 Trębacz na dachu
Żartowniś. Dowcipniś. Zręcznie potrafi rozładować nawet najbardziej negatywne emocje. O kim mowa? O "ojcu" Pszczółki Mai, Zbigniewie Wodeckim
Spełnił pan swoje marzenia?
- Spełniłem. Chciałem być zawsze znany, popularny i prawdziwe życie trochę przeleciało mi koło nosa.
Prawdziwe życie to znaczy...
- Wychowanie dzieci, zajmowanie się wnukami, czytanie im bajek, chodzenie na ryby, granie w klasy, pływanie w jeziorze, chodzenie po lesie, budowanie szałasów. To jest prawdziwe życie. Z dziećmi. Tylko nie wiem, czy wtedy udałoby mi się zrobić tzw. "karierkę". Były takie czasy... Zresztą teraz są takie same. Żeby zrobić karierę, istnieć w tej branży, trzeba się oddać temu i być prawie na każde zawołanie. Trzeba coś umieć rzeczywiście, żeby nie utonąć w mętnej wodzie tego show-biznesu. Kto wie, czy by mi się udało zaistnieć jako muzyk śpiewający? Prawdopodobnie robiłbym to samo, ale z większą uwagą na to, żeby pić wodę źródlaną. Cholera, jeszcze wtedy była!
Jeden z internautów napisał: "Wodecki oszukał całe moje pokolenie. Pszczółka Maja to przecież osa!"
- Tak? Nie słyszałem. To widocznie błąd Japończyków w animacji. Być może u nich nie ma pszczół.
Był Pan związany z kabaretem Piwnica pod Baranami, Anawa, z Zenonem Laskowikiem. Jak ocenia pan kabaret wtedy i dziś?
- Nie będzie lepszych czasów dla kabaretu. W czasach PRL-u wykształcił się kabaret polityczny. Troszkę dyskutując, pijąc wódkę, rozmawialiśmy o tym, że to poszło za daleko. Mówiło się "Moskwa" i ludzie się już śmiali.
Teraz trudniej rozweselić widza?
- Wtedy był jeden wspólny wróg i wszyscy ładowali jak w bęben. Trzeba było kombinować, bo była cenzura. Wszystko było polityczne i trochę zaginął w tamtych czasach kabaret literacki, na przykład Zielony Balonik w Krakowie, który promował jeszcze inne wartości, wiersze, piosenki o życiu. Refleksyjne, nie tylko polityczne. To se ne vrati, jak to się mówi. Czasy kabaretów opolskich, Zenka Laskowika... To było coś fantastycznego! Ludzie czekali, żyli, oddychali tym słowem. To był wentyl bezpieczeństwa, z którego buchał czysty tlen dla ludzi zaczadzonych Hutą Katowice.
Dowcip i żart to ostatnio Pana główny warsztat pracy.
- Kiedy ja protestuję przeciwko takiemu osądzaniu mnie! Sam się sobie dziwię. Nie jestem satyrykiem. Może mam trochę dystansu do siebie i to może być zabawne w niektórych sytuacjach. Żeby nie zwariować muszę mieć dystans do tego, co mnie otacza. Muszę się śmiać, że nie mam gdzie zaparkować pod dworcem centralnym mimo tego, że dookoła jest dużo miejsca. Tak więc zamiast bić głową o ten beton, lepiej się uśmiechnąć. Szkoda nerwów. I to życie w naszym zwariowanym kraju, nauczyło mnie tego. A ponieważ przy tym staram się być dla wszystkich miły, co mi czasem wychodzi, nie wprowadzam ludzi w stres, szczególnie w obecności kamer, ponieważ tak zostałem wychowany. Być może dlatego wyglądam tak, że jestem ciepły, dobry misiu, ale...
...to nieprawda?
- Bywam, bywam. Kiedyś byłem u znajomego w domu w Rzeszowie. Piliśmy wódkę. Świetny facet. Bardzo gościnny i prostolinijny człowiek. W trakcie bankietu jeden z gości, który za bardzo wprowadził się w stan upojenia, zaczął mu podrywać żonę. Ktoś zwrócił uwagę: "Romek, ale ten facet ci żonę...", a on na to: "Dopóki ten facet jest w moim mieszkaniu, włos mu z głowy nie spadnie. Jak wyjdzie, wtedy to załatwię!". Może to banalna przypowieść, ale to mnie sporo wtedy nauczyło. Powiedział tak mądrą i fantastyczną rzecz. Moim obowiązkiem, jako gospodarza, jest zachować się tak, żeby on nie miał żadnych stresów czy dyskomfortu. Ot, cała tajemnica mojej uprzejmości czy też poczucia humoru.
W sytuacji Romka zareagowałby pan tak samo?
- Nie wiem, ale bardzo bym się starał.
Miał Pan takie sytuacje?
- Nie. Staram się unikać towarzystwa, które dochodzi do takiego stanu, kiedy nie kontroluje tego, co robi. Ponieważ pracuję w takim zawodzie i każde przegrzanie mogłoby się już dawno marnie skończyć.
Jak w takim razie wyglądają balangi z Pana udziałem?
- Od 16. roku życia jeździłem w gromadzie ludzi: a to zespół Anawa, a to Kameralny jeszcze w szkole, a to Piwnica pod Baranami czy Orkiestra Symfoniczna. A to teraz sam zacząłem troszkę jeździć jako solista. Zawsze byłem w gromadzie ludzi fajnych. Kolegów i koleżanek. Największe balangi były w Opolu w Pająku. Słynna restauracja. Trwały rzeczywiście jakieś dwa dni. To były takie czasy, że wszyscy się całowali, ściskali. rockowcy, niebiesko-czarni, czarno-czarni, żółto-zieleni. I Czerwone Gitary, i Skaldowie, i Breakoutci. No i ja sam się tam znalazłem jako skrzypek, ale z zespołem. To było coś innego. Tam świętowano, czyli odreagowywano ewentualny stres, który towarzyszył na scenie. Oczywiście "mleko" lało się strumieniami. Ale proszę sobie wyobrazić, że w tamtych czasach pomimo tego było jeszcze o czym gadać. Natomiast w dzisiejszych czasach, pogoni, wyścigu szczurów, jest coraz mniej czasu na rozmowy o normalnych życiowych sprawach.
Pan dostrzega takie zjawisko wśród młodej generacji?
- Młodej generacji ja w ogóle nie dostrzegam. Chyba się uczy.
Przeciwnie, młoda generacja ostro baluje. Potwierdzają to statystyki.
- Może i balują, ale u siebie w akademikach. Zrobił się podział pomiędzy inteligentami, których jest mało, ale stanowią mocną grupę i coraz bardziej się alienują od pozostałych, a tymi, którzy poza piwem, sms-em i dyskoteką mają w głowie jeszcze masę niezapełnionych komórek. Gdy muzyka cichnie, nie mają o czym rozmawiać z partnerką. Znam to z autopsji.
Czy Pana wrażliwość na sprawy społeczne dotyczy również starszej generacji, chociażby szumu wokół Macieja Damięckiego? To przykład z Pana środowiska.
- Znam człowieka. Nigdy nikomu krzywdy nie zrobił. Bardzo towarzyski i dowcipny kolega. Coś kiedyś podpisał. Nie mam na tyle odwagi, żeby ferować wyroki. Bardzo wielu ludzi jest teraz posądzanych o takie rzeczy, bo jakiś tam urzędnik SB musiał coś napisać. Podam przykład: słyszałem wczoraj w kawiarni, że pani na studiach kradła, niech pani mi teraz udowodni, że tak nie jest.
Proszę mi najpierw udowodnić, że tak było.
- A proszę mi udowodnić, że tak nie było.
Jest domniemanie niewinności.
- I właśnie o to chodzi, żebyśmy o tym pamiętali. A z kolei rozdmuchują to również dziennikarze, którzy muszą mieć newsa.
Ale przyzna Pan, że to była sprawa warta rozdmuchania.
- Nie! Oczywiście są sprawy, które wymagają wyjaśnienia, ale do tego potrzeba osób o bardzo wysokim morale, najlepiej spytać jak to zrobić senatora Piesiewicza. On wie.
Wychodząc z kontrowersyjnego wątku starszej generacji, słynie Pan również z tego, że jest kobieciarzem.
- E, tam. Bzdury! Może i miałbym na ten temat dużo do powiedzenia, ale są ważniejsze rzeczy. Wątroba, serce, trzustka. Generalnie zdrowie. A jeśli chodzi moją "szumną młodość", nie odbiegała od przeciętnej krajowej.
Skromny Pan jest.
- Może i skromny, ale miałem bardzo dużo absorbujących mnie znajomych. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało dwuznacznie. Mam na myśli Bacha, Mozarta, Paganiniego, co nie znaczy, że nie podobały mi się pianistki czy skrzypaczki.
Był Pan kochliwy w młodości?
- Może i tak. Ja bym to nazwał - romantyczny.
Pamięta Pan swoją pierwszą randkę?
- Pierwszą randkę?! O, Jezu! Wyglądało to tak, że goniła mnie jej matka, ponieważ rzucałem w nią kamieniami. Mieszkałem przy lotnisku i to była córka dowódcy. Pierwsze zawiązanie romansu było takie, ale - Bogu dziękować - skończyło się tylko zwiedzeniem zakamarków dzielnicy, w której mieszkałem, czyli w krakowskich Rakowicach. Jednocześnie może za dużo naczytałem się książek, gdzie te romanse były takie piękne... Nie mam niestety odwagi, żeby nagiąć tę prozę życia do tych fantastycznych romansów w rodzaju "Trzech Muszkieterów" czy "Przeminęło z wiatrem".
Ale proza życia Panu sprzyja. Uważa się Pan za szczęśliwego, spełnionego człowieka?
- Jak patrzę na ludzi, którym się nie powiodło... Normalnym, zdolnym, pracowitym, którzy znają trzy języki, mają przeczytane książki i wiedzą o świecie o wiele więcej ode mnie... I bywa, że nie mają, co do garnka włożyć... to uważam, że dostałem od losu więcej niż się spodziewałem. Marzyłem, żeby być znanym, popularnym, dobrze zarabiać. Wszystko się zgadza. Ciągle mam jakieś wyrzuty sumienia i uważam, że nie ma sprawiedliwości na świecie. Nie ma w tym nic górnolotnego. Wystarczy wyjść na ulicę i zobaczyć, jak małe dziewczynki sprzedają za parę groszy fiołki czy tulipany. Serce się kraje.
Trochę z Pana malkontent...
- Nie, nie malkontent!
Skrzypek na dachu?
- Wie Pani co? Może coś w tym jest. Zostałem wychowany tak, że coś jest czarne albo białe. Mój dziadek był organistą, miał 13. dzieci, iluś tam wnuków. Wszyscy go w rękę całowali. Kłamstwo było czymś złym. A teraz się okazuje, że to wszystko wcale nie jest czarno-białe, tylko szare. Niech Pani posłucha, co mówią w telewizji. Jeden mówi jedno, drugi coś diametralnie innego. I to bardzo ważni ludzie. I nie ma konsensusu.
Jeśli mówi Pan o polityce i politykach, to ci ostatni, niestety, mają swoje partyjne zobowiązania. Stąd ta różnica zdań.
- Kreują siebie i interesy swoich partii. Przesiałbym ich przez gęste sito!
Rozmawiała Anna Laszuk |