Menu
  • Menu

    Małgorzata Potocka – Zawsze żyłam w domach kultury

    Małgorzata Potocka pochodzi z artystycznego domu, nic więc dziwnego, że ze sztuką związała swoje życie. Możemy oglądać ją na małym ekranie i teatralnych deskach, ale rzadko kto wie, że wielką miłością darzy też malarstwo i historię sztuki, z zakresu której posiada ogromną wiedzę, a rozmowa z nią była niczym wielka lekcja z tej dziedziny.

     

    Urodziłaś się w Łodzi. Jak wspominasz swój rodzinny dom, nazywany domem filmowców?

    – To pytanie często pojawia się w wywiadach, ale sprawa jest o tyle zabawna, że z perspektywy lat moja odpowiedź jest za każdym razem inna. Moje pozytywne i negatywne spostrzeżenia z biegiem lat się zmieniają.

    Mój dom stał przy ul. Narutowicza 90, nadal tam jest i do tej pory pięknie wygląda. W tym domu mieszkali wspaniali ludzie polskiego, a jak się później okazało światowego filmu. Naszymi sąsiadami byli: Roman Polański, Wojciech Jerzy Has, Andrzej Wohl, Aleksander Ford. Nasze mieszkanie było po Antonim Bohdziewiczu.

    Byłam jedyną dziewczynką w tej kamienicy. Grałam z chłopakami w piłkę – zawsze stawiali mnie na bramce, więc często buzię miałam poobijaną. Z nimi dorastałam i dojrzewałam. Byli tacy, co się we mnie kochali, dużo się działo i było wiele zawirowań. Ten mój dom jakoś mnie wykształcił i wychował przede wszystkim w poszanowaniu dla sztuki. Nie tylko filmowej, lecz także malarskiej. Mój ojciec był architektem i sławnym scenografem. Po przyjeździe do Polski został pierwszym specjalistą i twórcą trików i animacji filmowych w Studiu Semafor.

     

     

    I właśnie wtedy poznałaś dwóch chłopaków, którzy chcieli „ukraść księżyc”…

    – Tak, to było dwóch uroczych urwisów – bracia Kaczyńscy. Siedzieli u mnie w domu na dwóch gigantycznych pelikanach, które dla potrzeb filmu („O dwóch takich, co ukradli księżyc” – przyp. red.) zbudował mój ojciec. Choć oni byli troszkę starsi, to ja byłam królową tych ogromnych ptaków. Bardzo radośnie to wspominam. Później przez wiele lat nie mieliśmy kontaktu. Dopiero gdy w 2006 r. zostałam dyrektorką TVP Łódź, a Lech Kaczyński – już jako znany polityk – wraz z małżonką przyjeżdżał czasami do Łodzi, zaprzyjaźniłam się z jego żoną Marią. Maria Kaczyńska miała taką cechę, że kochała ludzi. Lech miał wielkie poczucie humoru i zawsze wspominał, jak tłukłam ich linijką, kiedy siadywali na moich ulubionych pelikanach. Powiedział, że nigdy mi tego nie zapomni (śmiech).

    Również w tym domu powstały zdjęcia do „Historii żółtej ciżemki”. Mój tata do tego filmu stworzył replikę Ołtarza Mariackiego Wita Stwosza. Nie wiem, co się potem z nią stało, ale to naprawdę było dzieło sztuki! Oczywiście na pamiątkę to ja dostałam ciżemkę, a nie Marek Kondrat, który wówczas jako młody chłopak grał w tym filmie główną rolę. Do naszego domu wpadał także Zbyszek Cybulski. Siadał i grał na wielkim fortepianie. Przewijało się też wielu twórców, aktorów i reżyserów. Do dziś to pamiętam. Pozostały we mnie niezapomniane obrazy z tamtych czasów.

    Czy już wtedy sześcioletnia Małgosia wiedziała, że zostanie aktorką?

    – Ależ oczywiście! Wyrastając w takiej atmosferze, z góry wiedziałam, że tak się stanie, i wkrótce zagrałam w filmie pt. „Awantura o Basię”.

    Ale później rodzice posłali cię do szkoły Niepokalanek w Nowym Sączu.

    – Właściwie to wysłała mnie tam mama. W domu narastały konflikty. Rodzice byli w trakcie rozwodu. Miałam wtedy dziewięć lat i mama zdecydowała, że najlepszą dla mnie szkołą będzie klasztor. Zresztą przyjaciółki mamy doradzały, że dziewczęta z „lepszych rodzin” powinny chodzić do szkoły katolickiej. Moja matka dostawała furii, że ja chodzę do jakiejś komunistycznej podstawówki. Rodzice byli bardzo antykomunistyczni – nie znosili ówczesnej władzy.

    Dla mnie te trzy lata spędzone w klasztorze to był potworny czas. Wysyłałam listy, w których pisałam, że popełnię samobójstwo. Były wieczne awantury, dla sióstr, które mnie wychowywały, byłam udręka i stałym utrapieniem. Słuchałam tylko siostry Eny – wspaniałej osoby, która chyba jako jedyna próbowała mnie zrozumieć. Z nią utrzymywałam stały kontakt, aż do jej śmierci w 2012 r.

    Kilka lat temu odwiedziłam klasztor w Nowym Sączu. Wróciły wspomnienia, i choć wiem, że jako dziecko cierpiałam, to teraz uważam, że spędzony tam czas wiele mnie nauczył i zahartował życiowo.

     

     

    Ale oczywiście marzeń o aktorstwie nie porzuciłaś, choć twoje pierwsze podejście do szkoły teatralnej w Warszawie zakończyło się porażką?

    – W Warszawie był mój „przyszywany” wujek Tadeusz Łomnicki – rektor PWST. Miałam wtedy 17 lat. Byłam już rozpoznawalna. Miałam za sobą kilka ról filmowych („Legenda”, „Wszystko na sprzedaż” – przyp. red.) i myślałam, że na pewno zdam. Tak się nie stało i dostałam od wujka bolesną lekcję. Na egzamin przygotowałam bardzo ambitny tekst Tadeusza Różewicza „Stara kobieta wysiaduje”. Łomnicki, gdy mnie usłyszał, załamał się i mój występ skwitował krótko: „Wstydu oszczędź”. Po egzaminie zapłakana siedziałam u niego w domu. Wyjaśnił mi, że jako 17-letnia dziewczyna nie jestem przygotowana do „starej kobiety”. Mówił: „Kompromitujesz się przed wszystkimi, jesteś niedojrzała, nie przemyślałaś, jak dziewczyna w twoim wieku może robić monodram, kiedy nie ma o tym zielonego pojęcia. Przez twoją duszę i przez twój mózg nie przeszły jeszcze żadne ekstremalne emocje – nie przeżyłaś rozkoszy, tragedii ani szczęścia. Musisz pamiętać, że jako aktorka przedstawiasz i grasz postać, która ma widzowi pokazać swoje prawdziwe emocje i przeżycia. To musi być widoczne”. To była dla mnie niezapomniana lekcja, którą zapamiętałam na całe życie.

    Ale w Łodzi był już sukces…

    – Tak, wyrzuciłam wszystkie poważne teksty literackie. W jednym z tygodników, chyba była to „Filipinka”, znalazłam list pewnej nastolatki, która pisała do redakcji, że ma bardzo poważne konflikty z matką. A ponieważ u mnie w domu działo się podobnie, więc po prostu nauczyłam się tego tekstu – wykrzyczałam i wywrzeszczałam przed komisją egzaminacyjną, co mnie najbardziej boli i z czym jest mi źle. Były emocje! Zostałam przyjęta do łódzkiej szkoły filmowej.

     

    A skoro mowa już o filmie, to gdzie się aktor bardziej sprawdza – w teatrze czy w filmie?

    – Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy. Aktor powinien się sprawdzać wszędzie. To tak jak krawiec, który powinien umieć uszyć paszcz, garnitur czy suknię wieczorową. Podobnie jest z aktorem. Zmieniamy tylko medium. Jest to kwestia techniki. Jest tylko jedna sytuacja zmienna – w teatrze jest widz, z którym obcujemy bezpośrednio. Z kolei w filmie jest kamera, która obnaży kłamstwo, brak talentu i warsztatu.

    Ukończyłaś wydział aktorski, później reżyserski – mało kto wie, że fascynujesz się filmem dokumentalnym, szczególnie tym jego rodzajem, w który pokazujesz sztukę.

    – Zdecydowanie tak. To jest moja wielka pasja i spełniam w ten sposób swoje marzenia. Miałam zostać malarką. Chciałam być scenografem. No cóż, nie udało się. Poszłam w stronę filmu. Nie wszystko udaje nam się zrealizować. Teraz, po latach chętnie wracam do malowania i być może już niedługo będę miała wystawę swoich prac. Szczególnie interesuję się malarstwem i historią sztuki, i bez kokieterii mogę powiedzieć, że w tych tematach mam dużą wiedzę. Jestem specjalistką w dziedzinie konstruktywizmu polskiego i rosyjskiego.

    Jeżdżę z wykładami do Stanów, do różnych galerii na świecie. Zapraszają mnie uczelnie i akademie sztuk pięknych. Wszystkie filmy, jakie zrobiłam, to są niezwykłe spotkania z artystami. Wspólnie z nimi tworzę świat sztuki i toczę wewnętrzne rozważania o niej. Oni robili dla mnie wyjątkowe performance, tworzyli specjalne prace do moich filmów, które potem objechały cały świat. Szczególnie często pokazuję je w USA, gdzie jest największe zainteresowanie sztuką współczesną.

    Ze swoim pierwszym mężem przed wielu laty stworzyłaś w Łodzi Galerię Wymiany.

    – Nazywaliśmy to Exchange Gallery, czyli galeria wymiany myśli, intelektualnych idei, pomysłów. Nasz dom – podobnie jak mój dom rodzinny – żył na najwyższych obrotach. Przewijało się tam wielu malarzy i rzeźbiarzy. Pomieszkiwały u nas tabuny artystów. Kiedy wybuchł stan wojenny, nie można było chodzić po ulicach do szóstej rano, więc trwały u nas nieustanne spotkania, wykłady, dyskusje. My naprawdę wtedy tworzyliśmy sztukę. Pod koniec lat 80. stworzyłam najwięcej filmów. Razem ze swoim mężem Józefem Robakowskim byliśmy bardzo twórczą parą.

    Później z Grzegorzem Ciechowskim stworzyłaś kolejny dom rodzinny, przez który przewinęło się mnóstwo artystów. Tym razem muzyków, mam na myśli twoją „Republikę rodzinną” z Grzegorzem Ciechowskim.

    – Ciekawie to ująłeś. Z perspektywy czasu widzę, że wszystkie moje domy były domami kultury (śmiech)! To w naszym domu i w studiu pierwsze próby podejmowały późniejsze gwiazdy – Kayah, Staszek Sojka, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie czy Edyta Górniak.

    Co obecnie i gdzie grasz?

    – Gram w Teatrze Capitol i bardzo go lubię. Panuje tam wyjątkowa atmosfera, wszyscy aktorzy grają z wielką ochotą, nie ma miejsca na coś niemiłego. Mamy zawsze pełną salę, świetną publikę, która doskonale się z nami bawi, i gorące oklaski, które dla aktorów są największą nagrodą.

     

    Czego najchętniej słuchasz? Jaki rodzaj muzyki najbardziej cię interesuje?  

    – Co roku podczas świąt wielonocnych bywam na Festiwalu Ludwiga van Beethovena, którego organizatorką od samego początku jest Elżbieta Penderecka. Dokonała czegoś niemożliwego… Przyjeżdżają tu największe gwiazdy i wspaniałe orkiestry. W domu słucham zespołu Disclosure, ale też wracam często do Niemena, Marka Piekarczyka z zespołu TSA i Ady Rusowicz z Niebiesko-Czarnych.

    Co jest w tej chwili dla ciebie najistotniejsze?

    – Dobre relacje z moimi córkami – to stawiam na pierwszym miejscu.

    Jak się oceniasz w roli mamy i babci?

    – Zmieniałyśmy domy, były rozwody, piętrzyły się trudności. To były dramaty, przez które moje córki przechodziły wraz ze mną. Moja starsza córka Matylda oceniała mnie bardzo surowo. To był jeszcze czas, kiedy byłam z Józefem Robakowskim, a ona nie chciała opuszczać Łodzi i swojej ukochanej szkoły. Bardzo przeżyła nasz rozwód i przeprowadzkę do Warszawy. Matylda do tej pory jest wewnętrznie poraniona i to jest moja wina. Z kolei Weronika – córka moja i Grzegorza – ocenia mnie dobrze. Mamy świetne relacje, i jak tylko mam więcej czasu, lecę do niej do Nowego Jorku. A babcią jestem luksusową – uwielbiam Tadeusza, ale to nie ja odpowiadam za jego wychowanie. To pozostawiam rodzicom. Ja czerpię z chwil spędzonych z wnukiem same przyjemności.

    Dziękując za rozmowę, gratuluję statuetki za całokształt pracy artystycznej, przyznanej ci przez czytelników naszego magazynu i życzę małych i dużych sukcesów na szerokim polu sztuki.

    Rozmawiał Sławek Drygalski

    Fot. Małgorzata Iwanicka

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *