Menu

Wiktor Zborowski – Nie jestem pazerny na sławę

Zamierzał zostać sportowcem, ale los miał inne plany. Od 40 lat gra z pasją, bo wierzy, że talent to nic innego jak chęć do pracy. Innych aktorów podziwia, ale im nie zazdrości, a ulubionym reżyserom się nie narzuca, co najwyżej skrycie liczy na propozycje – głównie filmowe, bo czuje, że na ekranie wciąż nie w pełni rozwinął skrzydła. I tak bez zachłanności i zawiści stara się odnaleźć własne miejsce, a w każdej roli daje z siebie wszystko, by spełniać oczekiwania widzów i tych, którzy mu zaufali.

Niektórzy aktorzy od dziecka czują, że scena to ich przeznaczenie, inni wybierają zawód z przypadku. Jaki był pański motyw?

– Tak naprawdę to kontuzja, bo w młodości uprawiałem wyczynowo koszykówkę na poziomie reprezentacji Polski juniorów i właśnie ze sportem wiązałem przyszłość. W klasie maturalnej, po powrocie z Mistrzostw Europy w Hiszpanii, na meczu sparingowym zerwałem wiązadła w kolanie. W tamtych czasach oznaczało to koniec kariery. W tych okolicznościach nie za bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić, a ponieważ Janek Kobuszewski jest rodzonym bratem mojej mamy, od dziecka miałem znacznie większy kontakt z teatrem niż moi rówieśnicy. Dlatego postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej, zupełnie na chybił trafił. Janek pomógł mi się przygotować, pani prof. Wanda Kruszewska z krakowskiej akademii mnie przesłuchała, po czym oboje uznali, że mogę zaryzykować. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem się, pomimo moich dość trudnych warunków, bo niewielu aktorów ma prawie 2 m wzrostu. Jak widać, nie przypadkiem zostałem aktorem, ale przypadkiem nie zostałem sportowcem.

Kontuzja była zatem szczęściem w nieszczęściu.

– Nie wiem, czy można tu mówić o szczęściu, ale niewątpliwie po 40 latach mogę stwierdzić, że w zawodzie mi się jako tako powiodło. Jak powiodłoby mi się jako koszykarzowi, tego się już nie dowiem, ale nie mam powodów do narzekania.

Z perspektywy widzi pan w aktorstwie więcej blasków czy cieni?

– Aktorstwo to bardzo trudny zawód, który łączy mozolną pracę fizyczną z pracą umysłową. Budowa roli to nie tylko poznanie psychiki bohatera i uporządkowanie psychologii, lecz także najzwyklejszy wysiłek, zwłaszcza kiedy się gra takie postacie jak Papkin. Pamiętam, że po każdym spektaklu chudłem przy tej roli jakieś 2,5 kg i czułem się, jakbym rozegrał porządny mecz koszykówki. Podobnej siły i energii wymagała rola w musicalu „Człowiek z La Manchy”. Kręcenie „Ogniem i mieczem” poprzedzał wręcz obóz przygotowawczy, żebyśmy nabrali kondycji, bo czekała nas piekielnie wyczerpująca robota. Aktor musi być przygotowany na harówkę. A blaski i cienie? Wiadomo: jeden będzie miał więcej blasków, drugi – cieni.

Do wyboru ról przydaje się intuicja?

– Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, przyjmowałem role, które uważałem za niekorzystne. To nie tyle kwestia intuicji, co raczej doświadczenia, chociaż to przychodzi z czasem. Na samym początku musiała kierować mną intuicja, bo dokonywałem słusznych wyborów, a były takie propozycje, że gdybym był bardziej pazerny na sławę mołojecką i na finanse, pewnie bym je przyjął i dziś bym tego żałował, bo byłoby to ogromnym błędem. Jednak tak zwana intuicja, która mną kierowała, miała charakter bardziej zwierzęcy niż intelektualny, podszyty przemyśleniami. Nie analizowałem swoich decyzji.

