Menu
  • Menu
    Małgorzata Pieczyńska

    Małgorzata Pieczyńska – Szczęście jest w nas

    Wszyscy chcemy być szczęśliwi, ale pytani o szczęście, często mamy problem z odpowiedzią. Może szukamy zbyt usilnie, a może nie tam, gdzie trzeba. Drogi do niego są różne, mogą nawet prowadzić przez jogę, bo gdy dokładnie spojrzy się w głąb siebie, łatwiej o spokój, harmonię i dobre relacje z drugim człowiekiem. Wtedy szczęście jest na wyciągnięcie ręki, czeka na górskim szlaku i przy jajecznicy.

    Jak z dzisiejszej perspektywy, z pani stażem i dorobkiem, postrzega pani wybór ścieżki zawodowej? Aktorstwo to trudny zawód?

    – Decyzja była jak najbardziej trafiona. Mało tego, była spełnieniem marzeń. Jak się później okazało, wyobrażenia nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, ale to bardzo piękny zawód – wzbogacający i rozwijający. Na pewno nie każdy wykorzystuje szansę rozwoju osobistego, jaką daje aktorstwo, ale to w zasadzie odnosi się do życia w ogóle, bo nie każdy potrafi dobrze przeżyć swoje dni i czerpać z sytuacji, jakie przynosi codzienność. W moim zawodzie jest takich okazji więcej niż w innych, ponieważ jest się uczestnikiem dziesiątków życiorysów i wielu sytuacji, których na co dzień – szczęśliwie bądź nie – nie musimy doświadczać. To, co przeżywamy, wcielając się w bohatera, jest przetworzone w takim stopniu, że staje się nasze. To wszystko, co odgrywamy, staje się naszą życiową lekcją, zarówno szczęścia, jak i zmagania się z losem w przeróżnych okolicznościach.

    Słusznie mawia się, że inteligencja to umiejętność wyciągania wniosków z cudzych błędów, bo z własnych jest dużo łatwiej (śmiech). Ten zawód daje wiele okazji, by wykorzystać tę umiejętność i prywatnie uniknąć błędów popełnianych przez kreowaną postać. Oczywiście zawodowo też uczymy się całe życie, ale chcę podkreślić, jak ważne przełożenie mają role na życie osobiste, na mnie jako człowieka. Aktor jest mądrzejszy o losy swoich bohaterów. Zawodowo wielkim szczęściem jest spotykanie w pracy wielu interesujących ludzi, którzy pokazują, jak piękny może być ten zawód. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do emocji przepuszczonych przez własny splot słoneczny, swoją fizyczność, śmiech i łzy.

    Małgorzata Pieczyńska

    Fascynujące jest to, jak niektórzy aktorzy potrafią to świadomie robić. Ostatnio odbyłam parę pogłębionych rozmów z Wojtkiem Pszoniakiem, którego znam całe życie, i jestem pełna podziwu, że cały czas jest w stanie mnie zaskoczyć, mimo że oboje występujemy na Zachodzie, gramy w obcym języku i mamy kilka mocnych doświadczeń z tym związanych. Duże wrażenie zrobiła na mnie jego opowieść o doborze ról i przyjmowaniu tylko tych, które coś znaczą dla niego jako człowieka. Nie jest obojętne, w jakim kontekście społecznym czy politycznym pojawiamy się aktorsko, bo sztuka mocno oddziałuje zarówno na aktora, jak i na widzów, i może kształtować rzesze ludzi. Dlatego w tym zawodzie niezwykle ważna jest świadomość tego, co się robi i jak się to robi.

    Takie podejście chyba przychodzi z czasem, bo świeżo po studiach raczej chwyta się każdą okazję.

    – Tak, wtedy człowiek zachwyca się emocjami, wszystko jest ciekawe przez sam fakt, że jest nowe. Po którejś roli zmienia się nastawienie, człowiek nie chce powielać schematów. Ma również świadomość jak postać może nim zawładnąć. Gdyby zaproponowano mi rolę osadzoną w Auschwitz, czy to kapo, czy więźniarki, która miałaby mieć oddźwięk porównywalny z „Listą Schindlera”, to i tak miałabym poważne wątpliwości, czy ją przyjąć. Wiem, jaki byłby koszt emocjonalny tej decyzji. W filmie „Młodość” Sorrentino oglądamy młodego aktora, świetnie granego przez Paula Dano, który przez cały czas przygotowuje się do roli. Pod koniec filmu przychodzi na posiłek w sanatorium, w którym dzieje się akcja, i jest Adolfem Hitlerem. Nie udaje go, ale nim jest. Po paru minutach mówi, że już wie, że nie przyjmie tej roli, bo tak bardzo zbliżył się do granej postaci, że wie, że nie warto być tym potworem przez miesiące produkcji filmowej. Wystarczy mu świadomość, że potrafiłby zagrać, że podołałby zadaniu.

    Aktor ma niezwykle rozwiniętą pamięć emocjonalną, która głęboko wchodzi w osobowość. Dobry aktor nie rozstaje się mentalnie z postacią przez cały okres realizacji. Grając ucieleśnienie zła, można oszaleć, bo w pewnym sensie się nim jest. Kiedy grałam w szwedzkim kultowym serialu szefową mafii, usłyszałam prywatnie: „Czuje się, że jesteś szefową mafii”. To siła, której się nie kontroluje. Niektóre cechy postaci po prostu przenosi się na siebie. Staram się nie dostać schizofrenii, a nieumiejętność rozstania się z rolą jest częstą przypadłością aktorów. Zupełnie inny jest odbiór mojej osoby, kiedy przychodzę na próbę czy nagrania prosto z zajęć jogi. Wtedy też jest siła, ale energia jest pozytywna. Człowiek niesie z sobą swoje przeżycia, a role odciskają w nim piętno.

    Ubolewam, że w szkole teatralnej studentów nie uczy się technik relaksacyjnych, podczas gdy duży nacisk kładzie się na pobudzanie pamięci emocjonalnej i wzbudzanie na zawołanie całej gamy emocji. Nikt nie mówi, co z nimi zrobić o 23, kiedy wraca się do domu. Nie wiadomo, czy wypić szklankę wódki, czy może lepiej poćwiczyć jogę .Człowiek czuje się wewnętrznie rozedrgany. To, co przeżywamy zawodowo, gdzieś się w nas odkłada. Chyba że traktuje się aktorstwo powierzchownie. Wtedy można być całkiem sprawnym aktorem, ale miałkim. Nigdy dobrym. Ja nazywam grę takich aktorów komunikatem emocjonalnym. Mówią o emocjach, zamiast je przeżywać. Można opowiedzieć o tym, że bohaterka cierpi, a można przejść przez pokój bez słów i nieść za sobą cierpienie.

    Jakie ma pani sprawdzone sposoby, żeby radzić sobie z tym nadmiarem emocji?

    – Wydaje mi się, że w odpowiednim momencie przyszła z odsieczą joga. Teraz towarzyszy mi każdego dnia, ale to nie tabletka. Joga cały czas odkłada się w nas i profituje. Ćwiczę od 11 lat, mam sprawdzone techniki relaksacyjne, kontroli oddechu, które pomagają okiełznać nagromadzone emocje. Przede wszystkim chodzi o świadomość emocjonalną i balans, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i mentalnym.

    Jak odkryła pani jogę i co panią w niej najbardziej zafascynowało?

    – Jogę odkryłam właściwie przez przypadek. Przyjaciółka zabrała mnie na zajęcia. Wtedy joga kojarzyła mi się z medytacją i zapachem kadzidełek. Ponieważ byłam bardzo aktywną osobą, uprawiającą różne sporty, byłam w stanie wszystko zrobić. Mimo to następnego dnia moje ciało zareagowało w niezwykły sposób. Trudno mówić o zakwasach, bo namiętnie uprawiałam callanetics i byłam silna, jednak wróciłam na zajęcia następnego dnia i od tego czasu ćwiczę codziennie. Nauczycielka namówiła mnie na tygodniowe warsztaty wyjazdowe i na nich tak naprawdę wszystkiego się nauczyłam. Wtedy wsiąkłam w jogę na dobre.

    Jak ma się do jogi określenie „Sport to zdrowie”? W końcu to dość nietypowy rodzaj aktywności.

    – Astanga joga to spójny, ośmiostopniowy system, który skutecznie prowadzi do zdrowia fizycznego i psychicznego, a w efekcie do szczęścia. To, co się ćwiczy na zajęciach, to asana – trzeci stopień, czyli różne pozycje: stanie na głowie, na rękach, skręty, wyciągnięcia ciała, które mają za zadanie miedzy innymi pracę nad symetrią, uelastycznianie i wzmacnianie. Czuję, że z wiekiem jestem coraz sprawniejsza i silniejsza, mimo że u rówieśników obserwuję odwrotną tendencję. Najważniejsze zady jogi, zapisane w jamach i Syjamach, można ująć jednym sformułowaniem: „Nie krzywdź”, które odnosi się zarówno do innych, jak i do siebie, dlatego podczas ćwiczeń trzeba wsłuchiwać się w swoje ciało i robić wszystko, by uniknąć kontuzji. Jeżeli w jodze dochodzi do kontuzji, znaczy, że ktoś sprzeniewierzył się tej zasadzie, był wobec siebie brutalny, nieuważny.

    Jeżeli uznalibyśmy tę podstawową zasadę jogi za obowiązującą, świat byłby lepszy! Ludzie traktowaliby dobrze zwierzęta, nie biliby dzieci i żon, nie nadużywaliby alkoholu, bo to też krzywdzi. Joga zakłada również dyscyplinę wobec siebie, związaną z systematycznością i żarliwością praktyki, sposobem odżywiania i dążeniem do wewnętrznej prawdy. Ktoś, kto wyczynia niesamowite rzeczy ze swoim ciałem, ale działa wbrew zasadom jogi, może być akrobatą, ale nie joginem. Zło i joga wykluczają się. Kolejne stopnie to pranayama, czyli ćwiczenia oddechowe, oraz: pratyahara, dharana i dhyana, związane z różnym poziomem koncentracji, która przechodzi w medytację. Ostatni stopień – samadhi – to oświecenie, rodzaj nadświadomości. To stan, który osiągają nieliczni mistrzowie. Trzeba mieć wiele pokory, żeby dojść do takiego poziomu.

    Małgorzata Pieczyńska

    Jakie są korzyści płynące z uprawiania jogi?

    – Efekty są niesamowicie szybkie, pod wpływem jogi człowiek bardzo się zmienia. Każdy w swoim tempie osiąga kolejne stopnie, a nauczyciele przychodzą sami wtedy, kiedy ich potrzebujemy. Warto spróbować, jak działa joga, chociażby dla zdrowia fizycznego, bo ten efekt obserwujemy w pierwszej kolejności. Samo wzmocnienie jest wartością. Ludzie na ulicach chodzą skrzywieni, przygarbieni, z bolączkami wymalowanymi na twarzach. Czy można być szczęśliwym, żyjąc w bólu albo dźwigając kilogramy zbędnej tkanki tłuszczowej i tym samym dewastując sobie stawy i kręgosłup? Degradacja fizyczna pogłębia problemy i unieszczęśliwia. Joga uświadamia, że szczęście jest stanem umysłu, czymś, czego nikt nam nie da, czego nie można kupić.

    Szczęścia nie zapewni skórzana sofa, samochód ani domek z ogródkiem. Jeżeli nie wygenerujemy w sobie poczucia szczęścia, to nie osiągniemy go za sprawą kolejnych dóbr materialnych. Kufereczek stóweczek daj Boże, ale to bardziej sprawa życiowego farta niż trwała wartość dla naszej psychiki. Brak pieniędzy może być poważnym problemem, ale nie może nas unieszczęśliwiać! Bywa, że ludzie bardzo bogaci są nieszczęśliwi. Jeżeli zaczniemy dbać o swoją fizyczność i zaczniemy odpowiednio wartościować nasze otoczenie, okaże się, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki, czeka na nas przy jajecznicy spożywanej z bliską osobą.

    Joga wpływa również na życie zawodowe?

    – Myślę, że na to wpływa przede wszystkim czas, ale nie wiem, kim byłabym dziś, gdyby nie joga. Nie wyobrażam sobie już swojego życia bez niej. Motywuje mnie, dodaje sił, podnosi odporność na wysiłek fizyczny, wpływa na sprawność i ułatwia koncentrację. Polecam każdemu. Na sferę zawodową bardzo wpłynęło w moim przypadku macierzyństwo. Jest tak intensywnym emocjonalnie przeżyciem, że rodzic staje się kimś innym. Pojawienie się dziecka otwiera całą paletę wcześniej nieodkrytych emocji, które w zawodzie aktora bardzo się przydają, wzbogacają.

    Długo zajęło pani odkrycie w sobie poczucia spełnienia i szczęścia?

    – Dosyć długo. Jako młoda osoba byłam niesamowicie wymagająca, poszukująca w brutalny sposób. Potrzebowałam adrenaliny i narzucałam sobie ostrą dyscyplinę. Stawiałam sobie bardzo wysoko poprzeczkę i egzekwowałam od siebie wyniki. Byłam dla siebie po prostu bezwzględna. A przy okazji dla otoczenia, chociaż nigdy nie wymagałam od innych więcej niż od siebie. Teraz jestem o niebo łagodniejsza i bardziej tolerancyjna, dla siebie, dla innych, dla ludzkich słabości. Przeglądam się w innych jak w lustrze i widzę w nich drogę, jaką przeszłam.

    Niektóre z tych słabości udało mi się przewalczyć, z innymi cały czas się zmagam, zwłaszcza na domowym gruncie, bo tam człowiek czuje się najbezpieczniej i pozwala sobie na więcej. Cały czas pracuję nad sobą i staram się stosować wobec tych, na których mi zależy, zasadę: „Kochaj mnie najbardziej wtedy, kiedy najmniej na to zasługuję”. Warto policzyć do dziesięciu, zanim się kogoś pochopnie osądzi albo wyciągnie się nóż. Taka otwartość, tolerancja i gotowość na zmiany również są wpisane w jogę.

    Uczestnictwo w zajęciach grupowych jest w jodze wartością dodaną?

    – Tak. Grupa ciągnie za uszy, mobilizuje i obdziela swoją energią, co ułatwia zadanie. Często ćwiczę sama i widzę, że jest to dużo trudniejsze. Praktyka własna wymaga samodzielnej dyscypliny. Plusem uprawiania jogi w grupie jest też możliwość poznania fajnych ludzi z różnych środowisk. Dla mnie to szczególnie ważne, żeby oderwać się od zawodowych kręgów. Po części udaje mi się to dzięki znajomym mojego męża spoza artystycznego świata – przy okazji polecam kolegom po fachu małżeństwa mieszane, z tzw. cywilem.

    Joga wymaga również systematyczności? Trzeba codziennie poświęcić czas na ćwiczenia?

    – Chce się. To zasadnicza różnica. Chce mi się wstać rano, żeby poćwiczyć o 7, bo wiem, że będę miała lepszy dzień. To jak poranna kawa dla niektórych. Bez tego codziennego rytuału czegoś brakuje. Ciało się tego domaga jak mycia zębów czy higieny osobistej, więc praktyka przychodzi naturalnie. Polecam zwłaszcza warsztaty wyjazdowe, jeśli chce się solidnie wgryźć w jogę. Warto zacząć od ciała, bo w jodze każda pozycja prowadzi do postawy godnego człowieka. Prostuje kręgosłup, poszerza klatkę piersiową, pogłębiając oddech. Po serii regularnych ćwiczeń sami nie wiemy kiedy żegnamy postawę zgnębionego człowieka, przestajemy się garbić i spuszczać głowę. Ciało szybko wysyła sygnał do psychiki, co przekłada się na wewnętrzną równowagę.

    Była pani w Indiach, u źródeł jogi?

    – Byłam, ale nie miałam szczęścia. W Kerali trafiłam do ośrodka związanej z jogą Ajurvedy, tyle że było to bardzo turystyczne wydanie jogi, najgorsze, z jakim się spotkałam. Od razu można było poznać, że niektórzy w grupie wiedzą o jodze więcej niż nauczyciel. Największego pecha miał jednak mój mąż, który tam postanowił spróbować jogi i od razu się zraził. Szanuje moją praktykę, ale sam po doświadczeniu w Indiach utrzymuje, że joga nie jest dla niego.

    Podróże też są sposobem na ucieczkę od codzienności?

    – Tak, bo świat jest piękny. Cudownie jest poznawać inne kultury, podziwiać przyrodę, rozmawiać z mieszkańcami różnych krajów. Miałam ku temu wiele okazji, bo byłam w Japonii, Argentynie, Tasmanii, ale tak naprawdę najważniejszą podróżą, jaką odbywamy, jest podróż do drugiego człowieka, a potem w głąb siebie, żeby znaleźć szczęście. Jeżeli ktoś goni po świecie w poszukiwaniu szczęścia, to nie tędy droga. Szczęście można znaleźć pod jabłonią w Kazimierzu Dolnym. Czym innym jest ciekawość świata, a czym innym gonitwa za czymś nieokreślonym. Do znalezienia szczęścia niepotrzebne są podróże.

    Co by pani poradziła tym, którzy cały czas szukają swojego miejsca w życiu?

    – Ludzie, którzy usilnie szukają szczęścia, często robią to zbyt agresywnie – z zaciśniętymi zębami chcą światu wydrapać to upragnione szczęście. Mogliby być łagodniejsi, bo szczęście jest bardzo blisko, a pięści nie pomagają w odnalezieniu go. Warto odkrywać świat, ten prawdziwy, nie wirtualny, bo on ma do zaoferowania prawdziwe życie, ale najważniejsze jest odnalezienie bliskiego człowieka, z którym chce się żyć, grać w scrabble, czytać na głos książki, oglądać filmy, dyskutować.

    Obserwuję, że młodzi ludzie bardzo się szarpią, szukają partnerów, którzy spełniają szereg kryteriów, potem biorą  kredyty, szukają pięciogwiazdkowych hoteli, zamiast odnaleźć spokój w naturze, wyruszyć z bliską osobą w góry i przeżyć coś razem, mieć wspólne emocje, a nie tylko zdjęcia z luksusowych wakacji. Joga jest cenną wędrówką w głąb siebie, ale musi mieć swój moment. Najpierw warto postawić na szczerą relację, poznać świat.

    Małgorzata Pieczyńska

    Pani znalazła swoje miejsce na Ziemi w Szwecji?

    – Myślę, że mam w sobie coś z żółwia, który cały czas nosi dom ze sobą i wszędzie dobrze się czuje, ale Sztokholm rzeczywiście mnie oczarował. Szwecja daje możliwość pięknego, ekologicznego życia i niesamowite możliwości rekreacji: biegówki, panczeny, zielone tereny do spacerów, sporty wodne. Poza tym to świetny kraj do pracy. Przestrzega się tu ośmiogodzinnego dnia pracy, również w moim zawodzie, gdzie silne związki zawodowe dbają o interesy aktorów. W Polsce ich nie ma, są za to 12-godzinne dni pracy i wolna amerykanka, jeśli chodzi o jej warunki i stawki.

    Szwedzi jako społeczeństwo dają się lubić?

    – Niestety coraz częściej zastanawiam się, czy Polacy dają się lubić. Na szczęście nie mam telewizora, ale trudno oddzielić ocenę ludzi od polityki, zwłaszcza teraz. Okazuje się, że mamy w narodzie różne rozumienie polskości, patriotyzmu, różne wizje przyszłości kraju. To, co dla jednych jest kompromitacją, dla innych jest bohaterstwem. Patrząc na to, co się dzieje wokół, mam wątpliwości, czy lubię Polaków, bo nie wiem, kim naprawdę jesteśmy.

    Jakie marzenia wciąż czekają na spełnienie, zawodowo i prywatnie? Jakie cele pani sobie stawia?

    – Każdy dzień jest nowym celem. Mam starych rodziców i cieszę się, ilekroć widzę ich w dobrej formie. Szczęście daje mi też patrzenie, jak fajnie żyje mój syn, dla siebie, nie spełniając moich oczekiwań wobec niego. Jestem dumna, widząc, jak samodzielnie wchodzi w świat, nadając sens swojemu życiu. Chciałabym dalej obserwować, jak się rozwija i pięknie żyje na własnych warunkach. Przez ostatnie dwa lata zbudował sierociniec w Salwadorze, a w tym roku będzie go wyposażał i wprowadzi do niego dzieci.

    Jak każdy aktor, marzę też o ambitnych rolach. Niestety ostatnio więcej takich wyzwań czeka na mnie w Szwecji i choć to role ciekawe i ważne, to tęsknię do grania w ojczystym języku. W Szwecji gram po szwedzku, rosyjsku, angielsku. Seriale kryminalne to skandynawska specjalność i granie w nich to prestiż, jednak wiąże się to z wielokrotnie większym wysiłkiem przy przygotowaniu roli. Widocznie nie jest mi pisane chodzenie na łatwiznę. Cóż, „bez pracy nie ma kołaczy”. Joga buduje moją wytrwałość, a odkąd moim życiowym motto stały się słowa Helmuta Kajzara: „Postaraj się z codziennego krajania chleba uczynić krojenie tortu urodzinowego”, tego się trzymam.

    Rozmawiała Małgorzata Szerfer-Niechaj

    Fot. Międzynarodowy Dzień Jogi 2017 – archiwum organizatora

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *