Menu
Ola Trzaska

Ola Trzaska – o emocjach zawartych na płycie „Amulet”

Myśląc o płycie „Amulet”, Ola Trzaska tworzyła w swojej głowie krzyżówkę, której trzon stanowiły hasła: naturalność, prawdziwość, nieoczywistość, bezkompromisowość, brak schematów. To wszystko „ubrała” w dźwięki instrumentów dętych i okrasiła pozbawionymi frazesów tekstami.

Pani pierwszy album – „All Around” – przyjęto z dużym aplauzem, odniósł też sukces w postaci nominacji do nagrody Fryderyk 2015 w kategorii „jazzowy fonograficzny debiut roku”. Czy podróż, w jaką zabiera pani słuchaczy płyty „Amulet”, to ten sam kierunek co w przypadku tej pierwszej?

– Na pewno druga płyta wynika z pierwszej, która była kumulacją wielu rzeczy: energii, edukacji, rozwoju emocjonalnego. „All Around” spajała wszystkie te elementy, była jakby zlepkiem mojego życia i na tamtym jego etapie po prostu musiałam ją wydać. „Amulet” jest natomiast wynikiem tego wszystkiego, do czego doszło w moim życiu po pierwszej płycie. „All Around” jest zatem bazą, z której wyszłam, żeby stworzyć „Amulet” i przekroczyć kolejne granice.

O ile pierwsza płyta była bardziej melodyjna i odnaleźć się w niej mogli nie tylko entuzjaści jazzu, o tyle druga wymaga zdecydowanie więcej uwagi. Po raz kolejny postawiłam na emocje. Nie chciałam, żeby ktoś, słuchając „Amuletu”, powiedział: „To teraz będę siedział i analizował tekst” albo „Teraz będę przyglądał się strukturze harmonicznej”. Nie chciałam zmaterializować tego materiału – nie miał on być czymś, co da się określić czy wyrysować, nie miał być czymś oczywistym.

W jednym z wywiadów powiedziała pani: „W jazzie fascynuje mnie brak schematów”. Które z nich łamie pani za pomocą „Amuletu”?

– Na pewno zawarte na płycie piosenki nie mają standardowej budowy: zwrotka, refren, zwrotka, refren. Ich forma jest zachwiana, nieoczywista, dzięki czemu mamy – mam tu na myśli zarówno siebie, jak i muzyków – duże pole do zbudowania i rozwinięcia narracji muzycznej. To jeden z elementów zaskoczenia, który ma zapraszać do dalszej muzycznej podróży. Na przykład utwór „Horyzont” rozpoczyna się jako ballada, a jej koniec jest żywiołowy, zupełnie zróżnicowany, mógłby być odrębnym utworem.

Inny schemat, który złamałam, to świadoma rezygnacja z postprodukcji. Takie założenie towarzyszyło mi od początku, pod nie szukałam studia, które da mi taką techniczną możliwość. Chciałam, aby ten materiał był ekstremalnie prawdziwy – miał dać słuchaczowi do myślenia, pokazać mu, że muzyka jest grana przez żywych ludzi na prawdziwych instrumentach, a jej zadaniem jest tylko „przejście” kablem do nośnika i pozostanie na nim w nienaruszonej formie. Jeśli więc w którymś miejscu zachwiał mi się głos, słychać to na płycie, bo nikt tego mechanicznie nie korygował. To samo dotyczy muzyków. Jeśli tzw. riff u instrumentalisty powielał się wielokrotnie, to nie był grany tylko raz – po to, by można go było przekleić w inne miejsce – muzyk grał go za każdym razem, bo w każdym fragmencie utworu inne było natężenie dawkowania emocji. Reasumując, wszystko zostało tak, jak utrwaliła to taśma.

To duża odwaga jak na dzisiejsze czasy, w których płytę nagrać może nawet ten, kto nie umie śpiewać.

– W pewnym sensie tak, bo rzadko kto decyduje się dziś na taką technikę pracy, natomiast to wyznacznik prawdy, o którą od początku mi chodziło, i czuję wewnętrzną potrzebę pochwalenia się tym. W tę płytę włożyłam naprawdę wszystko – i jeśli chodzi o kwestie emocjonalne, i materialne. Doszłam do wniosku, że jeśli ja wykładam serce na talerzu, to całość musi być autentyczna do granic możliwości. Idąc za ciosem, zdecydowałam, że całość zrobimy techniką analogową, nie ma więc na „Amulecie” przepuszczanych przez komputer instrumentów, sztuczek jak auto-tune, co w stu procentach dało audiofilską jakość.

Czemu to dziś taka rzadkość?

– Bo muzyka stała się towarem, który ma być czysty, niezbyt wymagający, zapadający w ucho i przede wszystkim modny, a jeżeli taki jest, to automatycznie jest krótkotrwały. Ja idę w innym kierunku, chcę, aby moja muzyka była aktualna również za kilka lat, a nie przeminęła po pięciu minutach triumfu.

Czy śpiewanie po angielsku również było celowym wyborem?

– Tak, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że automatycznie odetnie to od materiału tę część słuchaczy, która lubi skupiać się wokół słowa, czy się z nim utożsamiać. O tym aspekcie płyty myślałam przez ostatnie trzy lata, bo wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Jednak finalnie uznałam, że płyta powstała z myślą o publiczności z całego świata, a głównym językiem porozumienia ma być warstwa muzyczna, czyli esencja jazzu na niej pozostała.

Ze słuchaczami rodzimymi chciałabym podzielić się następującą refleksją. Tendencją w utworach słowno-muzycznych jest punkt zaczepienia, coś, czym trafia się do słuchaczy. Jeśli kompozytor decyduje się na słowo, to warstwa muzyczna musi być trochę uboższa. Jeśli zaś uznaje, że nośnikiem emocji będzie muzyka, wówczas tekst musi zejść na drugi plan. Do takich wniosków doszłam po przesłuchaniu wielu płyt różnych wykonawców. Ci z nich, którzy na piedestał postawili równocześnie muzykę i słowa, nie mieli żadnych szans na wzbudzenie w słuchaczu emocji, bo finalnie powstały chaos i niezrozumienie. Z tysiąca płyt może 2 proc. przesłuchanych nagrań to genialne, kompletne dzieła, ale to są twory gigantów, zapisanych złotą zgłoską w encyklopediach.

Amulet” to doskonały przykład tego, że jak się chce, to można. Wielu czytelników będzie zapewne zdziwionych, że aby wydać płytę, mozolnie składała pani grosz do grosza i zaaranżowała akcję crowdfundingową. Czy dzisiejszy żywot artysty jazzowego jest rzeczywiście tak ciężki?

– Łatwy nie jest. Można oczywiście iść do wytwórni z gotowym materiałem i próbować przekonać do niego pracujących tam ludzi, co proste nie jest. Wytwórnia to biznes, a ten musi na siebie zarabiać. Jej szefowie na dzień dobry spytają, czy to się sprzeda, czy jest zgodne z aktualnymi trendami, które są haczykami na słuchaczy. Ja to podejście rozumiem, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym rezygnować ze swojej wizji i jakości artystycznej tylko dlatego, żeby coś miało się sprzedać, bo – niestety – bez pójścia na kompromis nie da się pogodzić interesów obu stron.

Fantastyczną zaletą crowdfundingu jest to, że ludzie mogą uczestniczyć w stworzeniu czegoś, w moim przypadku byli oni współwydawcami płyty. Dzięki temu wiem, że są tacy, którym zależy na mojej muzyce. Oni zaś wiedzą, że jestem niezależna, że mimo trudności chcę stworzyć coś prawdziwego, i mam wrażenie, że ostatecznie działa to na moją korzyść, bo osoby, które wrzuciły grosz do tego worka, z którego później czerpałam, uprawiają marketing szeptany. Finalnie akcja przyniosła rozgłos faktu powstawania płyty na skalę, której sama bym nie osiągnęła.

Pisze pani, komponuje i aranżuje. Która z tych aktywności sprawia pani najwięcej frajdy i dodaje skrzydeł?

– Najwięcej przyjemności dają mi chwile sam na sam z fortepianem, choć nie jest to główny instrument, na którym gram. Notabene obraziłam się na niego w trzeciej klasie szkoły podstawowej i trwałam w tym stanie do czasu, aż zaczęłam pisać piosenki. Okazało się, że przy fortepianie to się po prostu dzieje bez specjalnego wysiłku z mojej strony i sprawia mi najwięcej frajdy.

Nawiązując do tytułu płyty, czy ma pani swój prywatny amulet, który wskazuje kierunek i pomaga dokonywać właściwych wyborów?

– Takim amuletem przy tworzeniu płyty był niewątpliwie mój syn, który – kiedy nagrywaliśmy jej warstwę muzyczną – miał się niebawem urodzić. To on był tym punktem, którego się trzymałam, kiedy pojawiały się przeciwności losu i trudne emocje. Cały czas miałam w pamięci, że to, co teraz robię, zostanie na zawsze, i moje dziecko za kilka czy kilkanaście lat nie może się tego wstydzić. Stąd właśnie pójście w stronę audiofilską i dbanie o każdy szczegół tej płyty. Ostatnią piosenkę na płycie, zatytułowaną „Amulet”, pisałam i nagrywałam pod dyktando kopiącego w moim brzuchu Amka, więc to też symbol i potwierdzenie jego osoby jako mojego prywatnego amuletu.

Jest pani kompozytorką, wokalistką i flecistką z dorobkiem nie tylko dwóch płyt autorskich, lecz także chociażby mogącą pochwalić się współpracą z Urszulą Dudziak, Andrzejem Jagodzińskim, Dorotą Miśkiewicz, Ewą Bem, dla której skomponowała pani utwór „Minuty”. Brała też pani udział w projektach innych artystów. Czy oba te pola działania dają ten sam poziom satysfakcji?

– Ja lubię swoją pracę, więc nie ma dla mnie znaczenia, czy piszę dla siebie, czy dla innego artysty. Przyznam szczerze, że marzy mi się więcej takiej współpracy jak z Ewą Bem, która poprosiła mnie o skomponowanie utworu. Wiem, że mam wiele do zaproponowania, jeżeli więc ktoś nie jest zadowolony z kierunku, który obrałam, nie obrażam się – słucham uwag i przerabiam dany utwór według koncepcji artysty. To wielka satysfakcja, kiedy daję czemuś początek, a potem ktoś coś w tym zmienia i finalnie widzę piosenkę, która ma dwie „twarze”.

________________________________-
Ola Trzaska

Wokalistka jazzowa, flecistka, autorka tekstów, kompozytorka, pedagog. Absolwentka Państwowego Liceum Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz Studium Jazzowego im. Henryka Majewskiego PSJ Bednarska. Debiutowała w 2014 r. płytą „All Around”, którą nominowano do nagrody Fryderyk. W listopadzie 2016 r. ukazał się jej krążek „Amulet”, który sama stworzyła od przysłowiowej podszewki. Artystka współpracowała z Dorotą Miśkiewicz (płyta „Caminho”), zespołem Bisquit („Inny Smak”), Urszulą Dudziak, Andrzejem Jagodzińskim Trio, Ewą Bem. Dla tej ostatniej skomponowała utwór „Minuty” – znajduje się on na płycie „Albo Inaczej”. Jest dwukrotną finalistką konkursu Jazzu Tradycyjnego „Złota Tarka”, Novum Jazz Festival oraz Voicingers.

_________________________

Rozmawiała Justyna Franczuk

Fot. Karol Stańczak

Artykuły powiązane

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018