Czym się pan kieruje, przyjmując albo odrzucając propozycję roli?

– Te kryteria w zasadzie nie powinny ulegać zmianie, niezależnie, czy jest się aktorem tuż po szkole, czy ma się 40-letni staż w zawodzie. Zawsze podstawą są 3 równorzędne pytania: „co?”, „z kim?” i „jak?”. Jeżeli wszystko mi się zgadza, to nie mam wątpliwości, że warto. Przy tym są twórcy, do których jestem gotowy iść w ciemno.

Charakterystyczne warunki fizyczne są w zawodzie atutem czy przeszkodą?

– Raczej przeszkodą, zwłaszcza w Polsce, gdzie do niedawna wielu reżyserów w ogóle nie wyobrażało sobie, że mogą być aktorzy o takim wyglądzie. Dlatego szukali everymanów – typowych bohaterów, którzy nie wyróżniają się z tłumu i kojarzą się zarazem ze wszystkim i z niczym – bo wtedy jest szansa, że widz go polubi. A prawda jest taka, że bardzo często lubi się ludzi odmiennych. Z drugiej strony, nawet jeśli nie wzbudzają sympatii, i tak stanowią ciekawy materiał, bo ich „obcość” jest wartością dodaną. Dzięki określonym warunkom fizycznym wzbudzają np. strach albo śmiech. Kiedyś bardzo niewielu reżyserów to rozumiało, stąd moje prace filmowe – mimo że sporo ich było – rzadko dawały mi prawdziwą satysfakcję.

Woli pan wcielenia bliższe panu charakterologicznie czy przeciwnie – chętniej wybiera pan wcielenia, z którymi nie ma pan nic wspólnego, traktując je jako wyzwanie?

– Wszystko sprowadza się do tego, żeby być wiarygodnym. Aktorowi, który ma w sobie dobroduszność i rozsiewa wokół siebie autentyczne ciepło, bardzo rzadko udaje się być wiarygodnym w rolach postaci z kręgów zła – cynicznego łobuza, psychopaty czy zwyrodnialca. Jeśli taka kreacja się udaje, to musi to być fenomenalny aktor. Wiele zależy od reżysera, który od początku ma wizję i potrafi właściwie obsadzić aktorów. W teatrze bardziej można oszukać, poudawać, bo wielu rzeczy nie widać, ale w filmie nie uniknie się zbliżeń, najazdów kamery na twarz, które eksponują każdy szczegół i grymas. Tylko wiarygodny aktor może unieść sukces całego obrazu.

W środowisku wielokrotnie podkreśla się pańskie poczucie humoru, a widownia kojarzy pana głównie z komediami. Czy właśnie w takich wcieleniach czuje się pan najlepiej?

– Zostałem do tego przyzwyczajony zarówno przez reżyserów, jak i przez publiczność. I rzeczywiście potrafię sobie dać radę z rolami komediowymi, a to nie jest takie łatwe, jak może się wydawać. Znacznie trudniej jest szlachetnie widza rozśmieszyć, niż wzbudzić w nim wzruszenie. W całej mojej karierze zagrałem kilka ról – wydawałoby się – zupełnie do mnie nieprzystających, które zostały przychylnie przyjęte, a moją grę uznano za wiarygodną. To pokazuje, że sprawdzam się również w rolach mniej rozrywkowych.

Na ile wiedza i środki przekazywane studentom w szkole teatralnej lub filmowej są pomocne w opanowaniu sztuki aktorskiej? Każdy może być dobrym aktorem, czy potrzebny jest wrodzony talent?

– Jak powiedział ktoś mądry, talent to wyłącznie chęć do pracy, reszta to predyspozycje. Jeżeli ktoś ma wyłącznie chęci, ale brak mu predyspozycji, to nic nie osiągnie w żadnym zawodzie artystycznym. W aktorstwie zapał do roboty to za mało. Kto wie, czy predyspozycje nie są ważniejsze? Najlepiej, kiedy chęci i predyspozycji jest pod dostatkiem – wtedy można sięgnąć niebotycznych wyżyn. Szkoła uczy warsztatu, głównie teatralnego, który jest szalenie ważny w późniejszej pracy, a szkoda czasu, żeby się uczyć na scenie. Wtedy trzeba mieć już opanowaną emisję głosu, dykcję, umiejętność noszenia kostiumu, prowadzenia gestu czy interpretacji piosenki. W filmie można czasem coś wykrzesać z amatorów, bo są duble, jest montaż i są narzędzia, które pozwalają złożyć sensowną całość. Ale i wtedy bywa, że mam problem ze zrozumieniem, co aktor mówi, a zasadniczo dobrze jest rozumieć.

Do egzaminów przygotowywał pana wujek – Jan Kobuszewski. Czy którąś z jego rad lub nauk profesorów szczególnie pan zapamiętał i do dziś stosuje w pracy?

– Szczerze mówiąc, było to tak dawno temu, że nic już z tego nie pamiętam. Jeśli jednak miałbym coś przywołać, to uwagi, żebym mówił głośno i wyraźnie. Na egzaminie nie chodzi bowiem o to, bym powalił komisję na kolana i pokazał, że jestem już ukształtowanym aktorem, ale że mam pewne predyspozycje, żeby uprawiać ten zawód.

Wspomniał pan, że są reżyserzy, od których role przyjąłby pan w ciemno. Czy ma pan taki wymarzony duet? Propozycja od kogoś byłaby szczególnie mile widziana?

– Nie mam aż tak konkretnych marzeń związanych z określonym reżyserem. Na pewno jeszcze raz chciałbym zrobić film z Januszem Majewskim i z Jurkiem Hoffmannem – nie wiem, czy to się nam jeszcze uda. Ponieważ traktuję ich jak mistrzów i przyjaciół, praca z nimi jest dla mnie prawdziwym świętem. Cały czas obserwuję wielu zdolnych reżyserów, zarówno mojego pokolenia, jak i młodszych, z którymi chętnie podjąłbym współpracę, ale to od nich musi wyjść chęć pracy ze mną. Nie mogę się narzucać, bo jeszcze ich spłoszę, i po co mi to? Niedawno z przyjemnością zagrałem małą, ale fajną rólkę w filmie o Tadeuszu Kantorze w reżyserii Janka Hryniaka. To bardzo inteligentny i wrażliwy facet, z którym nie tylko dobrze mi się pracowało, lecz także rozmawiało, a to dla mnie niezwykle ważne, żebym lubił pogadać z reżyserem nie tylko o pracy. Zawsze chciałem zagrać u Agnieszki Holland, którą bardzo lubię prywatnie i podziwiam za mądrość oraz zawodowe osiągnięcia, ale nigdy nie ośmieliłem się wspomnieć, że chętnie bym z nią popracował, ani tym bardziej prosić o robotę. Aż tu nagle dostałem zaproszenie na casting, pojechałem, zrobiłem swoje i po paru miesiącach dowiedziałem się, że Agnieszka zdecydowała się na mnie, czym sprawiła mi wielką radość. Jest parę dziewczyn i chłopaków, których bardzo cenię i gdzieś w głębi duszy marzy mi się współpraca z nimi, ale którzy to reżyserzy, powiem dopiero, jak spotkam się z nimi zawodowo.

A czy wśród polskich i zagranicznych aktorów ma pan swoje niedoścignione wzorce i inspiracje?

– Dawniej strasznie podobał mi się Donald Sutherland, który pod względem warunków fizycznych jest do mnie trochę podobny, bo też jest bardzo wysoki. Zachwycała mnie jego zdolność transformacji. Polscy aktorzy nie są dla mnie wzorem, ale do niektórych mam po prostu słabość, podejrzewam, że na tej samej zasadzie co reżyserzy, którzy mają swoich ulubieńców. Oczywistym mistrzem jest Janusz Gajos. Uwielbiam patrzeć, jak pracuje Krzysiek Globisz. Fantastycznym aktorem jest Krzysztof Stroiński. Świetni są też moi młodsi, wrażliwi i wszechstronni koledzy: Jacek Braciak, Tomasz Kot, Maciek Stuhr, Borys Szyc, Wojtek Mecwaldowski, Piotr Głowacki, Grzesiek Małecki, Adam Woronowicz czy Marcin Dorociński. To wybitni artyści z najwyższej półki, przed którymi, gdyby urodzili się w innym kraju, otworem stałaby światowa kariera. Ich aktorstwo robi na mnie wielkie wrażenie. Ja po prostu się nimi zachwycam. Tak jak jeszcze młodszymi, niesamowicie uzdolnionymi artystami: Dawidem Ogrodnikiem, Tomaszem Schuchardtem czy Kubą Gierszałem, na których patrzę z podziwem. Oni wszyscy są artystami z ogromną charyzmą i niebywałym skupieniem, którzy jednym spojrzeniem osiągają więcej niż ja setkami fikołków. Nie zazdroszczę im, bo czy można zazdrościć Niagarze, że jest tak zachwycająca? Jest też wiele fantastycznych aktorek z Krysią Jandą na czele, które mnie niezwykle fascynują, ale nie będę rozpisywał się na ich temat, żeby nie narazić się żonie (śmiech).

Czy trema kiedykolwiek była dla pana problemem?

– Kiedyś w ogóle nie wiedziałem, co to trema. Im jestem starszy, tym bardziej męczy mnie niepewność związana z wątpliwościami, czy na pewno właściwie gram, czy powinienem zrobić coś inaczej. Myślę, że to wynika z odpowiedzialności wobec tych, z którymi pracuję i dla których pracuję. Za każdym razem, gdy wychodzę na scenę lub staję przed kamerą, chciałbym wypaść jak najlepiej. Mało tego, wiem, że inni mają wobec mnie oczekiwania i nie chcę ich zawieść. Kiedy byłem młody, w ogóle o tym nie myślałem.

Woli pan występować na żywo, czy być oglądany na ekranie?

– Trudno mi na to odpowiedzieć. W swoim życiu bardzo dużo nagrałem się w teatrze. Znam, rozumiem tę pracę i wiem, jaka jest ciężka. Bardziej tęsknię za filmem, bo uważam, że w tej formie nie dane mi było pokazać wszystkich możliwości. Dziś chętniej popracowałbym przed kamerą, bo choć wchodzę w trudny dla aktora wiek – niełatwo znaleźć rolę dla aktora po 60 – to jednocześnie czuję, że teraz miałbym więcej do powiedzenia.

Jak podchodzi pan do ról kostiumowych? Lubi pan wcielać się w postaci z innych epok?

– Jestem szczęśliwy, że mogłem zagrać u Jurka Hoffmana w „Ogniem i mieczem” i „Starej baśni”, bo obecnie prawie się już takich produkcji nie kręci. Dziś film historyczny odtwarza realia znacznie późniejsze, powiedzmy lata 50. XX w. Ja lubię takie wyzwania, mimo że dość męczące jest przyklejanie wąsów i innych elementów, które upodobniają do bohatera sprzed stuleci, ale jeśli charakteryzacja jest dobrze wykonana, to efekt na ekranie jest piękny i wynagradza trud.

Praca głosem w dubbingu albo przy nagrywaniu audiobooków jest większym wyzwaniem niż role, którym towarzyszy obraz?

– Dziś, kiedy technika poszła tak bardzo do przodu, dubbing to spokojna robota, chyba że podkłada się głos do produkcji rysunkowych – wtedy trzeba się nadrzeć, najęczeć i nastękać, co bywa męczące. Zupełnie inaczej było kiedyś, kiedy nagrywało się na tzw. sklejkę. Wtedy stało w studiu powiedzmy 15 osób i nagrywało się synchronicznie do skutku, dopóki nikt się nie pomyli. Dziś aktor sam nagrywa swoją partię. Z audiobookami jest większy problem, bo nie są tak popularne jak na Zachodzie. W Polsce w ogóle mało osób czyta. Rzadko też ludzie sięgają po ten wygodny zamiennik tradycyjnej książki, ale jakoś się ten rynek broni. Nagrałem mnóstwo audiobooków – może nie są to książki, które najwyżej cenię, raczej tytuły, które – mówiąc potocznie – dobrze schodzą. Jednak obok sensacji i kryminałów miałem szczęście nagrać jedną z moich najukochańszych powieści, czyli „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa w genialnym tłumaczeniu, co zaliczam do moich najważniejszych prac w całej karierze. Starałem się ze wszystkich sił, żeby nie zepsuć tego wybitnego dzieła literackiego.

W czym upatruje pan sukces duetu Super Duo z Marianem Opanią?

– Kontrasty typu mały–duży zawsze śmieszą. Do tego nadajemy z Mańkiem na tych samych falach, lubimy się i mamy podobne poczucie humoru. Występujemy dla publiczności, nie za darmo, ale artystycznie nie mamy się czego wstydzić, więc jeśli ludziom się podoba, dlaczego nie?

Jakie rady dawał pan córce, zanim zdecydowała się pójść w ślady rodziców?

– Absolutnie żadnych. Zosia wszystko, co związane z aktorstwem, miała od urodzenia w domu. Doskonale wie, na czym polega moja i mojej żony praca. Cały czas tłumaczyłem jej tylko, że mówi się o aktorach, którym się powiodło, a jest masa aktorów i aktorek, którzy nie odnieśli sukcesu. Być może są szczęśliwi, ale mają świadomość, że nie przebili się i pozostaną w cieniu. Powtarzam jej, że życie może się różnie potoczyć – można być na świeczniku albo u spodu piramidy. Wierzę, że nawet w tym drugim przypadku można odnaleźć szczęście, jeśli ma się dość pasji, ale nie każdy to potrafi.

Powiedział pan kiedyś, że jest coraz więcej festiwali i coraz mniej gwiazd. Co oznacza dziś być gwiazdą?

– Kiedyś rzeczywiście tak było. Wśród gwiazd można było wymienić parę nazwisk: Bogusława Lindę, Marka Kondrata, Beatę Tyszkiewicz, Grażynę Szapołowską, a wielu bywalców salonów było znanych tylko z tego, że są znani. Dzisiaj aktorów zasługujących na miano gwiazdy jest znacznie więcej. I nie są to gwiazdy jednego sezonu, ale zdolni ludzie z dorobkiem filmowym i teatralnym, którzy jeszcze niejedno pokażą.

Od lat nie jest pan związany etatem z żadnym teatrem. Świadomie wybrał pan drogę wolnego strzelca jako korzystniejszą?

– W 1997 r. poczułem taką potrzebę. Chciałem sam o sobie decydować zawodowo, choć to trochę złudne wyobrażenie. Ale chyba w tym bezetatowym bycie już wytrwam.
___________________________
Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Grudzińska
Fot. Zenon Żyburtowicz (3), KAPiF (2)

Artykuły powiązane

Udostępnij

8 odpowiedzi na “Wiktor Zborowski – Nie jestem pazerny na sławę”

  1. Old33 napisał(a):

    Kto dobierał te zdjęcia są koszmarne

  2. Karolina Gil napisał(a):

    ZBOROWSKI – OPANIA
    TO JEST DUET

  3. Mich66 napisał(a):

    MOJA MAMA JEST W NIM ZAKOCHANA

  4. Greg Kowalski napisał(a):

    Wielki aktor z małym przyjacielem. Zborowski + Opania

  5. #zbyszek# napisał(a):

    Ciekawy wywiad, dużo informacji, których nie przeczytamy w kolorowej prasie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018