców budujemy sanitariaty, dodatkowo w regionie kupujemy niezbędne produkty, a do Sudanu nie zawozimy żywności, tylko tworzymy tam dostęp do wody, dając ludziom możliwość samodzielnego uprawiania ziemi w porze suchej. To pozwala im uniezależnić się od pomocy humanitarnej. Tak naprawdę to jest naszym głównym celem. Oczywiście wojny w Syrii, w Iraku, na Ukrainie wymagają rozdawnictwa, ale to pomoc tymczasowa, a my już myślimy, jak pomóc ludziom odbudować ujęcia wodne i szkoły po zakończeniu konfliktu. Pozyskanie finansów nigdy nie jest łatwe, ale z każdym projektem nabieramy doświadczenia i dzięki temu pomagamy już milionom ludzi.

    Jeśli spojrzeć na hojność darczyńców, czy w polskim społeczeństwie wiele osób stać na bezinteresowność? Chcemy i potrafimy pomagać?

    – Chcemy i potrafimy, tyle że polska dobroczynność ma pewną szczególną właściwość – jesteśmy nad wyraz „akcyjni”. Proszę spojrzeć na popularność wszelkich akcji, poczynając od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, kończąc na naszych zbiórkach. Polacy chętnie uczestniczą w różnych nagłośnionych akcjach. Znacznie trudniej jest z pomocą regularną, choć rośnie grupa osób, które wybierają jakąś organizację i regularnie przekazują jej określoną kwotę na zasadzie stałego zlecenia w banku. Zachodnie społeczeństwa są przyzwyczajone do tej formy wsparcia, u nas to wciąż niewielki odsetek. Zaufanie do organizacji pozarządowych jest ciągle zbyt małe, ale niewątpliwie świadomość społeczna rośnie i pomoc jest coraz bardziej zauważalna.

    Czy miewa pani poczucie, że pomoc niesiona innym odbywa się zbyt dużym kosztem, że jest okupiona wyrzeczeniami?

    – Nie, bo świadomie podjęłam pewne decyzje i prowadzę takie życie, jakie chcę. Nie muszę się niczego wyrzekać. Oczywiście praca na misjach wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami. Pracownicy humanitarni są skazani na takie same warunki życia, jakie są naturalne dla mieszkańców Iraku czy Sudanu. Dziewczyny na misji w Somalii nie mogą sobie pozwolić na krótkie spódniczki ani na wyjście na piwo do miasta, ale czy to jest wyrzeczenie? Wierzę, że ważniejsze niż intensywne życie towarzyskie czy dostęp do dóbr konsumpcyjnych jest przebywanie w miejscu, gdzie jest się autentycznie potrzebnym. Wszystko zależy od tego, na czym nam w życiu zależy.

    Jako szef wymaga pani zarówno od siebie, jak i od innych. Zdarza się, że pani odpuszcza, bo tak po ludzku brakuje sił, energii, wiary?

    – Nigdy nie nachodziło mnie zwątpienie, bo zbyt mocno wierzę w sens swojej pracy. Na obecnym etapie ze względów zdrowotnych nie mogę pracować tyle co wcześniej, większość czasu spędzam w domu, więc zmienia się moja rola, ale jestem szczęśliwa, że są w fundacji ludzie, którzy potrafią przejąć to, co zaczęłam. To naturalna kolej rzeczy. Z drugiej strony chcę wierzyć, że jeszcze zdołam uporać się z moimi problemami zdrowotnymi i będę mogła w większym stopniu wspierać kolegów i koleżanki w biurze PAH-u w Warszawie.

    Czy kiedykolwiek traktowała pani chorobę jako przeszkodę w realizacji celów, marzeń? Buntowała się pani przeciwko losowi?

    – Trafiłam na bardzo dobrych wychowawców, którzy potrafili pokazać mi wartość mojej niepełnosprawności. Uświadomili mi, że nie określa ona tego, jakim jestem człowiekiem. Nigdy nie traktowałam tego jak przeszkody. Nawet teraz, kiedy jestem bardziej „uziemiona”, dzięki nowoczesnym narzędziom komunikacji nie czuję się mniej potrzebna.

    Zgadza się pani z opinią, że dobro powraca?

    – O tak! Mam naprawdę dobre, ciekawe życie. Spotykam się z ogromną serdecznością. Niedawno dostałam tytuł doktorat honoris causa na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Na uroczystość przyjechali pracownicy fundacji, a także wielu moich przyjaciół z różnych stron Polski. Usłyszałam tyle miłych słów, że naprawdę czułam się doceniona – to dla mnie niesłychanie ważne, bo to, co robię w PAH-u, jest całym moim życiem. Takich sytuacji doświadczam bardzo często.

     

     

    Każdego dnia angażuje się pani w pomoc najbardziej potrzebującym. Czy sama umie pani przyjmować pomocną dłoń?

    – Nie mam z tym problemu. Jako osoba niepełnosprawna zawsze potrzebowałam pomocy i nie boję się o nią prosić. Są okresy, kiedy jestem bardziej samodzielna, a są takie – jak teraz – kiedy jestem bardziej zależna od innych. Wiele osób niepełnosprawnych ma problem z proszeniem o pomoc, bo przez to czują się gorsi. Ja wręcz przeciwnie – uważam, że ani ja, ani ludzie, którym pomagam, nie są gorsi.

    Czy podczas wielokrotnych wyjazdów na misje towarzyszył pani strach? Udało się pani oswoić to uczucie?

    – Nie powiedziałabym, że strach. Raczej świadomość zagrożenia – niezbędna w pracy humanitarnej, na terenach konfliktów zbrojnych. Strach nie może nas paraliżować, powinien raczej wzmagać czujność i pobudzać zmysły, żeby być w gotowości do właściwej reakcji. Na misjach trzeba znać zasady bezpieczeństwa, wiedzieć, jak się poruszać, czego unikać. Każdego ranka myślę o pracownikach PAH-u, którzy są na misjach, narażeni na szereg zagrożeń, i z niepokojem sprawdzam maile. Kiedy pierwszy raz jechałam do Sarajewa, była we mnie głównie ciekawość. Na miejscu przekonałam się, że w tych trudnych do wyobrażenia warunkach też żyją ludzie, którzy mają swoje radości, kochają, starają się funkcjonować normalnie, mimo tego, co dzieje się na zewnątrz. Na misjach trzeba obserwować lokalną ludność, bo oni najlepiej znają zagrożenia i wiedzą, jak się poruszać, by ich uniknąć.

    Każda misja uczy czegoś nowego?

    – Tak, bo każda ma inny przebieg i jest realizowana w innych warunkach. W Czeczenii nauczyliśmy się ufać lokalnej ludności, która najlepiej zna teren. Dzięki temu można uniknąć wielu niebezpieczeństw. Dla kontrastu w Sudanie trzeba zwracać uwagę na zupełnie inne rzeczy. Tam już nie są ważne miny, ale np. skorpiony, które też trzeba omijać z daleka. Na Haiti po trzęsieniu ziemi panował taki rozbój, że trzeba było bardzo się pilnować, żeby móc cokolwiek zdziałać. W praktyce każdy kraj uczy czegoś innego, ale jednocześnie każdy uświadamia, że ludzie wszędzie pragną tego samego – bezpiecznie żyć i wychowywać dzieci, mieć co jeść, rozwijać się.

    Rozmawiała: Małgorzata Szerfer-Niechaj

    Fot. Polska Akcja Humanitarna

     

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *