Menu
Zbigniew Wodecki

Zbigniew Wodecki – Dystans przychodzi z czasem

Rynek muzyczny wciąż wypełnia się nowymi wykonawcami, ale prawdziwym artystom konkurencja niestraszna. Są twórcy, którzy od dziesiątek lat utrzymują się na scenie i cały czas są słuchani oraz doceniani. Niektórzy mają to szczęście, że po 40 latach kariery znów debiutują i przeżywają drugą młodość wraz ze swoimi starymi piosenkami, które na nowo zachwycają publiczność i przyciągają na koncerty tłumy fanów, a ci dowodzą, że muzyka łączy pokolenia. Jaki jest sekret? Umiejętności i dystans do popularności

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Ostatnio pańska płyta nagrana z Mitch&Mitch Orchestra and Choir stała się wydarzeniem – słupki sprzedaży szaleją, bilety na koncerty rozchodzą się jak świeże bułeczki, a pan odbiera liczące się nagrody rynku muzycznego. Jak się pan czuje, będąc znów na topie ze swoim debiutanckim, zapomnianym repertuarem, który teraz robi furorę?

– Z tym nowym starym repertuarem czuję się jak na egzaminie. Ilekroć występuję z materiałem ze swojej płyty z 1976 r. w nowym wydaniu, mam wrażenie, że znowu podchodzę do matury, bo tych piosenek nikt nie zna. Ja sam musiałem się ich na nowo nauczyć po 40 latach. Dlatego czuję się, jakbym zaczynał od zera. Mam swój stały, lubiany przez publiczność repertuar, który ludzie znają, bo występuję z nim od lat, ale to, co wydarzyło się w ubiegłym roku, kiedy nagrałem płytę z Mitch&Mitch, w dalszym ciągu mnie zdumiewa.

Co takiego się stało, że album stał się wydarzeniem?

– Do tej pory nie mogę tego zrozumieć, ale Bogu dziękować, że tak się stało. Dzięki zespołowi Mitch&Mitch moja muzyka sprzed 40 lat została odkryta na nowo i podoba się szerokiej publiczności, łącznie z młodzieżą. To wielkie zaskoczenie. Miałem szczęście, że moja debiutancka płyta przez przypadek wpadła w ręce Mitch&Mitch i zespół zaproponował mi współpracę. Wystąpiliśmy wspólnie w Trójce i na Off Festivalu, i okazało się, że to żre. I oby żarło jak najdłużej.

O tym, jakim fenomenem jest płyta „1976: A Space Odyssey”, która pokryła się zlotem, świadczy choćby fakt, że pokonał pan popularnych wykonawców młodego pokolenia w konkursie Fryderyki, odbierając aż dwie statuetki – za Album i Piosenkę Roku.

– Nie musiałem ich pokonywać – to nie w tych kategoriach. Choć inicjatywa muzycznej nagrody branżowej jest bardzo dobra, to w paru przypadkach z werdyktem bym polemizował. Ale to kwestia smaku. Do tej pory nie ceniłem Fryderyków, zgodnie z teorią, że nie ceni się tych nagród, których się nie dostało – już cenię. Poszedłem na ich rozdanie, bo uznałem, że wypada. Jednak fajnie jest znów debiutować po 40 latach robienia kariery.

Jest pan kojarzony z festiwalami o utrwalonej renomie, takimi jak Sopot czy Opole. Teraz jest pan częstym gościem scen offowych. Czy różnica jest odczuwalna? Jakie znaczenie ma dla pana miejsce występu i publiczność, którą on przyciąga?

– Formuła festiwalu się zdewaluowała. Festiwale zostały zastąpione przez wydarzenia przypominające dyskotekę, gdzie zupełnie nie chodzi o jakość artystyczną tylko o to, by za wszelką cenę przypodobać się publiczności i koniecznie zaprezentować jej hiciora. Te imprezy są świetne pod względem dźwiękowym, technologicznym, widowiskowym, ale wrażliwi artyści mają znikome szanse, żeby się przebić przy okazji tego typu imprez, bo są za mało komercyjni. Zmierzam do tego, że świetnych artystów próżno szukać na znanych festiwalach transmitowanych w telewizji.

Oni przenieśli się na sceny offowe albo wręcz grają po piwnicach, bo żeby pokazać, co się potrafi, trzeba mieć więcej niż trzy minuty. W ostatnich latach świat skomercjalizował się do tego stopnia, że im więcej wykonawca umie, tym bardziej oddala się od publiczności, bo słuchacze nie są przygotowani na konfrontację z jego umiejętnościami. Publiczność musi uczyć się słuchania muzyki, tak samo jak jedzenia nożem i widelcem, bo trzeba mieć wiedzę, żeby odróżnić jelenia na rykowisku od Bruegela albo „Szła dzieweczka do laseczka” od Mozarta.

Zbigniew WodeckiKomercja zabija sztukę. Tak się w dzisiejszych czasach porobiło, że tym, którzy mają status gwiazdy i występują na festiwalach, często daleko do młodych zdolnych, którzy grają w garażach i nie mają z czego żyć. W radiu zbyt mało jest miejsca dla prawdziwych talentów. Na szczęście w Internecie młodzi ludzie mogą pokazać, co potrafią, i wielu z nich jest w tym, co robią, genialnych.

Jak już się uda artyście zaistnieć, a oprócz umiejętności ma odrobinę szczęścia, musi się zmierzyć z popularnością. Pana zdaniem ma ona więcej blasków czy cieni?

– Dziś, żeby cokolwiek osiągnąć, trzeba mieć tego szczęścia całkiem sporo. Jeśli zaś chodzi o popularność, wszystko zależy od tego, jak się do niej podchodzi. Jeśli komuś zależy wyłącznie na sławie, rozpoznawalności, zdjęciach i całej show-biznesowej otoczce, czeka go rozczarowanie i cierpienie, bo za głupotę się płaci. Co innego, jeśli jest się znanym, bo dużo się umie, a do tego dokonuje się dobrych wyborów artystycznych. Takim artystom nie zaszkodzi ani popularność, ani jej brak, bo najgorsze, co może ich spotkać, to fakt, że nie znajdą się na okładce albo na pierwszym miejscu listy przebojów.

Ci, którzy nie mają popularności, często mają coś lepszego, czego brakuje celebrytom, a mianowicie pasję. Sam jestem muzykiem, skrzypkiem i przeszedłem przez wszystkie etapy popularności, łącznie z próżnością na granicy narcyzmu, ale nigdy nie brakowało mi samokrytycyzmu. Od dziecka miałem poważnych nauczycieli muzyki. Gdy miałem pięć lat, godzinami przesiadywałem w filharmonii, słuchając Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, bo grał w niej mój ojciec, a z czasem również ja.

Już w dzieciństwie zaczynał pan od Bacha…

– To była świetna szkoła klasyki. Przerobiłem największych kompozytorów: od Bacha, przez Mozarta, Chopina i Beethovena, po Czajkowskiego. Mówię z goryczą o tych, którym się wydaje, że coś umieją, bo widzę, jak nie doceniają artystów muzyków, którzy siedzą za plecami „gwiazd” i zarabiają jedną dwudziestą tego, co osoba przy mikrofonie, która ma ładnie wyglądać i nauczyć się śpiewać kilku piosenek – im prostszych, tym lepiej. Za jej plecami siedzi człowiek, który poświęcił dziesiątki lat na wielogodzinne ćwiczenia i po prostu umie. Jestem z pokolenia, któremu bardzo imponowała zachodnia muzyka angielskojęzyczna, słuchaliśmy Radia Luxemburg i aranży wielkich amerykańskich muzyków – na tym też się uczyliśmy.

Jest pan wdzięczny rodzicom, że popchnęli pana w stronę edukacji muzycznej, czy wspomina pan godziny gry na skrzypcach jako skrócone dzieciństwo?

– Rzeczywiście moje dzieciństwo poszło się bujać, ale coś za coś, nie ma nic za darmo. Chłopaki grali w piłkę, a ja ćwiczyłem. Dziś mam poczucie, że może nie do końca było mi to potrzebne, bo nie korzystam z tej wiedzy w takim stopniu, jakbym mógł. Jestem trochę rogatą duszą z tym moim muzykowaniem, ale też nikt ode mnie nie wymaga, żebym grał Wieniawskiego na koncercie. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że miałem masę szczęścia, bo wielu moich kolegów skrzypków, którzy są świetnymi muzykami, jest niedocenianych, mimo ogromnych umiejętności. Szkoda.

Czy trudno było porzucić klasykę na rzecz show-biznesu i muzyki rozrywkowej?

– U mnie właściwie wszystko samo się potoczyło w naturalny sposób. Los obdarzył mnie umiejętnością improwizowania, w związku z czym byłem zapraszany przez starszych kolegów do nagrywania muzyki do filmu, do teatru. Byłem młodym muzykiem studyjnym i byłem z tego dumny, bo nagrywałem z profesorami, którzy mnie uczyli. Przypadek sprawił, że Marek Grechuta zaproponował mi, żebym u niego zagrał, kiedy zakładał zespół Anawa, i tak miałem udział w powstaniu ich pierwszej płyty.

Gdy na jednym z naszych krakowskich koncertów usłyszała mnie Ewa Demarczyk, zaprosiła mnie do współpracy i zacząłem z nią jeździć po świecie, a były to największe estrady, łącznie z paryską Olimpią. Równolegle koncertowałem z Ewą, występowałem z Markiem, a jednocześnie udało mi się zdać do krakowskiej orkiestry symfonicznej, gdzie pracowałem na etacie. Kiedy akurat orkiestra miała wolne, w wakacje pojechałem do Świnoujścia dorobić w lokalu „Parkowa”, gdzie odbywały się festiwale studenckie FAMA, w których zresztą braliśmy udział z zespołem Anawa.

Tam dawni koledzy przychodzili napić się ze mną wódki, a jeden z nich, gdy mnie usłyszał, zaprosił mnie do audycji „Wieczór bez gwiazdy”. Po audycji zaproponowano mi nagranie piosenki w Warszawie. I tak – przypadkiem, przez splot szczęśliwych zdarzeń – zaczęło się moje śpiewanie. Potem zacząłem wygrywać ze swoimi piosenkami na festiwalach, w tym na premierach w Opolu. Machina sama mnie wciągnęła, ja mogę jedynie mieć czyste sumienie, że optymalnie wykorzystałem to, co mi natura dała – smykałkę do muzyki, nie tylko poważnej.

Czy ma pan dziś poczucie, że wybrał pan dobrą drogę?

– Robi pani ze mną wywiad, więc się opłacało. Na pewno był to właściwy kierunek, bo nic innego nie potrafiłbym robić.

Publiczność uzależnia?

– Do tej pory pozostała mi przypadłość z dzieciństwa – zawsze denerwuję się przed występem, ale jak tylko wychodzę do publiczności, od razu się uspokajam, bo wiem, że mam misję do spełnienia – przekonać ludzi do muzyki, którą im proponuję. Na szczęście mam zróżnicowany repertuar, który trafia zarówno do starszych, jak i do młodszych. Moja kariera tak się ułożyła, że z każdego jej okresu mam piosenkę, która broni się po latach. Nawet taki hit jak „Chałupy” broni się jako pastisz. Ale gram też piosenki, które są po prostu ładne, i chociaż nie są hitami, mam nadzieję, że będą długo słuchane, tak jak piosenki pisane sto lat temu, które do dziś ludzie nucą.

Czy teraz, gdy występuje pan na nieco innych scenach i trafia do młodych ludzi z odświeżonym repertuarem, trema jest większa?

– Scena jest ta sama, trema jest ta sama, zmienia się tylko samopoczucie. W moim przypadku na lepsze. Bogu dziękować. Kariera artysty przebiega trochę poza nim. Wszystko zależy od tego, jak człowieka lansują, co puszczą w telewizji, jednak im więcej artysta włoży serca, uczucia i umiejętności w swoje dziełko, tym dłużej ono żyje. Tak zaczyna się twórczość i rodzi się prawdziwa muzyka. Z drugiej strony, im szybciej wylansuje się przebój, który nagle wskakuje na szczyty list przebojów, tym szybciej stamtąd spada – wtedy jest po przeboju, a często również po tak zwanym artyście. Trzeba cierpliwie robić swoje i czekać na swój czas, a ten w końcu przyjdzie, jeśli ktoś jest dobry. Wtedy nawet kiedy umrze, jego twórczość jeszcze długo będzie żyć. Albo nie (śmiech).

Powiedział pan, że po chwilowym zachłyśnięciu się sławą przyszedł dystans.

– Za dużo miałem do czynienia z genialną muzyką i zbyt wiele razy dostałem w łeb, żeby popadać w narcyzm. Między wygraną na festiwalu w Opolu a graniem największych twórców klasycznych jest duża przepaść, więc miałem dystans do tego, co robię. Jednocześnie bez wątpienia chciałem odnieść sukces, być rozpoznawalny i lubiany. Istotnie był okres, kiedy byłem na tym bardzo skoncentrowany, ale na szczęście to nastawienie na karierę minęło i teraz mam spokój.

Tyle że zdrowy dystans przychodzi z czasem, w moim przypadku całkiem niedawno, a wolałbym, żeby nadszedł 20 lat temu. Jednak – mimo owego dystansu – nawet dziś mam tremę i to tę gorszą, bo lekko paraliżującą, a nie mobilizującą. Na szczęście nie muszę już zdawać egzaminów i grać dyplomów przed wybitnymi profesorami. W zamian mogę cieszyć się muzyką. Mój dystans wynika z tego, że wiem, ile jeszcze nie wiem. Na tym polega sukces.

Czy teraz, kiedy tyle pan osiągnął, może pan sobie pozwolić na więcej luzu, również na scenie, i zabawę muzyką?

– Tak, w dużej mierze dzięki Mitchom. To oni wciągają mnie w zabawę, przypominają mi młode lata i okazuje się, że ten nasz entuzjazm przenosi się na publiczność, która reaguje żywiołowo.

Kariera zwykle wiąże się z wyrzeczeniami. Czy może pan powiedzieć, że podporządkował pan życie estradzie?

– To prawda. Ale od tego nie ma ucieczki. Albo dajemy się wciągnąć w wir i jesteśmy na topie, albo mamy spokój, ale nie mamy pracy, a do tego męczy nas poczucie zmarnowanego dzieciństwa. Po tylu latach ćwiczeń i ciężkiej pracy nie warto odpuszczać. To tak jakby człowiek całe życie przygotowywał się do olimpiady, pobijał rekordy, a w ostatniej chwili zrezygnował z zawodów, bo musiał odebrać dziecko z przedszkola. Sam byłem i jestem kiepskim ojcem, ale może dzięki temu, że tak często wyjeżdżałem, moje dzieci są zdrowe psychicznie, bo jestem po ojcu cholerykiem. Cieszę się, że robię to, co robię, że jestem słuchany na obecnym etapie kariery i mam nadzieję, że za 3–4 lata znowu pani do mnie zadzwoni, żeby zrobić wywiad ze mną.

Fot. archiwum artysty (1), Michał Murawski (1)

 

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018