Menu
Marian Opania

Marian Opania – rzadko dotykam chmur

Ani męki przeżywane z każdym wyjściem na scenę, ani niepochlebne głosy krytyków nie są w stanie zniechęcić do zawodu aktora, który zna swoje rzemiosło, pracuje z pasją i zna priorytety, a przy tym pozostaje wierny swoim przekonaniom. Taki aktor wie, jak pokonać tremę, i które role przyjąć, a tęsknota za prawdziwą sztuką sprawia, że nie w głowie mu emerytura. Przeciwnie – chce czuć na sobie oddech widowni jak najdłużej

– O czym będziemy rozmawiać?

O aktorstwie.

– Są dni, kiedy bardzo bliskie są mi słowa mojego przyjaciela Wiktora Zborowskiego: „Czas zerwać z tym komedianctwem”. Martwi mnie to, co dzieje się z kulturą. Dawniej ulice pustoszały w poniedziałki wieczorem, bo wszyscy oglądali Teatr Telewizji. Dziś sztukę wysoką przemyca się ukradkiem. Jeżeli się tego nie zmieni, to wychowamy naród wysportowanych durniów. Dziwi mnie, że schlebia się gustom publiczności w imię oglądalności i pieniędzy z reklam. Społeczeństwo trzeba wychowywać.

Marian Opania

To coraz trudniejsze zadanie w zalewie komercyjnych produkcji rozrywkowych.

– Można to zrobić, tylko trzeba chcieć. I muszą się znaleźć na to pieniądze. Tymczasem teatry padają i mają dofinansowanie na poziomie 1/10 tego, co dostawały w komunizmie. I mówię to jako zdeklarowany antykomunista.

Czy ta diagnoza przekłada się na pana stosunek do zawodu?

– Przekłada się o tyle, że dawniej byłem wrogiem wszelkiej koturnowości naszego zawodu; uważałem, że aktorstwo nie ma nic wspólnego z misją i staniem na piedestale. Z czasem zmieniłem zdanie – aktorstwo jest posłannictwem. W dobie wczesnego, drapieżnego kapitalizmu należy wychowywać społeczeństwo, zawyżając poprzeczkę. Z całym szacunkiem dla całkiem niezłych popularnych programów rozrywkowych, obok nich musi być miejsce dla zawodowych kabaretów z prawdziwego zdarzenia i teatru telewizji. Kultura i sztuka ratowały nas w czasie rozbiorów, okupacji – dzięki nim nie zruszczono nas ani nie zgermanizowano, a dziś promuje się bylejakość i amatorszczyznę, która podoba się mniej wykształconym warstwom społeczeństwa. Ludziom wystarczy, że wyjdzie ktoś przebrany za księdza albo za kobitę, żeby rechotać. O tym mówiłem, odbierając w tym roku Wielką Nagrodę Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry” w Sopocie, przyznaną mi po takich wielkich nazwiskach, jak Gustaw Holoubek, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr, Piotr Fronczewski, Anna Polony, Anna Seniuk, Teresa Budzisz-Krzyżanowska czy Wojciech Pszoniak, a moje stanowisko, o dziwo, spotkało się z żywym aplauzem, i to ludzi młodych. To pokazuje, że nie jestem w swoim myśleniu odosobniony.

W czym widzi pan ratunek, żeby przywrócić potrzebę kultury wysokiej w społeczeństwie?

– W zmianie stosunku kolejnych rządów do kultury i sztuki. Nie licząc premier i dużych uroczystości, nie widuję w teatrze posłów. Wyjątkiem są marszałek Kidawa-Błońska, poseł Śledzińska-Katarasińska czy marszałek Borowski, który stale zasiada na widowni – dlatego się polubiliśmy. Jeżeli wypatrzę ze sceny polityka, nawet z opcji politycznej, której nie jestem sympatykiem, to zyskuje moje wielkie uznanie.

Powiedział pan, że zawód aktora to profesja z misją. Czy również z powołania? A może wszystko jest do opanowania z czasem?

– W tym zawodzie niewiele można wyćwiczyć. Z tym się człowiek rodzi. Aktor od małego marzy, żeby być kimś innym – księciem, podróżnikiem, zbrodniarzem, wspaniałym kochankiem. I ten zawód to udostępnia, pomaga wejść w skórę bardzo różnych osobowości. Jednocześnie mimo wielu lat w zawodzie pozostaję zwykłym człowiekiem, który nie cierpi rautów i bycia na afiszu. Oczywiście każdy aktor ma w sobie pierwiastek narcyzmu. Musi mieć przekonanie, że coś znaczy, bo inaczej nie miałby śmiałości wyjść na scenę.

Marian OpaniaA to wyjście zwykle kojarzy się z tremą.

– Mnie niejednokrotnie kojarzy się z drogą na szafot. Niekiedy paraliżuje tak, że nie można wydobyć głosu. To nerwy, których nikt, kto nie jest aktorem, nie potrafi sobie wyobrazić. Ale po pierwszych słowach albo taktach piosenki zapomina się o wszystkim: bólu, stracie, problemach, bo koncentruje się na widzu i na tym, czy on go kupi. Aktor czuje na sobie oddech widowni – dopóki na sali jest cisza, jest słuchany, ale kiedy ludzie zaczynają chrząkać, wycierać nosy, wiercić się, to znaczy, że coś jest nie tak. Zdarza się też, że aktor gra znakomicie, ale poprzeczka jest ustawiona za wysoko i mniej przygotowany widz nie nadąża za logiką tekstu.

Dziś trema jest taka sama jak na początku kariery?

– Większa, bo dziś ludzie mogą mnie posądzić o sklerozę. Na szczęście mam pamięć matematyczną. Od najmłodszych lat byłem dość zdolnym chłopięciem. Dobra pamięć mnie zawsze ratowała – dostawałem dobre stopnie, bo zapamiętywałem, co nauczyciel mówił na lekcjach. Dzięki niej dziś nie używam suflera. Kiedy gram, nawet nie słyszę, że ktoś coś podpowiada. Mam zdolności literackie i jeśli już się pomylę – co rzadko mi się zdarza – potrafię zgrabnie wybrnąć, w piosence nawet do rymu. Ludzie, którym zależy, a przy tym są wrażliwi i mają raczej niską samoocenę, nigdy nie wyzbędą się tremy. Niektórzy są pewni siebie i nie mają obaw związanych z wyjściem na scenę, ale wcale im nie zazdroszczę. Sztuka rodzi się w mękach. Bardzo rzadko dotyka się chmur. Większość ról jest tylko dobrym wykorzystaniem warsztatu.

Co w takim razie sprawia, że – mimo tylu minusów – wciąż jest pan aktywny zawodowo?

– Jest zbyt późno, bym został fizykiem jądrowym, którym kiedyś chciałem być. Aktorstwo bywa podróżą w zbyt złudną krainę marzeń, czasem cel jest strasznie daleko i człowiek zdaje sobie sprawę, że nie da rady zainteresować publiczności przez 1,5 godz., ale stopniowo dochodzi do tego, że chcieć to móc – na zasadzie rad Romka Wilhelmiego, który swój egzemplarz tekstu miał oznaczony dwiema powtarzającymi się literkami P i O, które, jak kiedyś wyjaśnił, oznaczały: „przypierdolić”, „odpuścić”. To głęboka prawda o każdej roli – aktor musi wiedzieć, kiedy widzem wstrząsnąć, a kiedy dać mu odpocząć. Jeżeli moi koledzy płaczą na widowni, oglądając występ, to dla mnie nie ma lepszej recenzji. Efekty mojej pracy są różne, choć zawsze tak samo się przykładam, bo w moim słowniku nie ma słowa „chałtura”. Niezależnie od tego, gdzie występuję, odkąd jako dziecko stawałem blady jak trup przed rodziną i śpiewałem albo mówiłem wierszyk, zawsze daję z siebie 100 proc. Aktor, który myśli wyłącznie, jak zachwycić swoją urodą, nie będzie dobrym aktorem. To pierwszy stopień do piekła, zaś do nieba można dojść, zapominając o swoich warunkach fizycznych. Aktor nie może mieć buzi jak lalka. Sam jestem znany z tego, że jeśli pracuję z charakteryzacją, musi to coś znaczyć. Tak było w „Moskwie-Pietuszki”, gdzie grałem alkoholika i chciałem mieć zapuchnięte, przekrwione oczy lub sprawiać wrażenie wychudzonego. W połączeniu z moim aktorstwem te zabiegi dały pożądany efekt na ekranie. Zazwyczaj jednak nie pozwalam sobie przygładzać kogucików na głowie, nakładać pudru na twarz, poprawiać krawata – chcę być naturalny jak w życiu, gdzie nie zawsze dobrze się wygląda. Z tego względu Kazio Kutz nazwał mnie swego czasu „Prawdziwkiem”.

Trudniej jest widza wzruszyć czy rozbawić?

– Rozbawić. Czuję się bardziej aktorem liryczno-dramatycznym, mimo że trzy czwarte ról, które zagrałem, to kreacje komediowe. Musiałem się tego nauczyć, bo nie miałem vis comica, która znacznie ułatwia komikowi zadanie. Na Janka Kobuszewskiego, Romka Kłosowskiego, Wiesia Gołasa wystarczy spojrzeć, żeby było śmiesznie; ja musiałem włożyć w to więcej wysiłku. Jednak już od szkoły byłem obsadzany w rolach komediowych i – ku mojemu zdziwieniu – ludzie się śmiali. Dziwnym trafem z pospolitą twarzą o regularnych rysach i wzroście 1,70 m w kapeluszu potrafiłem bawić publiczność. W pewnym momencie wrzucono mnie wręcz do szufladki, zresztą nie po raz ostatni. Ale w sumie zagrałem już kilkaset ról, więc nie narzekam na różnorodność.

Lepiej odnajduje się pan na scenie czy na planie?

– Nie hierarchizuję tych rodzajów aktorstwa. W młodości wolałem film, ale wtedy nie było dla mnie ról w teatrze.

Marian OpaniaTrudniej jest dziś wybrać dla siebie role wśród propozycji repertuarowych?

– Potężny minus tego zawodu w Polsce polega na tym, że im człowiek starszy, tym go mniej widzą. W oczach młodych widzę udawany szacunek, za którym kryje się myśl: „Teraz my, dziadku”. Mając 70 lat, pomyślałem sobie, że czas na emeryturę, że teraz zacznę łowić ryby, rzeźbić, jeździć po świecie, robić to, co sprawia mi przyjemność, a na co zawsze brakowało mi czasu. Czułem się wypalony i niepotrzebny. I wtedy nastąpił niespodziewany zwrot – propozycja amerykańskiego monodramu Glenna Bergera „W progu” w teatrze Ateneum. Po premierze pomyślałem: „Teraz to dopiero mogę”. Planów mam tyle, że głowa mała. Wiem, że wszystkiego nie zdążę, ale będę się starał, bo jestem niesłychanie uparty. Może mi to zająć lata, ale w końcu dopnę swego. Tak było z przedstawieniem „Cohen – Nohavica”, dla którego znalazłem przychylność Janusza Stokłosy i Janusza Józefowicza, ci zaś otworzyli mi drzwi w teatrze Buffo. Przeszedłem długą drogę, żeby mój spektakl wszedł na afisze, bo zależało mi, żeby wykonywane piosenki miały skrzydła, a nie skrzydełka. Dlatego część tekstów przetłumaczyłem sam, inne zleciłem tym, którzy zrobili to zgodnie z moim zamysłem. Obaj twórcy są nieco inni, ale równie tajemniczy i nieodgadnieni, można rzec „wewnętrznie niewyprasowani”, dlatego tak mi bliscy, bo sam jestem w środku cały poszarpany. Marzy mi się też wystawić „Pod wulkanem” – ponurą szkocką opowieść o tych samych problemach, które stanowiły trzon sztuki „Moskwa-Pietuszki”. Pewna bardzo ważna pani dała mi zielone światło i czeka na scenariusz. Na to jednak musiałbym przeznaczyć urlop, a chciałem odpocząć, więc w tym roku wygrało wędkowanie w północnej Norwegii za Kołem Polarnym i wypoczynek w Dębkach, gdzie urządzałem swój warsztat.

Od początku ciągnęło pana do mikrofonu, czy zamiłowanie do piosenki aktorskiej przyszło z czasem?

– Śpiewam właściwie od 4. roku życia. Moją pierwszą pieśnią była starorosyjska dumka, którą potem podkradł mi Czesław Niemen. Mam szeroką duszę, pochodzę ze Wschodu, z Lubelszczyzny, i lubię tę kulturę. Stąd moje ciągoty do Wysockiego, Okudżawy i innych rosyjskich bardów. Śpiewałem na studiach, a potem miałem krótki rozbrat z piosenką, bo uważałem się za aktora dramatycznego i marzyłem o Makbecie albo Ryszardzie III, a nie o scenie muzycznej, więc śpiewałem sporadycznie w spektaklach. Dopiero współpraca z Marcinem Wolskim przy jego kabarecie „60 minut na godzinę”, a potem z Wojciechem Młynarskim, spowodowała, że dziś niekiedy jestem mylnie brany za piosenkarza. Przez całe życie podświadomie byłem cwaniakiem i wydeptałem sobie wiele ścieżek, po których mogę zawodowo chadzać, i kiedy któreś poletko wysycha, przeskakuję na inne, dzięki czemu udaje mi się wiązać koniec z końcem.

Miał pan intuicję do wyboru ról?

– Jak sięgam pamięcią, szczególnie nie lubiłem ról komediowych, które wymagały grania w kostiumie, ale nie zawsze mogłem sobie pozwolić, żeby odmawiać. To też się zmieniło, bo wkrótce zagram w teatrze Ateneum w sztuce Moliera „Uczone białogłowy” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Wprawdzie w sztuce będą i kostiumy, i peruki, i śmiała charakteryzacja, ale to wszystko zapowiada się bardzo ciekawie.

Z teatrem Ateneum jest pan związany od lat. Dobrze mieć taką bazę? To również miejsce, gdzie kwitnie życie towarzyskie i rodzą się przyjaźnie?

– Niestety większość kolegów, z którymi się przyjaźniłem, odchodzi. Przychodzą młodzi, zdolni aktorzy, do których dyrektor Domalik ma dobrą rękę, ale – jak widać – nie zapomina też o starcach.

To bezpieczna przystań?

– Bez wątpienia Ateneum zawsze było dla mnie drugim domem, szczególnie pod dyrekcją Janusza Warmińskiego, który sprawił, że przychodziłem do pracy z przyjemnością, a nie z obowiązku. Udało mu się stworzyć zespół, który znał priorytety i miał niezwykle profesjonalne podejście do zawodu. Czasem w imię dobra teatru trzeba zrezygnować z ciekawych, dochodowych projektów albo współpracy z wielkimi artystami. Młodzi nie bardzo to rozumieją, ale tak powinno być. Nas, aktorów starej daty, ukształtowano w przeświadczeniu, że jeżeli aktor nie wychodzi na scenę, to znaczy, że umarł. Niezależnie od okoliczności wychodzi na scenę i robi swoje.

Z Wiktorem Zborowskim połączyła pana sztuka, czy najpierw była relacja towarzyska?

– Sztuka. Szczególna, bo poznałem Wiktora, kiedy graliśmy w bajce telewizyjnej – on żyrafę, ja słonika. Zanim dostrzegłem jego talent, powalił mnie jego wzrost, zwłaszcza że sam jestem niepozorny. Zresztą wzrost często bywa źródłem wielu zabawnych sytuacji. Raz, gdy byłem na fali, pokaźnego wzrostu Marek Perepeczko wypalił: „Jak to jest, kurduplu, że cię wszędzie widzę?”, na co odpowiedziałem mu: „Bo ja się wszędzie mieszczę”. Wracając do Wiktora, przy okazji bajki usłyszałem, jak ten dryblas śpiewa mocnym, niskim głosem. Gdy później przyszło do produkcji Hemara z moim udziałem, brakowało nam wysokiego, zdolnego artysty z mocnym głosem. Wtedy przypomniałem sobie o Wiktorze. I tak dołączył do Ateneum, co dało początek naszej przyjaźni. Zauważyliśmy, że jak się pokazujemy razem na scenie, publiczność od razu wybucha śmiechem. To nas zainspirowało do stworzenia kabaretowego duetu „Super Duo”, z którym od lat jeździmy po Polsce i po świecie. Od lat nienawidzimy się jak psy i kochamy się jak bracia.

Lubi pan zawodowe spotkania z synem?

– Ja lubię, on ich unika, bo sądzi, że będzie posądzony o układy. Poza tym ma świadomość, że jestem wymagający, a od niego wymagam szczególnie dużo. Mam jednak nadzieję, że w sztuce „Pod wulkanem”, którą mam w planach, zagra konsula. Widzi pani, zawód aktora jest niezwykle zazdrosny o wszystko poza nim: o życie rodzinne, pasje, inne miłości. Jeżeli się go zaniedba, to wkoło jest mnóstwo innych osób, gotowych zająć nasze miejsce. Ja mogę sobie już pozwolić, żeby odpuścić, zrobić przerwę, ale przez 25 lat nie miałem urlopu. Aktor musi umieć myśleć logicznie i kombinować, żeby właściwie wyważyć proporcje, nie przepychając się łokciami.

Konkurencja w środowisku daje w kość?

– Tak. Bywa, że jak się potkniesz, jeszcze ci dokopią, bo wtedy o jednego mniej. Prawdziwe przyjaźnie są rzadkie. Zwykle wszystko opiera się na pozorach ogłady i życzliwości, na pseudouśmiechu. Dlatego unikam festiwali, bankietów, środowiskowych koterii.

Czy spodziewał się pan, że pańska odmowa roli Lecha Kaczyńskiego wywoła taką burzę?

– Nie mogę zrozumieć ludzi, którzy wierzą, że katastrofa smoleńska miała cokolwiek wspólnego z zamachem, ani tych, którzy co miesiąc głoszą inną teorię spiskową. Jak mógłbym grać w filmie, który – moim zdaniem – przedstawia nieprawdę? Przyczyną katastrofy był po prostu burdel u nas i u Rosjan. Nie chcę nikomu torować drogi do władzy, grając w filmie politycznym, i to niezależnie od opcji. Raz w życiu zagrałem w takim filmie – „Człowieku z żelaza”, bo uważałem, że wtedy należało. Teraz to zupełnie inna sytuacja i nic tu nie zmieni fakt, że reżyserem jest mój przyjaciel Antoni Krauze, z którym nagrałem jeden ze swoich najlepszych filmów – „Palec Boży”. Poza tym nie lubię ludzi, którzy umyślnie dzielą nasz naród na prawdziwych Polaków i innych, na patriotów i innych, na biednych i bogatych – pachnie to bolszewią, na wierzących i niewierzących. Jestem gorliwym katolikiem, ale daleko mi do księdza Rydzyka, który też uwielbia dzielić ludzi. Może komuś na tym zależy?

Przyjmowane role muszą być panu bliskie artystycznie i światopoglądowo?

– Zawsze jestem wierny sobie i swoim ideałom. Nie byłem i nie będę koniunkturalistą. Czułem sympatię do Lecha Kaczyńskiego, w normalnym filmie chętnie bym go zagrał. Kiedy radni PO odebrali imię Lecha Kaczyńskiego nazwie mostu w Bydgoszczy, publicznie protestowałem przeciwko tej decyzji. Może nie jestem dobrym człowiekiem, ale na pewno prawym, i potrafię rozgraniczać, co jest właściwe, a co nie. Na szczęście coraz mniej obchodzą mnie internetowe hejty i wpisy, jakie pojawiły się, gdy poparłem prezydenta Komorowskiego. Robię to, co uważam za słuszne, i popieram tych, z którymi się zgadzam, a przy tym pozostaję daleki od wchodzenia komukolwiek w sempiternę.

_________________________

Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Grudzińska
Fot. Maciej Kłoś

Artykuły powiązane

Udostępnij

4 odpowiedzi na “Marian Opania – rzadko dotykam chmur”

  1. Anka napisał(a):

    Uwielbiam Mariana Opanię i jako aktora i jako człowieka.

  2. Imienniczka napisał(a):

    Jasne, że “rzadko dotykam chmur”, jak zawsze ponad ich pułapem…. Wielkie podziękowania za każde słowo, wers, kwestię – powiedziane czy wyśpiewane. Wyrazy uwielbienia za to “nieuprasowanie’ – w połączeniu z perfekcjonizmem. Imienniczka

  3. Grażyna napisał(a):

    Ja też uwielbiam Mariana Opanię jako człowieka i aktora i życzę mu wiele miłych chwil w życiu

  4. Srefania Plewa napisał(a):

    Nie znam p.Mariana Opani, ale jest tak wspaniałym aktorem, że na pewno jest również dobrym człowiekiem!
    Życzę Panu zdrowia, abym (może to samolubne 😉 ) mogła podziwiać Pana grę jeszcze przez długie lata!!! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2018