Menu
  • Menu
    Jerzy Radziwiłowicz

    Jerzy Radziwiłowicz – Nikt nie jest do końca syty, spełniony

    Aktorstwo do dla niego zawód specyficzny – raz zasmakowany, pozostaje w człowieku niczym nałóg, z którego nie da się wyjść. Daje przy tym możliwość przeżywania cudzego życia, za które czasem płaci się własnym życiem, zabierając je choćby rodzinie. Zawodowe szczęście Jerzego Radziwiłowicza polega na ludziach, których spotykał, i rolach, w których go obsadzali. I za to jest im wdzięczny.

    Wybitny, wszechstronny, pracowity. Talentu nie rozdrabnia na drobne. Tytan pracy. Miło jest słyszeć tyle pochlebstw o sobie, zważywszy, że wszystkie są prawdą?

    – Kto nie lubi słuchać o sobie dobrych i ciepłych słów. Proszę o kolejne pytanie.

    To dopiero początek.

    – Czego?

    Pochlebstw, ale będę je dawkować.

    – Niech pani dawkuje, mam nadzieję, że nie pęknę.

    Skoro już jesteśmy przy tytanie pracy, wie pan, ile filmów ma na swoim koncie?

    – Nie wiem, pewnie sporo.

    Ponad 36 filmów, 120 sztuk teatralnych, seriale, dubbingi, sporo to skromne określenie.

    – W końcu robię to pół wieku, więc się nazbierało. Ilość to ilość, ważna jest jakość. Ważne, co za tym stoi.

     

    Jerzy Radziwiłowicz

     

    Różnie określa się pana zawód, „aktorstwo to zwariowana profesja” – takiego sformułowania użyła Glen Close.

    – To dobre stwierdzenie, bo to taka profesja. Jakbyśmy nie podchodzili do określenia tego zawodu, czy to zwariowany, szalony, zawsze będzie czegoś brakowało.

    O pana latach młodzieńczych niewiele wiemy, czy od zawsze miał pan marzenia związane z teatrem?

    – Moja młodość była normalna, nie było w niej nic nadzwyczajnego. W liceum chodziłem na kółko dramatyczne, uczestnictwo w którym mi się spodobało, dlatego też spróbowałem dostać się do szkoły teatralnej. Udało się, i potem już samo poszło.

    Wystartował pan w krakowskim Teatrze Starym w „Dziadach” Adama Mickiewicza, reżyserem których był Konrad Swinarski. Potem było „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego…

    – To był wtedy najlepszy teatr w Polsce, w którym spędziłem szmat czasu, 26 lat. Dużo się wtedy nauczyłem.

    Miał pan szczęście spotykać na swojej drodze najwybitniejszych reżyserów. Jerzego Jarockiego, u którego zagrał pan znakomite role w kultowych – można powiedzieć – przedstawieniach: „Rewizorze” Gogola, „Portrecie” Mrożka, „Ślubie” Gombrowicza. Jerzego Grzegorzewskiego, który obsadził pana w „Weselu” Wyspiańskiego, a potem w „Dziadach – 12 improwizacjach”.

    – To były lata 70. Jarocki, Swinarski, Grzegorzewski, Wajda to mistrzowie. Każdy z nich tworzył inny teatr, był inną osobowością. Aktorstwo uprawia się z ludźmi, których spotkało się w młodości, i to oni kształtują człowieka. Szkoła teatralna to szkoła teatralna, ale tak naprawdę ten zawód poznaje się dopiero w teatrze. Miałem to szczęście, że trafiłem do Teatru Starego w Krakowie, gdzie spotkałem fantastycznych ludzi, moich mistrzów. Te krakowskie lata mnie ukształtowały.

    Nigdy nie możemy jednak zapominać o ludziach, którzy mają ogromny udział w tej całej machinie twórczej, a których nie widać. Doskonałych artystów plastyków, scenografów, muzyków, kompozytorów. To teatr od kulis. Wspomnę tylko o Jurku Skarżyńskim, wybitnym scenografie, z którym się przyjaźniłem, o Staszku Radwanie, kompozytorze i reżyserze. To bardzo ważne, żeby trafić na ludzi z pasją, zaangażowaniem, wrażliwością, którzy chcą się dzielić emocjami. Oni nauczyli mnie pracować w teatrze i filmie. Jak patrzę na te lata mojej pracy z perspektywy czasu, to faktycznie miałem szczęście.

    Czas na kolejne obiecane pochlebstwo. „Radziwiłowicz opanowuje całą scenę, chwyta widzów za twarz. Jego monolog to świadectwo aktorskiej techniki. Jest echem publiczności” – pisze Paweł Pokora.

    – Pewnie to po monologu Kalibana w poemacie „Morze i zwierciadło” Wystana Hugh Audena. Żywię do tej postaci szczególnie ciepłe uczucia. To było już w warszawskim okresie mojej kariery. Wtedy właśnie z Jurkiem Grzegorzewskim zrobiliśmy parę przedstawień. To był niezwykły okres w moim życiu.

     

    Jerzy Radziwiłowicz

     

    Bo i Grzegorzewski był niezwykły.

    – Tak, to był fantastyczny człowiek, wspaniały artysta. Mógłbym wymienić kilka ról, do których mam szczególne uczucia, i które były dla mnie bardzo ważne. Ludzie, o których mówimy, to bardzo różni artyści. Podczas pracy z nimi człowiek znajduje w sobie i odkrywa możliwości, o których nawet nie wiedział. To tak człowieka, że tylko sobie tego życzyć.

    Kolejna pana rola to tłumacz. Został pan laureatem nagrody Warszawskiej Premiery Literackiej za tłumaczenie trylogii Moliera „Don Juan”, „Mizantrop” i „Tartuffe”. W 1994 r. we francuskiej La Comédie de St-Étienne Jerzy Grzegorzewski wystawił to pierwsze dzieło i rolę tytułową powierzył właśnie panu. Jak doszło do tego, że znalazł się pan w roli tłumacza?

    – Z inspiracji Grzegorzewskiego, któremu nie podobały się przekłady, mnie zresztą też nie. Po tej roli tekst miałem w głowie i w 1996 r. przygotowałem nowe tłumaczenie, które Jurek przyjął.

    „Przekłady Radziwiłowicza brzmią świetnie ze współczesnej sceny również z powodu dobrze dobranej techniki rymowania” – pisał Patryk Kenecki. Co było największym problemem?

    – Po pierwsze czułem się jak amator, a problem polegał na tym, żeby zachować molierowski język i żeby to wszystko było zrozumiałe dla współczesnego widza.

    Jak się gra w sztuce, którą samemu się przetłumaczyło?

    – To dziwna sytuacja, w której trzeba zdystansować się do tekstu, pracować tak jak nad cudzym przekładem. Nie chodzi o to, żeby rozpatrywać tekst, trzeba się skupić na roli.

    Ale skończyło się sukcesem, w recenzjach pisano, że to rola do prawdziwego „smakowania”.

    – To miłe.

    Szczęście do współpracy ciągle panu towarzyszy, również na planie filmowym. Przez wiele lat współpracował pan z Andrzejem Wajdą. Kultowe filmy „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza”, w których pan wystąpił, to symbole swoich czasów. Potem Wajda nakręcił też „Wałęsę Człowieka z nadziei”. Czy teraz kolej na „Człowieka z nienawiści”?

    – No nie, może nie przesadzajmy. Taki człowiek z nienawiści musiałby być spersonifikowany. To hasło dotyczy atmosfery ogólnej. Nie dajmy się wepchnąć w myślenie, że otaczają nas tylko zło i nienawiść. Mam nadzieję, że ogromna część z nas nie ma nic wspólnego z tymi uczuciami. Dajmy spokój z tym człowiekiem z nienawiści.

    Bycie aktorem to fascynująca podróż po różnych formach, scenariuszach, epokach. Czego można nauczyć się na tej drodze, co przywieźć z kolejnej podróży?

    – Każdy coś przywozi z tych podróży. My aktorzy mamy możliwość, a zarazem konieczność, tak jak pani powiedziała, podróżowania po epokach, autorach, literaturze. Każde takie spotkanie gdzieś nas prowadzi, coś nam pokazuje nowego, coś z niego w nas zostaje. Nawet nie próbuję tego nazwać, nie ma znaczenia, co zostało we mnie z danej sztuki czy danego filmu. Dla mnie ważna i satysfakcjonująca jest suma przeżyć, jakie daje mi moja praca.

     

    Jerzy Radziwiłowicz

     

    „Aktorstwo to specyficzny zawód, to emocjonalne zapasy” – powiedział Al Pacino. Czy zgadza się pan z tą opinią?

    – Emocjonalne zapasy pod wieloma względami. Tu chodzi o nasze osobiste emocje, z których czerpiemy, żeby wyposażyć postacie, w jakie się wcielamy. To normalne, że one potem należą do widza, ale on nie musi wiedzieć, na jakim osobistym przeżyciu aktora to się opiera. Ja nie podkręcam widza takimi opowieściami. Tu mówimy o emocji gry, emocji zawodu, emocji, która płynie z akceptacji lub jej braku u widza, krytyków czy ocen, jakie nam wystawiają. To wszystko powoduje, że rzeczywiście cały czas jesteśmy nakręcani i czasami te emocje nas zżerają. W szkole teatralnej moim pierwszym nauczycielem i opiekunem roku był znakomity aktor przedwojenny Marian Wyrzykowski. Potrafił z nami rozmawiać bardzo prosto i poważnie o tym zawodzie, mówiąc, że jest on okrutny i bardzo wyczerpujący. Aktor powinien godzić dwie sprzeczności – odporność gruboskórnego nosorożca z wrażliwością skowronka. Cechy te są konieczne, żeby uprawiać ten zawód.

    Ma pan na koncie całą paletę ról – dramatyczne, komediowe, kryminalne. Odnalazł się pan też z powodzeniem w telewizyjnym serialu „Glina”, podkreślając, że spełniło się pana marzenie o zagraniu prawdziwego, silnego mężczyzny.

    – Film kryminalny to świetna zabawa, ciekawe, nowe doświadczenie.

    Nie mylić z książką.

    – Kryminałów nie czytam, bo mnie nudzą, a filmy tego typu oglądam z przyjemnością. To jest bardzo ważny gatunek w kinematografii i to od bardzo dawna. Stare kryminały są świetne. Jest coś pasjonującego dla mnie jako widza w oglądaniu takich perypetii patrzeniu na dobrych aktorów, którzy wciągają mnie w kolejne zagadki. Co wydarzy się dalej, kto będzie następny? To fajna zabawa, ale musi być na wysokim poziomie.

    Jurek zawsze był mrukiem czytającym przy każdej okazji i w każdym towarzystwie książki” – pisała o panu Krystyna Janda w książceGwiazdy mają czerwone pazury”. Mówią o panu: poważny, powściągliwy, tajemniczy, nie udziela wywiadów.

    – No przecież rozmawiam z panią. Jaki tam tajemniczy. Może tak mnie zaszufladkowali, bo grałem dużo takich ról. Pewnie do nich pasuję. Lubię komedie, ale one zwykle są mniej istotnym gatunkiem. Dramat to duży kaliber. Zostańmy więc przy tym, że jestem smutasem.

    Wcale tak nie uważam.

    – To dobrze.

    Bycie aktorem to ciągłe spotkania z ludźmi.

    – Bez przerwy. To praca, którą wykonuje się w zespole, pracujemy wspólnie. W teatrze jest jeszcze spotkanie z widzami, którzy uczestniczą w wydarzeniu. Jeśli są zadowoleni, to klaszczą, jeśli im się nie podoba, gwiżdżą. Jest tu też pewna sprzeczność, tak jak z tym nosorożcem i skowronkiem. Niby aktor cały czas pracuje z ludźmi i dla ludzi, a jednocześnie jest dość samotny. To jest też dziwne w tym zawodzie, że te samotności składają się na to, co jest niekiedy sumą harmonii, którą tworzą odrębni ludzie.

    W pana życiu są dwie płaszczyzny – teatr i film. Różnica między pracą w nich jest ogromna. Jakie doznania dają te różne formy twórcze?

    – Bardzo różne. Teatr jest tu i teraz. Widzowie są na sali i my jesteśmy na scenie. W kinie dzieli nas ekran, a my jesteśmy na taśmie filmowej. Przedstawienia nie da się nagle skończyć. Spektakl to proces, który dzieje się na naszych oczach, nic nie może się stać bez mojego udziału. Wchodzę na scenę, zaczyna się spektakl i jestem w nim. W filmie nie wszystko zależy od nas. Film powstaje na montażu. Mogę wiele razy powtarzać sceny, przerywać, mogę iść do kina i obejrzeć siebie. Czasami czułem się nieswojo, jak sobie wyobraziłem, że jest emisja jakiegoś filmu ze mną, ludzie go oglądają, a ja już nie mam na to żadnego wpływu. To się dzieje poza mną. Na tym polega ta różnica.

     

    Jerzy Radziwiłowicz

     

    Praca w teatrze ma swoje wady i zalety, z którymi aktorzy muszą się nieustannie mierzyć, czasem stawić czoła trudnościom, innym razem czerpać satysfakcję, jaka płynie z wykonywania zawodu. Czy jedną z zalet – tak jak powiedział De Niro – jest możliwość przeżywania cudzego życia bez płacenia ceny za nie?

    – To jest dobrze powiedziane, dodać trzeba, że cenę za przeżywanie cudzego życia płaci się własnym życiem. Na pewno aktorstwo ogranicza życie prywatne – jak przygotowujemy się do premiery, to myślimy tylko o niej. Jesteśmy poza sferą normalnego życia. Nie szukajmy formułek, nie demonizujmy też tego zawodu. Jest on pociągający, dlatego że daje wiele możliwości, ale to nie jest tak, że jest bez przerwy święto albo tragedia. Wiadomo, żeby było święto, trzeba się długo napocić, narobić. Nie zawsze z przyjemnością. Jeżeli zaś mówimy o wadach, nie zawsze jesteśmy zadowoleni z tego, co nam wychodzi, i czasami musimy się przygotować, że po drodze możemy napotkać też klęski.

    „Wszystko jest lekko dziwne” to tytuł wywiadu-rzeki, jakiego udzielił pan Łukaszowi Maciejewskiemu. Skąd taki pomysł?

    – Tak uważam, nic nie jest jednoznaczne, proste, ani czarne, ani białe. Zawsze znajdziemy jakieś „migotanie” we wszystkim, co jest dookoła.

    „Film uczyni cię sławnym, telewizja bogatym, a teatr prawdziwym aktorem” – to słowa Terrence’a Manna. Czy zgadza się pan z nimi?

    – Teatr był kiedyś zasadniczym miejscem, był domem i życiem. Ja byłem wychowany w poczuciu, że wszystko, co się robi poza teatrem, jest mniej ważne w tym zawodzie. To już minęło. Ale teatr jest naszą podwaliną do dalszej działalności.

    Żyjemy w czasach ciekawych, ale i trudnych. Czego pan się boi?

    – Boimy się, że staniemy się dla siebie nieznośnymi sąsiadami. Bycie obok siebie może stać się nieznośne. Jest to wielka obawa. Do tego próbuje nas sprowokować polityka. To mieszanie w naszym myśleniu, w naszej świadomości, w naszych emocjach staje się zdradliwe.

    Jest wiele agresji w ludziach.

    – I na tę agresję jest przyzwolenie. Ale niech pani spojrzy, tu, gdzie siedzimy, są też ludzie radośni, uśmiechnięci, swobodni. A obawa jest, żeby nie sprowadzić nas do ponuractwa, zaciętości, złości, które to cechy narzuci nam sytuacja. My tacy nie chcemy być.

    Co oprócz satysfakcji z pracy jest ważne, co pana cieszy?

    – Dużo mnie cieszy, że słońce świeci, że możemy jeździć po kraju i po świecie, przeżyć coś fajnego. Cieszą mnie lektury, na które trafiam. Takie zwykłe sprawy. Nie przekona mnie pani, że wszystko sprowadza mnie do marazmu i ponurego nastroju.

    Nie mam takich intencji.

    – To dobrze.

    Życie celebryckie jest dalekie od pana. Nie pojawia się pan na tzw. ściankach, ale zawsze jest w centrum życia kulturalnego ze swoimi znakomitymi rolami.

    – Mam taki temperament, nie mam potrzeby dzielenia się ze wszystkimi sobą i swoim prywatnym życiem. Są tacy, którzy lubią opowiadać publicznie o swoim życiu, ale wtedy to przestaje być prywatne. Jako aktor dzielę się z ludźmi i to jest moja komunikacja z widzami, których nie znam.

     

    Jerzy Radziwiłowicz

     

    Czy uczucia, jakie płyną z akceptacji i podziwu publiczności, można porównać z czymś innym?

    – Nie zastanawiałem się nad tym, ale pewnie nie.

    Cieszy się pan sympatią publiczności, sławą, życiem rodzinnym, można powiedzieć o panu szczęśliwy człowiek. Czy ma pan jeszcze niespełnione marzenie?

    – Każdy ma pełno niespełnionych marzeń, tyle że z biegiem czasu przestajemy je traktować w ten sposób. Myślimy o nich jako o konsekwencji dokonywanych przez nas wyborów.

    Można powiedzieć, że jest pan człowiekiem spełnionym?

    – Nikt nigdy nie jest do końca syty, spełniony. Nie wiem, co mnie jeszcze spotka, ale wiem, co mnie nie spotka. Jestem już w pewnym wieku, nikt mi nie zaproponuje roli młodzieńca, nie udało mi się też zagrać kobiety. Nikt nigdy wszystkiego nie zagrał i z tym trzeba się pogodzić. Niedosyt jest zawsze. I to jest dobre, bo pcha nas do przodu.

    Rozmawiała Anna Arwaniti

    Fot. Krzysztof Bieliński (4), Tomasz Englert (1), Tomasz Urbanek (1)

     

    Udostępnij

    2 odpowiedzi na “Jerzy Radziwiłowicz – Nikt nie jest do końca syty, spełniony”

    1. Darek napisał(a):

      dobrze, że jednak dzieli się Pan swoimi przemyśleniami
      nie dajmy się rozstawiać po kątach, pełni żalu, obaw,
      pozdrawiam

    2. Kali napisał(a):

      Super Aktor

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *