Menu
  • Menu
    Wojciech Gąssowski

    Wojciech Gąssowski – Krótka lekcja z historii muzyki

    Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, „Gdzie się podziały tamte prywatki”, powinien zapytać o to Wojciecha Gąssowskiego. Miłym głosem, jakim obdarzyła to natura, odpowie, że nie trzeba ich specjalnie szukać, bowiem nadal są niezapomniane. Ten przebój z lat 80. minionego wieku to jednak tylko jedno z dokonań artystycznych wokalisty, który już dawno zapisał się na kartach historii polskiej piosenki.

     

    Lubisz Bieszczady?

    – Bardzo lubię, są piękne i urokliwe. Niestety rzadko tam bywam – w ciągu ostatnich lat odwiedziłem je może dwa razy, grywając swoje „sztuki”, jak to się mawia w naszej branży. Tamtejszy wójt przyznał mi tytuł honorowego obywatela gminy i wręczył legitymację z numerem 1, co bardzo sobie cenię. Chyba wiem, do czego zmierzasz, zadając mi to pytanie.

    Oczywiście chcę zapytać o „Zielone wzgórza nad Soliną”…

    – Tak odczytałem twoją myśl. Piosenka powstała w 1967 r. Tekst napisał Janusz Kondratowicz, który często jeździł tam na wakacje i był zachwycony widokiem okalających Solinę wzgórz. Wówczas szefem Młodzieżowego Studia Rytm był Andrzej Korzyński. Warto w tym miejscu przypomnieć, zwłaszcza młodym czytelnikom „Magazynu VIP”, że Studio Rytm było pierwszą audycją w programie I Polskiego Radia, które promowało ówczesną polską muzykę big-bitową. Andrzej przyniósł nam tę piosenkę. Nagrałem ją z zespołem Tajfuny.

    Wyjątkowo nie przypadła nam do gustu, ale nie mogliśmy jej odrzucić, bo przecież szefowi się nie odmawia (śmiech). I ku naszemu zdziwieniu ta „niechciana” piosenka bardzo się spodobała. W plebiscycie Studia Rytm głosami słuchaczy została wybrana utworem tygodnia, później miesiąca. W końcu zabrałem tę „Solinę…” na festiwal do Opola i tam zaśpiewałem ją – o dziwo – z towarzyszeniem zespołu Skaldowie. Stała się bardzo popularna i do tej pory śpiewam ją na koncertach.

    Wojciech Gąssowski

    Ale twoje pierwsze barwy to zespół Czerwono-Czarni.

    – Tak, bardzo dobrze to pamiętam. Właśnie ta grupa wraz z tygodnikiem „Dookoła Świata” ogłosiła w 1961 r. ogólnopolski turniej pn. „Szukamy Młodych Talentów”. Byłem wtedy jeszcze uczniem liceum. Zgłosiłem się do warszawskiego przeglądu tej imprezy i wraz z Romanem Hoszowskim zostaliśmy jego laureatami. I tak zostałem „czerwono-czarny”. Bardzo często śpiewałem w tym zespole, zwłaszcza gdy występował w Warszawie, w której mieszkałem i mieszkam do tej pory.

    Rok później odbył się I Festiwal Młodych Talentów w Szczecinie. Tam zostałem zakwalifikowany do „Złotej Dziesiątki”, a tak naprawdę  piętnastki najlepszych wykonawców(śmiech). I warto tu przypomnieć nazwiska kilku wykonawców, którzy później zyskali dużą popularność, zwłaszcza wśród młodej publiczności. Należeli do nich m.in. Karin Stanek, Helena Majdaniec, Czesław Wydrzycki (późniejszy Niemen – przyp. red.) i Wojtek Korda.

    Warszawa to twoje miasto?

    – Tak jestem rodowitym warszawiakiem, choć teraz poprawnie mówi się warszawianinem. Ja jednak wolę być warszawiakiem. Moja mama i jej rodzice też urodzili się w Warszawie. Dzieciństwo i młodość spędziłem na Mokotowie. Tam chodziłem do szkoły podstawowej i zdałem maturę w XLIV Liceum Ogólnokształcącym im. Antoniego Dobiszewskiego. Obecnie mieszkam w kameralnej części Starego Żoliborza. Mam sentyment do obu tych dzielnic. Kocham to miasto i nigdy bym się z niego nie wyprowadził. Stolica staje się coraz piękniejsza. Buduje mnie to, że moim znajomym z zagranicy Warszawa bardzo się podoba.

    A teraz przytoczę ci fragmenty pewnej piosenki: „zmokły pończochy dwie typu „ye ye”, mnie mój cud „beatles” but się rozkleił, w szkole znów sporo luf z roli stonki, jeden szewc, ten co wiesz, robi już rolingstonki”. Nosiłeś beatlesówy czy rolingstonki?

    – Doskonale pamiętam ten tekst. Jego autorem jest oczywiście nieodżałowany Wojciech Młynarski. Utwór nosi tytuł „Tylko wróć”, a śpiewałem ją w serialu „Wojna domowa”. Jego reżyserem był Jerzy Gruza. Wymyślił sobie, że w oryginale ja nagram tę piosenkę i użyczę głosu Pawłowi Jankowskiemu – głównemu bohaterowi. Tak też się stało.

    Warto tu wspomnieć, że jego rolę grał Krzysztof Janczar, syn Tadeusza Janczara – wspaniałego i czołowego aktora tzw. Polskiej Szkoły Filmowej. Równie wspaniałym, tyle że jazzmanem i wybitnym kompozytorem, pozostaje do dzisiaj Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, który właśnie do „Wojny Domowej” skomponował muzykę. Jest też twórcą muzyki do tak niezapomnianych seriali, jak „Stawka większa niż życie”, „Stawiam na Tolka Banana”, „Kolumbowie”, „Janosik”, „Czterdziestolatek”, czy „Alternatywy 4”.

    A powracając do tych butów, beatlesówy i rolingstonki  to był rodzaj sztybletów na wysokich obcasach i z zadartym szpicem. Z tą różnicą, że beatlesówy były do kostki, a rolingstonki miały wyższą cholewkę ponad kostkę, i dlatego musiały mieć elastyczne gumy po bokach. Mogły mieć też ozdobną klamrę. Mnie osobiście bliżej było do obuwia z Liverpoolu.

    Z Liverpoolu – kolebki Beatlesów – proponuję ci wyprawę z „Żółwiem na Galapagos”.

    – Ciekawie to ująłeś. A ja z kolei już wyjaśniam czytelnikom, co z tym „Żółwiem…”. To był fajny okres w moim życiu. Proponując tę wyprawę, z pewnością masz na myśli zespół Test.

    Wojciech Gąssowski

    Oczywiście.

    – Do roku 1971 występowałem jako wokalista w różnych zespołach. Wtedy, wspólnie z Andrzejem Mikołajczakiem i Aleksandrem Michalskim, którzy wcześniej grali w zespole ABC, postanowiliśmy zorganizować własną grupę. Dołączyło do nas jeszcze kilku znanych muzyków i nasz pierwszy test odbył się w warszawskiej Stodole w czerwcu 1971 r. Jak zwykle, początki nie były łatwe. Nie mieliśmy swojego repertuaru. Z czasem nagraliśmy kilka własnych utworów w klimatach pop-rockowych, z których pewną popularność zdobyły „Antonina” i „Sam sobie żeglarzem”. Ciągle szukaliśmy pomysłu na siebie.

    Po przyjściu Darka Kozakiewicza (kiedyś Breakout, obecnie Perfect – przyp. red.) zdecydowanie uderzyliśmy w nutę rockową i nagraliśmy wspomnianego przez ciebie „Żółwia na Galapagos” i hardrockowy hymn „Smoke On The Water” brytyjskiej grupy Deep Purple. Wtedy okrzyknięto nas prekursorem hard-rocka w Polsce. Darek miał wówczas fantastyczne i nowatorskie pomysły. Zafascynowany Jimi Hendriksem, miał duży wpływ na kompozycje zespołu. I to on sygnował swoim nazwiskiem nasz najpopularniejszy przebój „Przygoda bez miłości”, który pojawił się na naszym jedynym albumie z roku 1974.

    W dalszym ciągu mam duży sentyment do Testu. Na pewno wynika to z faktu, że współtworzyłem zespół, który był pewnym novum na polskim rynku muzycznym. I choć naszą bolączką były ciągłe zmiany w składzie grupy, bo – niestety – był to czas, w którym wielu muzyków wyjeżdżało na kontrakty zagraniczne, by zarobić na sprzęt, to chętnie wracam pamięcią do naszego wspólnego „testowania”. Warto tu dodać, że przez zespół przewinęło się wielu znanych i uznanych muzyków, ale nie sposób ich tu wszystkich wymienić. A „Przygodę bez miłości” przy dużym aplauzie publiczności śpiewam do dzisiaj na swoich koncertach.

    Powracając do twoich życiowych przygód, to chyba nigdy nie zapomnisz pamiętnego porwania w 1985 r.

    – Oj tak! To historia, której nikomu nie życzę. Wydarzyła się na włoskim statku wycieczkowym Achille Lauro. Śpiewałem tam w towarzystwie grupy baletowej Sabat Małgorzaty Potockiej podczas 10-dniowych rejsów. Byliśmy w Egipcie u wybrzeży Aleksandrii i w porcie zdecydowana większość pasażerów – ponad tysiąc osób – zeszła na ląd i wsiadła do autokarów. Pojechali zwiedzać Kair i Gizę – miejsca słynnych piramid.

    Wycieczkowiec, na którym pozostało ok. 300 osób, powoli zaczął kierować się do Port Saidu i wtedy został uprowadzony przez terrorystów z Frontu Wyzwolenia Palestyny. Weszli oni na pokład jako turyści, a później okazało się, że są porywaczami. Cały ten dramat trwał ponad dwie doby, ale prawie wszyscy wyszliśmy z niego cało – była tylko jedna ofiara śmiertelna. Później Amerykanie na podstawie tych wydarzeń nakręcili film, w którym główną rolę zagrał znany aktor Burt Lancaster.

    „I wish you love” to płyta z 2010 r., na której mocno zaznaczyłeś swoje skrywane fascynacje muzyczne…

    – Może nie tak bardzo skrywane, bo swing zawsze mnie pociągał i marzyłem, by wykonać kompozycje wielkich gwiazd tego gatunku, takich jak: Ella Fitzgerald, Frank Sinatra, Nat King Cole czy Dean Martin. Wielka w tym zasługa Krzysztofa Herdzina – wytrawnego pianisty, który muzycznie poprowadził tę płytę i wspaniale ją zaaranżował. Zaangażował też do tego pomysłu wybitnych polskich muzyków jazzowych. Nasza praca przyniosła duży sukces. Płyta doczekała się świetnych recenzji i pokryła się złotem.

    Wracając jeszcze do moich fascynacji, to na pewno Elvis Presley był i do dzisiaj jest absolutnym królem rock and rolla. Z kolei Burt Bacharach pozostaje dla mnie najwybitniejszym kompozytorem XX w. Jego utwory są szlachetne i wysublimowane. A wspaniałą gwiazdę Dionne Warwick cenię za wielki kunszt wokalny. W zakresie moich muzycznych zainteresowań zawsze pozostają Janis Joplin, Jimi Hendrix, zespoły Led Zeppelin i oczywiście Deep Purple.

    A na rodzimym rynku muzycznym?

    – Pierwsza pozycja dla Czesława Niemena. Bardzo chwalę sobie zespół Polanie, z którym miałem wielką przyjemność występować. Warto tu przypomnieć, że zagrali oni jako support podczas pamiętnego koncertu grupy The Animals w Sali Kongresowej w 1965 r. i śmiem twierdzić, że niewiele ustępowali w tamtym czasie zespołom zachodnim.

    Wojciech Gąssowski

    Iza Trojanowska bardzo mnie zaskoczyła, mówiąc podczas wywiadu, że wśród naszych piosenkarzy wysoko ceni sobie Jerzego Połomskiego.

    – Ależ podpisuję się pod tym obiema rękami! Świetny wokal, nienaganna dykcja, Jurek jest znakomitym interpretatorem. Jestem też pełen uznania dla zapomnianego już Janusza  Gniatkowskiego. Mój wielki podziw zawsze budzą Violetta Villas, Ewa Demarczyk i Anna German. To były na pewno bardzo znane ambasadorki polskiej kultury muzycznej w świecie. Wielki szacunek mam też dla Marii Koterbskiej i Ireny Santor. W młodszej muzycznej ekstraklasie zawsze wymienię Marylę Rodowicz, Grażynę Łobaszewską, Ewę Bem, Krystynę Prońko, Hannę Banaszak, Zbigniewa Wodeckiego i Andrzeja Zauchę. Wśród młodych wykonawców bardzo cenię Dawida Podsiadłę.

    Skoro padło już określenie ekstraklasa, to mamy bardzo blisko do twojej ulubionej dyscypliny, jaką jest piłka nożna.

    – To prawda. Ja w ogóle jestem wielkim fanem sportu. Jako nastolatek uprawiałem kilka dyscyplin, a po maturze zdawałem do Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, byłem już po kilku egzaminach, ale na moje nieszczęście…

    Nieszczęście?

    – A może szczęście, w tym samym czasie odbywał się finał I Festiwalu Młodych Talentów, o czym wcześniej wspominałem, i tak oto śpiewanie wygrało ze sportem (śmiech), choć ten tak naprawdę nigdy moim życiu nie przegrał. Do dzisiaj pozostaję wiernym kibicem piłki nożnej. Staram się bywać na meczach naszej reprezentacji i stołecznej Legii zarówno w kraju, jak i za granicą. Przyjaźnię się z bramkarzem Arturem Borucem, a piłka nożna jest we mnie, i niech tak zostanie do końca życia.

    A co w życiu, w obecnej rzeczywistości najbardziej cię uwiera?

    – Chamstwo, arogancja, brak szacunku, szczególnie dla starszych osób, i niespotykana dotąd agresja. Najbardziej widać to w mediach i – niestety – w kontaktach międzyludzkich. Do tego dochodzi bardzo wulgarny język. Mamy naprawdę bogatą i piękną mowę ojczystą, a zewsząd wyzierają słowa „zajebisty” w różnych odmianach, „k…wa” i „pi….lę”. Język bardzo nam zubożał. To jest bardzo smutne i patrzę na to z wielką troską, tym bardziej że dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych. W moich czasach ta młodzieżowa kultura wyglądała jednak inaczej.

    A „Gdzie się podziały tamte prywatki”?

    – Nie muszę ich specjalnie szukać, ciągle są niezapomniane. Wielka w tym zasługa Marka Gaszyńskiego, który napisał tekst, i Ryszarda Poznakowskiego, który świetnie oprawił go muzycznie. Zdaję sobie sprawę, że to moja najbardziej rozpoznawalna wizytówka muzyczna, bez której nie może odbyć się żaden koncert. Ale jest to także chyba najkrótsza lekcja z historii muzyki, w której przypominam wielkie gwiazdy lat 60. – Elvisa Priestleya, Neila Sedakę, Paula Ankę, Stonesów, Beatlesów, Cliffa Richarda, Czerwone Gitary – i w tym upatrywałbym jej dodatkowy walor.

    Cała nasza rozmowa była lekcją historii, za którą bardzo ci dziękuję.

    – I ja dziękuję tobie i redakcji „Magazynu VIP” za nominację do nagrody VIP 2017 za całokształt dokonań artystycznych. Serdecznie pozdrawiam czytelników i niech muzyka zawsze będzie z wami!

    Rozmawiał Sławek Drygalski

    Fot. archiwum prywatne W. Gąssowskiego (2), Marek A. Karewicz (1), Jan Rozmarynowski (1)

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *