Menu

EWA KASPRZYK – Czyli Kogel-Mogel po raz trzeci

Choć w swoim zawodzie z niejednego pieca jadła chleb, wciąż jest głodna nowych wyzwań. Aktorstwo poznała od podszewki, ale ma apetyt na więcej. Właśnie poznała, jak smakuje reżyseria, i chce się tym nowym doświadczeniem delektować. Niczym szef kuchni lubi eksperymenty, nowe doznania i niebanalne smaki, dlatego wciąż sięga po to, co nowe, aby każda rola była na miarę gwiazdki Michelin. Nie unika pracy, bo odpoczynek najlepiej docenia człowiek zmęczony. Tej zawodowej pasji towarzyszy ciekawość świata i ludzi oraz zachłanność w poszukiwaniu nowych wrażeń i kolejnych celów, bo droga na szczyt jest ważniejsza niż znalezienie się na nim.

 Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Mówi się, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, tymczasem filmowe kontynuacje nie wychodzą z mody i oto po 30 latach powstała już trzecia część słynnej komedii Romana Załuskiego „Kogel-mogel”. Jak wypadł powrót na plan i do fabuły?

Ewa Kasprzyk – Trudno byłoby odtwarzać to, co już było. Trzecia część filmu będzie miała zupełnie inny odbiór, bo całkiem inne są realia lat 80. i współczesne. Oczywiście większość zespołu ma z tyłu głowy poprzednie części, pamięta swoje role i ma swoje wspomnienia, ale teraz musieliśmy się zmierzyć z całkiem nowym materiałem, który wymaga świeżego spojrzenia, choć oczekiwania wobec kolejnej części „Kogla-mogla” są niewątpliwie duże. Jednocześnie jest duże ryzyko, że kolejna część nie powtórzy sukcesu filmu sprzed 30 lat, który stał się kultowy. Presja jest tym bardziej duża, że jako społeczeństwo tęsknimy za czasami PRL-u, a w najnowszym filmie ich nie będzie. Jeśli chodzi o moją rolę, to w pierwszych częściach była ona niezwykle wyrazista i świetnie skrojona. Teraz jest podobnie, mimo że moja bohaterka – Wolańska – zmieniła zawód – z bizneswoman stała się sex coachem i ma misję uświadamiania kobiet w Polsce. Duży nacisk kładzie się tym razem na wątki młodych aktorów. Ale komedia ma ten sam pazur. Na plan zostałam zaproszona w duecie z moim psem – Shakirą, z którą Wolańska się nie rozstaje. Teraz i ona jest gwiazdą. Oby tylko mnie nie przyćmiła (śmiech). Myślę, że tworzymy malowniczą parę i dodajemy filmowi nieco pikanterii. Dodam, że stroje zaprojektował dla mnie znakomity kostiumolog i scenograf Maciej Chojnacki, z którym współpracuję w teatrze, a biżuterię pożyczaliśmy od zaprzyjaźnionej restauratorki, Gruzinki, która ma słabość do oryginalnych wzorów. W efekcie każda scena ze mną rzuca się w oczy.

W filmie są nowe twarze, ale również starzy dobrzy znajomi. Czy czuła się pani na planie jak u siebie?

Ewa Kasprzyk – Tak, bardzo miłe było spotkanie z moim filmowym mężem Zdzisławem Wardejnem, z którym powspominaliśmy sobie dawne czasy – niestety mój mąż nadal wykazuje zainteresowanie Kasią, a także Grażyną Kolską, która ma w najnowszej części ładnie poprowadzony wątek. Dobrze było natomiast zamienić peerelowską meblościankę na odrobinę współczesnego luksusu.

Realia są zupełnie inne, ale scenariusz tak jak przed laty wyszedł spod pióra Ilony Łepkowskiej. Humor jest wciąż siłą filmu?

Ewa Kasprzyk – Jestem przekonana, że tak. Jest takie nagromadzenie splotów komicznych, że musi być śmiesznie, mimo że pojawiły się zupełnie nowe postaci i wątki. Na „Koglu-moglu” wychowało się wiele roczników, ale myślę, że nowa część połączy i rozbawi wszystkie pokolenia. Wszystko jest grane na nucie, która ma szansę chwycić, zwłaszcza w powodzi komedii romantycznych, które wylewają się z ekranów polskich kin. Gdybym miała określić humor najnowszej części „Kogla mogla” umieściłabym go między Almodovarem a Kusturicą. Zapewniam, że jest ciekawie, choć inaczej. Spora w tym zasługa reżysera – Kordiana Piwowarskiego, który przejął schedę po nieodżałowanym Romanie Załuskim, którego wszyscy ciepło wspominamy. Trzeba przyznać, że miał lekką rękę do filmów. Osobiście zawdzięczam mu popularność, bo zrobiłam z nim cztery filmy w początkach mojej kariery i z sentymentem wspominam tę współpracę. Jednak nic nie może wiecznie trwać i teraz to młodość ma głos. Kordian Piwowarski ma dużą wrażliwość, pasję i tzw. nerw reżyserski, więc doceniam możliwość wspólnej pracy.

A sama pani wie, czym to smakuje i jak trudnym zadaniem jest reżyseria, bo niedawno miała pani okazję wyreżyserować „DalidAmore”.

Ewa Kasprzyk – Tak, w Kwadracie wyreżyserowałam samą siebie w roli Dalidy i towarzyszących mi na scenie tancerzy. To wystarczyło, żeby złapać bakcyla i chcieć po raz kolejny stanąć po drugiej stronie. Dlatego od stycznia zaczynam próby do „Berka 2”, którego reżyserii się podjęłam, bo pierwsza część, w której grałam przez 10 lat, była fantastyczna i świetnie odbierana. Tym razem sztuka nosi znaczący podtytuł „Dobra zmiana” – mam nadzieję, że w moim przypadku można to również odnieść do reżyserii. Uznałam, że znam tę materię na tyle dobrze, że jestem gotowa zaryzykować, bo wiem, jak to zrobić.

Do obejrzenia oczywiście w Kwadracie?

Ewa Kasprzyk – Nie. Zrezygnowałam z etatu w teatrze. Wciąż grywam na deskach Kwadratu, ale postanowiłam się uniezależnić, nieco poluzować smycz. Na pewno ma to swoje dobre i złe strony, ale na razie widzę same plusy.

To znaczy, że będzie więcej niezależnych projektów?

Ewa Kasprzyk – Absolutnie tak. Przyszedł czas, że postanowiłam pracować na własny szyld, zamiast przykrywać się marką teatru, choćby najlepszego. Kwadrat jest wspaniały, ale w swoim gatunku, a ja nie chcę się ograniczać. Tam Szekspira już nie zagram, a marzą mi się poważniejsze role, które nie tylko by bawiły, ale wnosiłyby jakieś wartości. Tęsknię za dramaturgią i za teatrem serio, który ma do zaoferowania złożone, niejednoznaczne role, które nie byłyby powierzchowne i nie powielałyby moich wcześniejszych wcieleń. Interesują mnie takie role, które poniekąd pozwolą mi wrócić do okresu, kiedy grałam w Teatrze Wybrzeże, czy epizodów w Teatrze Polonia, gdzie miałam przyjemność wcielić się w rolę Marty w sztuce „Kto się boi Wirginii Wolf?”. Cały czas oczekuję i wymagam od siebie więcej niż to, co już umiem, dlatego nie chcę sprowadzać aktorstwa do odtwórczości i powtarzalności. Jestem głodna nowych wyzwań. W każdym zawodzie płodozmian jest wartością. Nie warto poprzestawać na znanych rozwiązaniach i tkwić w jednym miejscu, w którym czujemy się komfortowo.

Czy ma pani już konkretne plany, które zapewnią ów płodozmian?

Ewa Kasprzyk – Tak, od nowego roku zaczynam pracę nad dwiema sztukami i nie wiem, jak to wszystko pogodzę. Jedna z nich jest czeskiego autora, a to na polskich scenach rzadkość. Przedstawia zderzenie dwóch małżeństw, a cała rzecz dzieje się wokół tematów starych jak świat: miłości, zdrady, pieniędzy, a te zawsze się sprawdzają, więc na pewno będzie ciekawie. Jeśli chodzi o film, to od moich tłustych czasów przez lata nikt nie napisał dla mnie dużej roli. Aktorki z mojego pokolenia nie są przez scenarzystów i reżyserów rozpieszczane. Polska to nie Ameryka, gdzie gwiazdy w wieku Meryl Streep, Diane Keaton czy Jane Fondy mają w czym wybierać i ciągle występują w pierwszoplanowych rolach.

Rzeczywiście często słyszę ten argument z ust samych zainteresowanych. Z czego to wynika? W Polsce nie ceni się doświadczenia?

Ewa Kasprzyk – Sama się zastanawiam. Często słyszę od ludzi, że chcieliby mnie zobaczyć w złożonej roli, w której miałabym coś do powiedzenia. Mam wrażenie, że w ogóle widzowie chcą oglądać sztuki i filmy o problemach ludzi dojrzałych, z bagażem życiowych doświadczeń. Niestety w Polsce reżyserzy myślą, że to się nie sprzeda. Z tego względu lansują młodość. Nie narzekam, bo akurat mam co robić, a jak nie będę miała, to wreszcie mogę sobie pozwolić na to, żeby samej napisać scenariusz do filmu czy spektaklu, w którym będę chciała zagrać, albo go wyprodukować. Jestem na to gotowa. Dojrzałam do tego, by wziąć sprawy w swoje ręce. W Stanach Zjednoczonych tak właśnie się dzieje, u nas też ta machina musi ruszyć. Na tę chwilę zawodowo bardzo dużo się u mnie dzieje i bardzo mnie to cieszy, zwłaszcza że powoli wracam na ekrany – na razie oprócz filmu „Miszmasz, czyli Kogel-mogel 3” wystąpiłam w małej, ale dość ważnej roli u Patryka Vegi i w serialu Jacka Bromskiego o aferze Silver Gold.

Jeżeli wsłuchamy się w siebie i usłyszymy silne pragnienie, żeby czegoś spróbować, podążać w określonym kierunku, to warto znaleźć odwagę i sposób. Z doświadczenia wiem, że takie wybory wypływające z głębi duszy, zawsze okazują się słuszne. Tak było w przypadku tekstu Almodóvara, na którego wystawieniu bardzo mi zależało, i dopięłam swego, a także w przypadku ról wielkich artystek: Marilyn Monroe, Violetty Villas czy Dalidy, które zagrałam. To kobiety, których głosem mogę powiedzieć coś od siebie, dotykając osobistej struny.

Jest pani osobą, która wyrzucona drzwiami, wchodzi przez okno? Umie pani walczyć o swoje?

Ewa Kasprzyk – Chciałabym, ale wcale tak nie jest. Jestem raczej osobą, która doprowadza rzeczy do końca. Do tej pory zawsze udawało mi się wdrapywać na szczyty, które sobie stawiałam za cel, nawet te najbardziej oddalone. Lubię udowadniać – przede wszystkim sobie – że to, czego się podejmę, jest możliwe do zrealizowania, nawet jeśli wszystko zdaje się temu przeczyć. Zwłaszcza wtedy. Tak było właśnie z Almodóvarem, do którego ciężko było się dobić, ale byłam pierwszą aktorką, której się to udało. Nie można mi odmówić wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do tego, co mnie pasjonuje i pociąga. Nie zważając na przeszkody, staram się żyć tak, aby niemożliwe było możliwe.

Aktorstwo chyba z definicji wymaga odwagi. Cały czas trzeba zmagać się ze swoimi słabościami i próbować je pokonywać.

Ewa Kasprzyk – Co jakiś czas trzeba pochodzić po linie nad przepaścią, ale zasadniczo ten zawód narzuca dużą dyscyplinę. Żeby odpocząć, najpierw trzeba się zmęczyć. Wtedy odpoczynek lepiej smakuje i bardziej się go docenia. I odwrotnie – po okresie intensywnej pracy musi nastąpić wyhamowanie, bo inaczej grozi przegrzanie styków. Z powodzeniem stosuję tę zasadę, żeby zachować zdrową równowagę. Dużo pracuję, ale staram się nie obciążać się za bardzo, robić sobie przerwy na krótkie podróże, przyjemności. Dojrzałam do tego, żeby być trochę egoistką. Tak jest zdrowiej. Historie aktorów, którzy tyrali, zaharowywali się, palili na potęgę i nie widzieli nic poza pracą, dają do myślenia i skłaniają do przewartościowania własnego życia, bo w pewnym momencie nachodzi refleksja: „Po co tak się spalać?”. Pamięć ludzka jest zawodna, wybitne role też po latach odchodzą w zapomnienie. Dlatego postanowiłam skupiać się na tym, na czym naprawdę mi zależy, robić tylko to, co mnie interesuje. Na te rzeczy energii mi nie brakuje.

Kiedy rozmawiałyśmy 2 lata temu, powiedziała pani, że chciałaby pozostać optymistką. Czy ten optymizm nie słabnie?

Ewa Kasprzyk – Nabiera mocy (śmiech). Z wiekiem nabiera się dystansu do drobnostek, które mogą zaburzać optymizm i tłumić w nas to, co pozytywne. Oczywiście mam świadomość fizycznych ograniczeń, których przybywa z każdym rokiem. Wiem, że nie pokonam już na raz stu schodów, nie męcząc się, nie pozwolę sobie na intensywny trening, bo to zbyt duży wysiłek. Znam siebie i swoje możliwości, a przy tym uważam, że trzeba się szanować. Z rozwagą rozkładam siły na lata.

Dlatego nie brakuje czasu na odskocznię od pracy?

Ewa Kasprzyk – Musi tak być. To, że na szafie czeka na mnie walizka, trzyma mnie przy życiu. Stagnacja mnie męczy, nie znoszę bezruchu i stale potrzebuję nowych wyzwań. Trudno mnie nazwać domatorką, dlatego prywatnie też lubię stawiać sobie wyzwania: tajski boks, skok ze spadochronem, pływanie z delfinami. Lubię, jak dużo się wokół mnie dzieje. Stale staram się odkrywać nowe rzeczy. Jeszcze w tym roku chcę polecieć po raz pierwszy do Afryki i jestem pełna entuzjazmu na myśl o tej podróży, tak jak kilka lat temu, kiedy odkrywałam Azję i moją ukochaną Tajlandię. Nigdy nie wracam w te same miejsca, zawsze pociąga mnie to, co nieznane.

Od lat jest pani aktorką, a od niedawna również reżyserem. Po której stronie jest łatwiej?

Ewa Kasprzyk – Biję się w piersi i przepraszam wszystkich reżyserów, dla których byłam niedobra. Teraz już wiem, że to niełatwe zadanie, natomiast myślę, że udaje mi się jako reżyserowi wprowadzić na próbach domową atmosferę. Drugi człowiek to bardzo delikatna materia, dlatego potrzebuje odpowiedniego traktowania. Sama mam kilka takich doświadczeń, gdzie zamknęłam się pod ciężarem uwag reżysera. Wiem, że stres nie pomaga, więc jako reżyser nie chcę nikogo obrażać, poniżać, sprowadzać do parteru.

W przypadku sztuki „DalidAmore” stanęła pani przed zadaniem wyreżyserowania samej siebie. Ta „współpraca” była bezproblemowa?

Ewa Kasprzyk – Właściwie tak. Spektakl sam się reżyserował. To pewnie dlatego, że z natury jestem niepokorna i nawet innym nie daję się poskromić – gdy pracuję z innymi reżyserami, to i tak sama się reżyseruję (śmiech). Nie zrobię niczego, z czym się nie zgadzam. Mogłabym bez słowa wykonać polecenie reżysera, ale czy to ma sens? Wolę twórczą dyskusję, która prowadzi do efektów zadowalających obie strony. Jako aktorka i reżyser doskonale się ze sobą dogadałam. (śmiech)

Czego nauczyła się Ewa Kasprzyk aktorka od Ewy Kasprzyk reżysera?

Ewa Kasprzyk – Pokory i wyrozumiałości wobec reżysera. To naprawdę trudne zadanie, bo reżyserując innych, widzę ich z boku, a siebie nie. Chętnie słucham uwag kolegów na temat tego, jak gram i co mogę zmienić. W ogóle w reżyserii wiele czerpie się od innych. Pierwsze doświadczenie z reżyserią było dla mnie ważną lekcją. Myślę, że teraz będzie dużo łatwiej, ale cieszę się, że będę mogła rozwijać tę naukę. Trudy, które się pokonuje w dochodzeniu do perfekcji, są piękne. Błądzenie w dochodzeniu do efektu końcowego jest w roli najbardziej fascynujące. Uwielbiam czas przygotowań do roli, proces budowania postaci – etap między ustami a brzegiem pucharu. Osiągnięty cel oczywiście cieszy, ale dla mnie dużo większą radością jest dążenie do niego. I jestem szczęśliwa, że mimo wieku, zmęczenia, przeszkód potrafię wciągnąć się w wir pracy i z pasją oddać się roli.

Nie boi się pani konfrontacji z legendami, takimi jak postacie Marylin Monroe, Violetty Villas, Dalidy, a zarazem nie stroni pani od kontrowersji, czego przykładem może być rola gwiazdy porno w monodramie na podstawie tekstu Almodóvara. Lubi pani ustawiać sobie wysoko poprzeczkę i iść pod prąd?

Ewa Kasprzyk – Tak, wszystkie te role zaspokajały moją ciekawość inności. Wielokrotnie po spektaklu „Patty Diphusa”, w którym grałam gwiazdę porno, przychodziły do mnie „panie z biura” i mówiły: „To jest o nas”, a ja im odpowiadałam: „Tak, bo to jest do was”. Podejmując trudne tematy, łamiąc tabu, ośmielam ludzi, którzy siedzą na widowni. Lubię wychodzić poza schemat i pokazywać ludziom, że istnieje świat poza ich rutyną, że można żyć inaczej, zmagać się z zupełnie innymi problemami. Zawsze interesowały mnie biografie, bo wiem, że życie ma wiele do zaoferowania, a historie innych są źródłem wiedzy, jak można z tego skorzystać. Nie trzeba być rebeliantem i iść na barykady, żeby przeciwstawić się sztampie. Nie bójmy się jednak małymi krokami odkrywać tego, co nowe, inne, nieznane. Ja taką drogę wybrałam i ani mi w głowie z niej schodzić.

Rolę seks coacha w najnowszej części Kogla mogla” należy traktować z przymrużeniem oka, czy będzie też trochę wiedzy dla mas?

Ewa Kasprzyk – Myślę, że to rola na pograniczu. Mimo komediowej formuły wnosi coś pożytecznego, zwłaszcza że w ramach promocji filmu będzie wydana książka „Jak odnalazłam punkt G”, ze mną na okładce. Niestety o „tych sprawach” – nawet nie o seksie, bo zwykle boimy się nazwać rzeczy po imieniu – zazwyczaj mówimy w sposób humorystyczny albo wulgarny. Mam nadzieję, że moja rola wnosi trochę normalności do tej sfery. Ja jestem już uznawana za specjalistkę w tym temacie, ale, jak już kiedyś mówiłam, wolę się kojarzyć z seksem niż z geriatrią.

Swoja drogą coraz więcej jest coachów w różnych dziedzinach. Skąd taka potrzeba w społeczeństwie?

Ewa Kasprzyk – To jeden z wymysłów naszych czasów. Kiedyś nie chodziło się z każdym problemem na kozetkę, tylko próbowało się je rozwiązywać w rodzinie. Czasami siostra czy przyjaciółka może być w roli coacha o niebo lepsza niż ktoś, kto bierze za to pieniądze. Z drugiej strony nie chcę umniejszać roli tego zawodu, bo często to ludzie, którzy mają wiedzę i instrumenty, żeby pomóc, więc jeśli ktoś tego potrzebuje, to dlaczego nie? Czasami życiowych zmagań jest tak dużo, że przestajemy umieć sobie z nimi radzić. Codziennie jesteśmy przytłaczani dziesiątkami złych wiadomości z telewizji, radia. Ja już się nimi nie karmię. Nie zmienię świata, nie uratuję tych, którzy zginęli, są nieuleczalnie chorzy itd. Nie mogę rozpamiętywać losu każdego z nich, bo sama przypłacę to depresją. Wolę zaczynać dzień w ciszy albo przy muzyce medytacyjnej. O ile to możliwe, otaczam się ludźmi, którzy mają pozytywną aurę i dobrze mi życzą. Trzymam się z dala od osób, które podczas spotkań jedynie analizują wyniki badań, utyskują na lekarzy i wysoki cholesterol. Zamiast narzekać, lepiej się leczyć.

Jeśli miałaby pani podzielić się zawodową radą z młodszymi kolegami, startującymi w zawodzie, co by to było?

Ewa Kasprzyk – Przede wszystkim nikogo nie udawać. Warto od początku do końca być sobą, bo inaczej można się zagubić. Szczerość się opłaca – wiem, co mówię. Ci, którzy szybko obrastają w piórka i popadają w zachwyt nad samym sobą, daleko nie zajdą. Nawet jeśli dziesięć osób nas pochwali, a jedna będzie miała uwagi, to warto jej posłuchać. Mnie się udało uniknąć pokus sławy i wody sodowej. Przepracowałam w zawodzie wiele lat, a nadal nie mogłabym powiedzieć, że wszystko wiem.

Te wskazówki równie dobrze sprawdzą się w życiu.

Ewa Kasprzyk – Tak, a dodatkowo zalecam apetyt na życie. W tej sferze warto być zachłannym i chłonąć jak najwięcej z tego, co daje świat, oczywiście nie bezrozumnie, dokonując  świadomych wyborów, ale nie odmawiając sobie zbyt wiele. W tym miejscu chciałabym też zaapelować, żebyśmy byli dla siebie dobrzy.

Fot. MTL Maxfilm/Marta Gostkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020