Menu
  • Menu
    BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK

    BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK – Słomiany zapał przekreśla sukces

    Po latach nauki coraz bardziej dopracowuję łódź technicznie, a to owocuje wynikami. W efekcie budzi się we mnie potrzeba rywalizacji. Coraz bardziej lubię się ścigać, uwielbiam atmosferę współzawodnictwa, ale też poczucie panowania nad łodzią, mimo zawrotnej prędkości. Taka szybka jazda bez przyczepności do tafli to czysta magia – mówi Bartek Marszałek, pierwszy Polak w F1 H2O, czyli najwyższej klasie zawodów motorowodnych

    Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

    Jak się pan czuje ze świadomością, że jest pan pierwszym Polakiem startującym w Formule 1 H2O i to z osiągnięciami?

    – Nie mam jeszcze takich osiągnięć, jak bym chciał, ale czuję się dobrze, zwłaszcza dlatego że kontynuuję to, co robił tata. Wprawdzie nie ścigał się w Formule 1, ale wygrał sześć tytułów mistrza świata w swoich klasach i jest dla mnie wzorem. W pokoju miałem plakaty zawodników, z którymi teraz się ścigam. Wówczas to były nierealne marzenia, ale życie pokazuje, że jak ma się pasję, odrobinę szczęścia i przede wszystkim upór, to można dużo osiągnąć, nawet to, co pozornie wydaje się poza zasięgiem. Patrząc realnie, nie widziałem szans, żeby znaleźć się w obecnym miejscu.

    Nawet tata z troski sugerował mi, żebym się nie nastawiał, bo F1 to ogromny rozmach finansowy, ale z każdym rokiem moje marzenia, a potem konkretne cele, stawały się coraz bliższe. Czuję ogromną odpowiedzialność, bo to bardzo drogi sport, a ja dysponuję ułamkiem tego, co mogą wydać inne zespoły, ale mam poczucie, że nie marnuję tych pieniędzy.

    Sam zajmuję się serwisem silników, zakupem części do łodzi, logistyką i organizacją wyjazdów, dzięki czemu wszystko, co mam, przeznaczam na sprzęt i bilety lotnicze, podczas gdy inne teamy liczą po kilkanaście osób zatrudnionych przez cały rok, które non stop coś testują, udoskonalają, wymieniają. Jak w każdej dyscyplinie rekordy są z roku na rok mocno śrubowane, a konkurencja nie śpi, więc łodzie muszą być coraz szybsze.

    BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK

    Pańska samodzielność wynika wyłącznie z oszczędności?

    – Nie miałem wyjścia, bo rywalizuję z zawodnikami z Australii, ze Stanów, ze Skandynawii czy z Emiratów Arabskich – ludźmi, którzy traktują zawody komercyjnie. Jak ktoś chce wystartować w F1, musi zaliczyć niższe szczeble i przejść testy zdrowotne, wydolnościowe, zanurzeniowe, ale potem potrzebna jest rozległa wiedza techniczna, której zwykle zawodnikom brak.

    Ja poszedłem w ślady ojca – znam budowę silnika, konstrukcję łodzi, mam pojęcie o telemetrii. Tata też, jak nie mógł czegoś kupić, to kombinował: sam budował silnik do łodzi, kochana mama organizowała blachy do tłumików z Zakładów Kasprzaka, gdzie pracowała. Można by załamać ręce i poddać się, nie widząc szans osiągnięcia czegoś na tak wysokim pułapie finansowym. Ja od początku wiedziałem, że nie stać mnie na team, ale jednocześnie nie chciałem rezygnować.

    Oczywiście konstrukcja bolidu nie ma nic wspólnego z motorówką, a wyścigi z pływaniem rekreacyjnym, ale zasada niezależnie od czasów jest ta sama – jest łódź i jest człowiek, który decyduje o swoim tu i teraz i o swojej przyszłości. Moja łódź składa się z wielu części, sprowadzanych z różnych stron świata: z Włoch, Japonii, ze Szwecji, z Kanady, Australii. Większość tych miejsc sam odwiedzam i biorę udział w pracach nad każdym elementem, bo nie kupuję części fabrycznych, mając na względzie większą wytrzymałość i żywotność.

    Ten sport nauczył mnie zaradności, bo prawda jest taka, że w tej dyscyplinie worek złota by wszystkiego nie załatwił. Choć bardzo by się przydał, to nie zastąpi własnej pracy ani relacji z ludźmi, zwłaszcza że wiele części do łodzi jest nie do zdobycia, bo są na wyłączność, specjaliści od tuningowania silników są nieliczni i powiązani z najbogatszymi zawodnikami. Ja to szczęśliwie omijam, ale coś za coś – wiele czasu spędzam na pokornej nauce strony technicznej kosztem życia prywatnego.

    Sam serwisuję łódkę i dzięki temu decyduję o ustawieniach na zawodach, nie jestem od nikogo uzależniony i narażony na ryzyko, że nagle zostanę na lodzie. Większość nowych zawodników tej ligi przypomina bezbronne owieczki, na które wilki ostrzą sobie zęby. Szybko pokornieją, bo świetlane wizje długoterminowej współpracy po kilku startach sprowadzają ich na ziemię. Nieoczekiwanie wycofują się z gry z pustymi kieszeniami.

    Czyli inwestycja w łódź nie rozkłada się na lata, bo już za chwilę trzeba wymieniać części i zwiększać moce?

    – Żywotność nowego silnika to 45 minut, czyli czas wyścigu. Potem wszystkie jego ruchome elementy muszą być wymieniane. W motorówce turystycznej te same części mogłyby wytrzymać nawet 15 lat. Praktycznie cały czas trzeba rozbierać łódź i pracować nad przygotowaniem sprzętu na kolejne zawody. A remont silnika to koszt małego osobowego auta.

    Trudno jest pozyskać sponsora w tej dyscyplinie?

    – Trudno. Chyba dlatego, że w Polsce motorówka jest kojarzona z fanaberią, dobrem wyższego rzędu dla nielicznych. Poza tym mamy taki a nie inny klimat i letnich dni jest niewiele, więc warunki do uprawiania sportu są ograniczone. Świadomie podjąłem decyzję, że nikt mnie nie reprezentuje, więc sam muszę zabiegać o wsparcie. Na szczęście ludzie szybko się przekonują, że oprócz wartości sportowej swoją postawą daję przykład, jak należy walczyć o swoje i dążyć do osiągnięcia celu.

    Gdybym z miejsca miał uzyskać tyle, co mają inni, nigdy nie wystartowałbym w Formule 1. Wraz ze wzrostem osiąganych wyników jest coraz łatwiej o sponsorów. Odkąd 12 lat temu po raz pierwszy wsiadłem do łódki, dużo zmieniło się na korzyść. Moim głównym partnerem jest LOTTO, co bardzo sobie cenię, bo – mimo zmian politycznych w Polsce – współpraca trwa.

    Odkąd w 2006 r. zdobyłem pierwszy medal w klasie 350, w której ścigał się mój tata, i zostałem wicemistrzem świata z logo LOTTO na piersi, do tej pory noszę je na kombinezonie, ścigając się w F1 H2O. Cieszy mnie ta długofalowa współpraca. To dowód, że ludzie wierzą we mnie i widzą, że nie marnotrawię pieniędzy. 70 proc. budżetu redukuję własną pracą. Oprócz prac technicznych dbam o swój management i o wysoki poziom reklamy dla partnerów. Jestem właścicielem praw telewizyjnych do transmisji F1 H2O, produkujemy cykl programów dla telewizji Puls, której prezes, pan Dariusz Dąbski, również uwierzył we mnie i w mój sport, dając mi możliwość propagowania tej pięknej dyscypliny i mojej osoby na antenie.

    Te wszystkie gesty, począwszy od wsparcia finansowego od partnera LOTTO po czas antenowy Telewizji Puls, są dla mnie wielkim wyróżnieniem i odpowiedzialnością, która na mnie spoczywa. Dołożę wszelkich starań, aby w zamian osiągać coraz lepsze wyniki sportowe i marketingowe. W dzień pracuję nad łodzią, jeżdżę na spotkania, a wieczorami do późnych godzin nadrabiam biurowe zaległości. Gdybym miał pracować w ten sposób dla kogoś, na pewno nie znalazłbym w sobie tyle sił. Mam szczęście, że robię w życiu to, co kocham – to najlepsza motywacja, więc nie stawiam sobie granic. Oczywiście to wiąże się z wyrzeczeniami – jak w silniku, kiedy dodaje się jakiś parametr, trzeba coś ująć dla zrównoważenia.

    BARTŁOMIEJ MARSZAŁEK

    LOTTO panu zawierzyło i ten związek trwa już od lat. Czy podobne trwałe relacje i zaufanie dotyczą zespołu: mechaników i radiomana, który podczas wyścigów jest głosem w słuchawce?

    – Dzięki samodzielności wyrabiam sobie pozycję wśród doświadczonych zawodników, ale wszystkiego nie da się zrobić w pojedynkę. W sumie na zawodach są ze mną cztery osoby z Polski, natomiast resztę teamu stanowią Włosi, pracujący przy łodzi drugiego kierowcy z drużyny. W sumie zespół liczy 15 osób. Jeździ ze mną Andrzej z Augustowa, któremu ufam i powierzam część odpowiedzialnych prac, związanych np. z wodowaniem łodzi, wymianą śmigieł napędowych, ale nie z silnikiem – do niego nikt poza mną się nie dotyka.

    Na zawodach jest ze mną też jedna śliczna dziewczyna – Nikola, która przekazuje mi przez radio informacje, w czasie gdy ja jestem na torze, bo takie są wymogi regulaminu. Do tego w mojej ekipie jest Robert, odpowiedzialny za nagrywanie i wspieranie mnie w produkcji programów dla telewizji i sprawach mediowych. W przeciwieństwie do innych kierowców nie mam menadżera ani koordynatora i grupy fachowców – sam jestem sobie strategiem i uczę się na własnych błędach. Czasami pracuję do 20 godz. na dobę, a nie mogę zapominać o trenowaniu ciała, które na zawodach dostaje mocno w kość. Co z tego, że będę miał super sprzęt, jak nie będę miał siły, żeby nim pojechać?

    Co roku muszę odnawiać licencję F1 Superlicense, która wymaga parametrów zdrowotnych na wysokim poziomie i dobrej kondycji. Mam też dobre relacje z fachowcami ze świata. Na pewno pomaga mi w tym nazwisko, bo ludzie wiedzą, z jakiej pochodzę rodziny, pamiętają mojego tatę i śp. brata, którzy też mieli osiągnięcia w sportach motorowodnych. Jednocześnie widzą, jak bardzo mi zależy, i że nie noszę ze sobą garnca ze złotem. To wzbudza chęć współpracy.

    W wielu sytuacjach nazwisko jest przepustką. Czy czuje pan również presję, żeby kontynuować legendę i nie zepsuć dobrej sławy?

    – Jeśli już, to pozytywną. Pierwszą osobą, do której dzwonię po zawodach, jest mój tata, zwłaszcza jak dobrze pójdzie. Wiem, że bardzo mnie kocha, ale odkąd pamiętam, jest niezwykle chłodny w ocenie. Jako nauczyciel jest surowy i wymagający, ale ja to doceniam. Cieszę się, że zostałem tak wychowany, bo potrafię patrzeć krytycznie na to, co robię, i wiem, że muszę liczyć tylko na siebie. Po tacie odziedziczyłem upór i konsekwencję w działaniu.

    Teraz są tego efekty, ale przez ostatnie 12 lat bywało różnie. W wielu sytuacjach człowiek, który ceni wygodę i stabilizację, rzuciłby cały ten sport i poszedł do normalnej pracy, wieczorami wychodziłby na spacer, do kawiarni albo na grilla ze znajomymi. Ja tego w życiu nie mam. Rodzice pewnie też byliby szczęśliwi, gdybym wiódł normalne życie, ale jednocześnie wspierają mnie w moim wyborze. Gdybym miał dzieci, pewnie też nie zalecałbym im tej drogi, ale dorastałem przy ojcu i bracie, którzy wygrywali kolejne mistrzostwa świata, i też postanowiłem spróbować.

    Jednym wystarcza praca, żeby kończyć o 17.00 i mieć czas na życie prywatne i towarzyskie, innym ambicja na to nie pozwala. Ja nawet w kinie nie potrafię się do końca zrelaksować, bo z tyłu głowy mam łódź, zawody i obowiązki – dlatego przestałem tam chodzić. Mam na głowie coraz więcej rzeczy i widzę, że życie tak naprawdę jest zbyt krótkie, aby osiągnąć sukces bez totalnego zaangażowania.

    Żądza sukcesu jest u sportowca naturalna, czy sam fakt, że postawił pan na swoim i może pan oddawać się sportom motorowodnym, jest satysfakcjonujący?

    – W sporcie wiele zależy od psychiki. Na przykładzie skoków narciarskich widać, jak często dobra passa topowego zawodnika niespodziewanie mija, mimo że w kolejnym sezonie ma równie dobre narty. Głowa jest najważniejsza we wszystkim, co robimy. Po latach nauki coraz bardziej dopracowuję łódź technicznie, a to owocuje wynikami. W efekcie budzi się we mnie potrzeba rywalizacji. Coraz bardziej lubię się ścigać, uwielbiam atmosferę współzawodnictwa, ale też poczucie panowania nad łodzią mimo zawrotnej prędkości. Taka szybka jazda bez przyczepności do tafli to czysta magia.

    Najbardziej pociągająca na wodzie jest prędkość, rywalizacja czy jeszcze coś innego?

    – Może własna satysfakcja? Jestem sobie sterem, żaglem i okrętem, mam nad wszystkim kontrolę i nic nie muszę nikomu udowadniać. Czuję odpowiedzialność ze względu na tatę, partnerów, widzów, weteranów F1, od których słyszę słowa pochwały. Cieszę się, że jestem częścią tego świata, ale błyski fleszy zupełnie mnie nie interesują.

    Ważniejszy jest dla mnie prywatny bilans, który przeprowadzam po zawodach na balkonie albo nad brzegiem morza. Wtedy analizuję wyścig, wyznaczam sobie kolejne zadania. Często rezygnuję z propozycji, na które wielu porwałoby się bez wahania, ale wolę robić wszystko po swojemu i to chyba dobrze, bo intuicja mnie jeszcze nie zawiodła.

    Zdobyte w kwietniu 5. miejsce w Grand Prix Portugalii to tylko krok na drodze do wyższego celu?

    – Chciałbym, żeby tak było. Fakt, że znalazłem się w Formule 1, nie zaspokaja moich ambicji. Marzy mi się, żeby lepiej zapisać się w tabeli wyników, a nie tylko jako syn utytułowanego sportowca, który próbował sił w najwyższej lidze. W tegorocznym pierwszym starcie zdobyłem więcej punktów niż w całym poprzednim sezonie.

    Cieszy mnie ten progres, nabieram doświadczenia, pracuję nad koncentracją i myślę, że będzie tylko lepiej. W głowie mam wszystko poukładane i wiem, czego chcę. Najgorsze, że między zawodami nie praktykuję, a moi rywale wykorzystują na ćwiczenia każdą wolną chwilę i robią setki okrążeń, bo mają warunki. Właśnie to najbardziej chciałbym zmienić z pomocą nowych sponsorów, bo kontakt z łodzią mam tylko przy okazji zawodów.

    Na zawodach liczy się prędkość, ale też strategia. Czy przy 230 km/h jest czas na myślenie?

    – Myśleć trzeba, gorzej z planowaniem, bo scenariusz pisze się na żywo. Trzeba polegać na instynkcie, a na analizy i wnioski jest czas wieczorem, w zaciszu pokoju hotelowego, gdy opadną emocje. Nie mam wokół siebie doradców, wszystko rozgrywam w głowie.

    Tata coś podpowiada?

    – Tak, ale dopiero po czasie, bo nie zabieram go na zawody, rodzice za bardzo się denerwują, więc oglądają na spokojnie w domu. Ja też wolę być na wyścigu skupiony, czuję, że im mniej osób mam wokół siebie, tym lepiej na tym wychodzę. Taki już ze mnie odmieniec.

    Zarówno pana ojciec, jak i brat mieli poważne kontuzje, pan tez miał dłuższą przerwę w zawodach po wypadku. Ryzyko i zagrożenie życia nie zraża do sportu?

    – Akurat u mnie przerwa nie była związana z kontuzją tylko z wypadkiem, którego następstwem było zniszczenie mojej łodzi. Kiedy dostałem się do F1, już na trzecim starcie wpadł na mnie Amerykanin Shaun Torrente i roztrzaskał moją łódź. Dwa lata zajęło mi przygotowanie nowej łodzi, ale odwdzięczyła mi się za mój trud włożony w renowację, bo wiele się na niej nauczyłem.

    Po przytopieniu mam problemy z zatokami, ale nic poważnego się nie wydarzyło, w przeciwieństwie do mojego taty i brata, którzy przeszli wiele ciężkich wypadków. Sprzętu też nie niszczę, choć wielokrotnie ocieram się o granicę, której nie można przekroczyć. Szczęśliwie unikam głupich, kosztownych błędów, a na błędy innych nie mam wpływu.

    Zatem jak jest upór i pasja, to nic innego się nie liczy?

    – Trochę szczęścia też się przydaje. Teraz moją ambicją, oprócz osiągnięć sportowych, jest popularyzacja dyscypliny, którą uprawiam, bo niedopuszczalne jest to, że tak piękny sport nie jest powszechnie znany w naszym kraju. Fani często dopytują, gdzie mogą oglądać zawody.

    Dlatego właśnie zainwestowałem w prawa do transmisji i wierzę, że dzięki wsparciu telewizji Puls w niedalekiej przyszłości ta sytuacja się zmieni. Mam nadzieję, że niebawem będzie można oglądać relacje na żywo z zawodów również u nas. Przykłady Roberta Kubicy i Agnieszki Radwańskiej pokazują, że dużo większe zainteresowanie sportem wzbudza dyscyplina, w której uczestniczy rodak, dlatego staram się godnie reprezentować kraj, żeby rozpropagować sporty motorowodne i F1 H2O.

    Widzi pan wśród młodych Polaków potencjał i szanse, by znalazł się kontynuator dzieła Marszałków?

    – Widzę, tylko że tu wiele zależy od rodziców, którzy kierują młodymi ludźmi. Jeśli dziecko nie jest ukierunkowywane od małego, może się okazać, że na karierę jest za późno. Ja od małego pomagałem tacie przy łodzi, siedziałem nocami w warsztacie – zanim wsiadłem do łódki, na wylot znałem jej konstrukcję i miałem do niej szacunek. Talent jest ważny, ale w globalnych topowych dyscyplinach dużą rolę odgrywają rodzice, którzy muszą podjąć pewne decyzje za dziecko. Oczywiście nic wbrew jego woli. I nie można mieć słomianego zapału, tylko postawić wszystko na jedną kartę i konsekwentnie pracować na sukces.

    Z czego wynika niepopularność w Polsce sportu, który pan uprawia?

    – Media są wielką siłą, która wpływa na to, co się ogląda, zna, śledzi, a w polskich mediach motorowodne dyscypliny nie istnieją. Piłka nożna jest królową wszystkich sportów i zawsze się obroni. Inne dyscypliny trzeba ludziom podać na tacy. Jeżeli media nie będą ich propagować, ludzie nie będą się nimi interesować. Dlatego moim zobowiązaniem wobec kibiców jest dać im możliwość bliższego poznania mojej pasji i tutaj pomocną dłoń podał mi pan Dariusz Dąbski, prezes Telewizji Puls.

    Już w tym roku emitowane będą pierwsze programy o mnie i moim wyścigowym świecie. Zwieńczeniem moich marzeń jest organizacja Grand Prix Polski, które wpisze się do kalendarza wodnej Formuły 1, tym bardziej że natura dała nam duży atut w postaci zbiorników wodnych. To jest naprawdę do zrobienia, dlatego dołożę wszelkich starań, żeby w ciągu kilku lat takie zawody zawitały do Polski.

    Ale najpierw muszę zrealizować swoje cele zawodowe, żeby móc taki wyścig w Polsce wygrać. Mam za sobą piękną i świeżą dla polskiego kibica dyscyplinę sportu, wspaniałe widowisko, kontakty i wiedzę, jak to zrobić. Wierzę, że w niedalekiej przyszłości pojawią się kolejni partnerzy, wspólnie z którymi zrealizujemy ten plan.

    Pamięta pan swój pierwszy kontakt z łódką i emocje, jakie panu towarzyszyły za sterami?

    – To było w 2005 r. Długo nie mogłem zdobyć się na odwagę, żeby poprosić tatę, ale gdy trafiłem na jego dobry dzień, obiecał, że zorganizujemy takie próby na wodzie. Pojechaliśmy nad jezioro i – mimo kilkunastu prób – nie byłem w stanie odjechać od brzegu. To nie jest takie proste i wymaga dużego wyczucia i precyzji. Gdy się w końcu udało, stanąłem na środku jeziora i zacząłem krzyczeć ze szczęścia. Chociaż początki były trudne, już w pierwszym sezonie zostałem mistrzem Polski, a w pierwszych zawodach zagranicznych wicemistrzem świata.

    To wspaniałe uczucie z pierwszego pływania jest we mnie do dzisiaj. Teraz w Formule 1 jeżdżę dużo większą łodzią z silnikiem o mocy blisko 500 KM, to niesamowity przeskok – 100 km/h osiągam po dwóch sekundach od startu, a przy 200 km/h zmieniam kierunek jazdy o 180 stopni. Przeciążenie jest takie jak w myśliwcu, co wymaga przygotowania ciała. Chwile, kiedy na zmianę frunę łódką, nie dotykając wody, i wtapiam się w wodę przy zakrętach, są dla mnie magiczne.

    Na drodze też lubi pan prędkość?

    – Nie, to już nie te emocje. Poza tym nie mam zbyt wiele okazji, by szaleć, bo zwykle jeżdżę busem. Na drodze najważniejsze jest dla mnie bezpieczeństwo. Jeśli przyspieszam, to na autostradzie, gdy jadę do Włoch osobowym autem i nie mam limitów. Zasadniczo wyżywam się na wodzie.

    Udostępnij

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *