Menu
  • Menu
    Sylwia Kalinowska

    Płótna z duszą – Sylwii Kalinowskiej

    Sylwia Kalinowska to malarka przez duże M, ale również kobieta i matka. Spełniona na różnych płaszczyznach życia, odnajduje głębię w naturze słabej płci i za pomocą charakterystycznej dla jej twórczości magii podkreśla jej wyjątkowość. Prawda to klucz, którym artystka otwiera swymi dziełami oczy koneserów sztuki. Jej prace to wartość, która nie potrzebuje zbyt wielu słów. Wystarczy jedno spotkanie, by zakochać się w nich i nigdy nie mieć dość

    Z jakim momentem w życiu łączą się twoje pierwsze doświadczenia z paletą?

    – Od dziecka chodziłam z kartką papieru i ołówkiem. Jednak wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest to moja pasja. Jedni stale smakują różne potrawy, inni oglądają telewizję, a ja stale szkicowałam. W końcu postanowiłam wszystko postawić na jedną kartę i wybrałam malowanie, które z czasem stało się to moją pracą. To prawdziwe szczęście mieć pracę, która jednocześnie jest pasją. Odpoczywam malując. Czasami sama się sobie dziwię, że jest tyle ciekawych rzeczy do robienia, a mnie stale kręci malowanie, to się potęguje. Żeby troszkę rozbić tę monotonię, zaczęłam projektować, ale rysowanie i malowanie to moja największa miłość.

    Co cię szczególnie inspiruje do malowania: muzyka, poezja, otoczenie, a może coś innego?

    – Inspiruję się kolorem, smakiem, zapachem. Akumulatory ładuję podczas dalekich podróży. Utwierdzam się w przekonaniu, że każda podróż może być dla mnie odkryciem, okazją do lepszego poznania samej siebie, nabrania dystansu do upływającego życia. Dlatego cudownie jest wyjeżdżać, by potem wracać do własnych kątów. Zawsze inspirowało mnie i inspiruje piękno otaczającego świata. Piękno natury, a przede wszystkim piękno kobiety. Mam bardzo kolorową duszę, więc proszę się nie dziwić, że na moich obrazach lub na deskach można znaleźć istną gamę barw, które idealnie ze sobą korespondują, tworząc unikalną całość.

    Bawię się tym. Moje oczy są swego rodzaju melodią tego, co mi w duszy gra, a obraz – gotową kompozycją. Uwielbiam to. Delektuję się sztuką, tak jak smakosze rozsmakowują się w jedzeniu. Inspiracją są dla mnie własne przeżycia, emocje, podróże. Inspiruje mnie też muzyka. Jej rytm potrafi niesamowicie wpłynąć na kreskę, na jej intensywność i natężenie. Nie potrafię pracować w ciszy, dlatego stale czegoś słucham w tle. Wczuwam się w treść audiobooków i maluję. Dobrze, że wciąż są nowi pisarze i nowe książki.

    Sylwia Kalinowska

    W twoich obrazach dominują sylwetki kobiet. Dlaczego właśnie kobiety?

    – Kobiety zamknięte w moich obrazach opowiadają o zatrzymaniu w czasie. O jednej chwili. Kiedy mają zamknięte oczy, nie śpią. Próbują wyostrzyć słuch na odgłosy, dźwięki, a tym samym odkrywać nowe znaczenia. Kobiety z moich obrazów to anielice i diablice. Są wytworem mojej wyobraźni.

    Niekiedy pełne uniesień, jak wulkany, kipią emocjami. Widać to w gestach rąk, w półprzymkniętych powiekach, rozchylonych ustach i długich szyjach. Wtedy diabolicznie pokazują swoją przestrzeń i zawłaszczają ten kawałek świata tylko dla siebie. Moje obrazy przedstawiają różne twarze, wyrażają różne nastroje, bo nigdy nie widzimy siebie tak jak widzą nas inni.

    Jaki wpływ na kolorystykę obrazów ma twoje samopoczucie?

    – Specyficzne zestawienie barw, charakterystyczne dla moich obrazów, nadające ogólny ton, wynika głownie z mojego samopoczucia. Ostatnimi czasy kocham złoto, więc stosuję je wiele razy, w wielu wydaniach i miejscach. Mój pierwszy złoty obraz powstał po powrocie z Dubaju, gdzie wszystko kipi od złota i zamiłowania do secesji. Ulubioną gamą są turkusy i mięty, kiedy delektuję się przyrodą, czerwień – gdy jestem pod wpływem silnych, ekspresyjnych emocji. Ostatnio śród moich ulubionych kolorów jest także róż.

    Jak duży dystans zachowujesz do siebie jako artystki?

    – Nigdy nie myślałam o rozgłosie ani o tym, że będę rozpoznawalna. W sztuce chodzi głównie o to, aby stworzyć własny styl, własną markę i być rozpoznawalnym w środowisku. Robię to, co kocham, i nie myślałam, że moja praca spotka się z tak dużym zainteresowaniem. Z zaproszeń na wernisaże korzystam dopiero od dwóch lat. Niestety teraz muszę je trochę selekcjonować, ponieważ kolekcji wystawowej wciąż ubywa. Natomiast na moje wystawy przychodzą osoby, które wiedzą, co robię i znają moją twórczość. Przychodzą, żeby się ze mną przywitać. To bardzo miłe. Mam ogromny dystans do siebie jako artystki, choć sztuce poświęcam cały czas i każdą wolną chwilę. To jest moja pasja i moje życie.

    Jakie znaczenie dla sztuki ma według ciebie miłość?

    – Ogromne. Czasem obrazy powstają z poczucia szczęścia, kiedy indziej są wyrazem frustracji, której dostarcza związek. Tworzenie bywa też reakcją na rozstanie. Miłość to magia. Zakochanie jest bliskie sztuce, ponieważ karmi kreatywność. Zakochanym osobom zwykle wydaje się, że przeżywają coś, czego nikt inny przed nimi nie doświadczył, więc tworzą swój prywatny słownik, szukają własnych narzędzi do wyrażania uczuć, sięgają po formy wizualne. Bardzo lubię „Psychologię miłości” Artura Schopenhauera, który we wstępie wylicza wszystkich filozofów bagatelizujących wpływ miłości na życie ludzkie. Miłość mąci największe umysły. Jest tematem co drugiego wiersza, piosenki, filmu. Nie możemy lekceważyć jej wpływu na tworzenie.

    Sylwia Kalinowska

    Jak zrodził się pomysł obrazów na deskach?

    – Malowanie nietypowych obrazów na deskach z rozebranych domostw było formą artystycznej przekory i poszukiwania nowych środków wyrazu. Płótno niekiedy ograniczało mnie płaską powierzchnią, natomiast malowanie na deskach stanowiło nowe doświadczenie. Odkryłam, że lubię malować na drewnie, potarganym przez czas i siły natury. Nierówności w fakturze deski dyktują mi sposób portretowanej postaci. Malując na desce, daję im niejako nowe życie. Tworzę cykle tematyczne, na których anielice współgrają ze sobą. Cieszę się, że walory moich obrazów na deskach są tak bardzo doceniane. Grube skornikowane bale stoją w mojej pracowni. Gdy na nie patrzę, nasuwają mi się różne kształty i różne kolory. W toku pracy deska coraz bardziej przypomina kobiecą postać – szaleję w kolażu z przecierkami, fakturami, spękaniami, tym, co mam pod ręką. Niekiedy stosuję piach, koronki, druty, płatki złota, zaprawy, impregnaty. Wiem, że efekty mojej pracy są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Materiał, na którym tworzę, ma własną dynamikę. Muszę jej słuchać. Deski, na których maluję, pochodzą ze starych domostw. Przez dziesiątki lat wystawiane były na działanie czynników zewnętrznych, takich jak wiatr, woda, mróz, słońce, które nadały im niepowtarzalny charakter.

    Których artystów malarzy szczególnie podziwiasz i dlaczego?

    – Inspirują mnie Frida Kahlo oraz Gustaw Klimt. Obrazy Fridy przepełnione są bardzo głębokimi uczuciami opartymi o jej tragiczne doświadczenia. Wypadek, któremu uległa, sprawił, że nie mogła spełnić się jako matka, dlatego źródłem jej twórczości jest wielki ból. Frida straciła troje nienarodzonych dzieci, które – jak sama napisała we wspomnieniach –zastąpiły obrazy. Te smutne doświadczenia przejawiały się również w kolekcjonowaniu lalek. Jako matka dwóch wspaniałych córek potrafię wyobrazić sobie jej cierpienie. W swoich pracach Kahlo kierowała się też symboliką, która miała wyrażać szczęście, nieszczęście, a także miłość, pożądanie i żywotność. Gdzieś pomiędzy płótnami chowała swoje niespełnienie. Bardzo też przeżyła zdradę swego męża Diego Rivery, który nie stronił od kobiet. Jedną z jego kochanek była jej rodzona siostra. W tym wszystkim, czego doświadczyła, potrafiła jeszcze tworzyć, działać, próbować poprzez swoje dzieła opowiadać historię własnego życia. Za to ją podziwiam, za siłę i determinację pomimo tylu przeciwności losu.

    Jeśli chodzi o Gustawa Klimta, urzeka mnie jego swoboda twórcza, tworzenie dzieł totalnych, absolutnych, niepoddających się ówczesnym konwencjom czy ograniczeniom narzucanym przez akademickie koncepcje. W niebanalny sposób przedstawiał w swych pracach złożoność epoki, w jakiej żył. Do jednego ze swych największych dzieł – portretu Adeli Bloch-Bauer – użył płatków złota i srebra. Jego obrazy żyją, są wymowne i inspirujące, zwłaszcza barwami, ornamentyką i obfitością złota.

    Jakich rad udzieliłabyś młodym artystom malarzom?

    – Przede wszystkim życzę im dużej pokory i dystansu do siebie, ale też nieustannego poszukiwania nowych form przekazu, dążenia do określenia swojej drogi twórczej, znalezienia siebie w tej pasji tworzenia, bycia wiernym wizjom i pragnieniom. Ciągłego zaskakiwania odbiorców. Optymizmu pomimo przeciwności losu i wiary w swoją wyjątkowość.

    Sylwia Kalinowska

    Twoje motto życiowe?

    – Jest ich kilka, poruszają one różne sfery życia. W tej chwili przychodzi mi na myśl takie: „Jeden uśmiech może zacząć przyjaźń, jedno słowo może skończyć kłótnię, jedna osoba może zmienić całe twoje życie”. Trzeba tylko nauczyć się dostrzegać szczegóły i doceniać to, co stanowi prawdziwą wartość, często ukrytą głębiej niż sięga nasz wzrok.

    rozmawiała Aldona Rogulska

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *