Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

IZABELA TROJANOWSKA - Kobieta z klasą


Kobieta z klasą

Dama z klasą. Ikona polskiej piosenki. Dziś stoi przed nie lada wyzwaniem. Córka Roksana właśnie wchodzi w wiek, kiedy sama zadebiutowała na estradzie. O początkach kariery, pięknej jedynaczce i matematyku-cybernetyku, z którym dzieli życie opowiada Izabela Trojanowska

Swoją karierę rozpoczęła Pani w bardzo młodym wieku.
- Owszem, miałam naście lat. Śpiewałam już na akademiach szkolnych w podstawówce. Potem wypożyczył mnie jakiś zespół wojskowy na przegląd piosenki, o co zapytano dyrektor Domańską. Zawsze byłam aktywna, jeśli chodzi o śpiew. A śpiewałam najpierw trochę z przymusu, a potem z miłości do muzyki. Słuchałam zespołów: Pink Floyd, Led Zepelin, Breakout oraz Czesława Niemena. Kiedyś na festiwalu w Zielonej Górze moja późniejsza sąsiadka z Warszawy - Krystyna Loska zapowiedziała mnie, nie mając nic złego na myśli: "Taka młoda, że aż wstyd". I tu się mleko zsiadło. A miało być sympatycznie. Wiem, jak się czułyśmy - ja i moja mama. Ja się nie obraziłam, ale moja mama tak. Rozmawiały nawet ze sobą na ten temat.

Doszło do ostrej wymiany zdań?
- Nawet nie ostrej, ale moja mama zapytała: "Dlaczego?!". Na scenie myśli się inaczej. Szybciej. Nie o tym, co się mówi, tylko co za chwilę należy zrobić. Trzeba pamiętać o każdym szczególe dookoła, gdzie jest koniec sceny i żeby z niej nie spaść.

Przytrafiła się Pani taka sytuacja?
- Miałam to szczęście, że w całym moim życiu nie potknęłam się o kabel, a jest to bardzo dziwna rzecz, bo dopiero od niedawna mamy przewody wpuszczane w scenę. Zawsze przecież szalałam na szpilkach. Nie potrafię stać na scenie w płaskich butach. Gorzej mi się wtedy śpiewa. Natomiast zgubiłam buta. Rok temu w Zgorzelcu. To brzmi gorzej.
Gdy jestem na scenie, widzę wszystkich na widowni, świetnie wiem, gdzie siedzą zaproszeni goście. A koncentruję się głównie na śpiewaniu, żeby podejść do odpowiedniego mikrofonu, pamiętać o tym, w co się ubrałam, żeby się pokazać z korzystniejszego boku. Nie wiem, wtedy Bóg mi podpowiedział, że zrobiłam z tego atut. Zapytałam, czy jest książę na sali, bo właśnie zgubiłam pantofelek. Czy można wyjść lepiej z takiej sytuacji? Oczywiście była salwa śmiechu. W rezultacie wyszło na plus. But się znalazł, ja przecież nie mogłam się schylać w obcisłej sukience i pokazywać się publiczności z niekontrolowanej strony.

Elegantka z Pani. Podobno nawet w "Klanie" występuje Pani w swoich strojach.
- I tak i nie. W 90 proc. w swoich. Lepiej się czuję, gdy mam własne, ale pomaga mi ciągle w tym Olsen. Gdy potrzebuję, przyjeżdżam do Arkadii i wypożyczam. Czasami to szybciej niż szukanie we własnej szafie.

Jest Pani bałaganiarą?
- Jestem. Moje pokoje to pokoje-szafy. Gdy schowam ubrania, nie będę ich nosiła, w takim razie po co je kupować? Zwykle kupuję drążek, na którym widać wieszaki z ubraniami na cały tydzień. Jeśli mam dwa dni "Klanu", pytam ile jest odcinków, bo każdy odcinek to inny strój.

Walczy Pani z tą wadą?
- Nie wiem, jak nazwać tę wadę, ale to jest niemoc, żeby wszystko było sterylnie poukładane. Ja je układam nawet kilka razy dziennie, ale zaraz szukam odpowiedniego koloru... Nie mam zwykle czasu. Za chwilę jestem zła, że niczego nie mogę znaleźć i znów wszystko wywalam. Najwięcej robię tego, czego najbardziej nie lubię: układam rzeczy, pakuję do walizek, rozpakowuję. Nie znoszę tego, ale to jest wpisane w moje życie.

W Pani artystyczne życie wpisał się również związek z tzw. umysłem ścisłym. To dobre połączenie?
- Bardzo dobre, dlatego że mąż jest mocno poukładany, ja jestem chaotyczna. On się ze mną nie nudzi, a mnie to pomaga. Kiedy przyjeżdżam, pyta: "Na ile przyjechałaś?", bo on już w głowie ma tabelę: tego dnia zrobimy to, tego tamto. To jest dobre. Ja nigdy takiej tabeli sobie nie robiłam. Teraz muszę, kiedy przyjeżdżam do Polski i jestem sama. Z oczywistych powodów też podzieliliśmy się tak obowiązkami, że mąż zajął się sprawami publicznymi, a ja swoimi i domem.

Roksana wspiera Panią w działaniach aktorsko-muzycznych?
- Do tej pory czułam, że mi tego nie mówi, ale ma delikatną pretensję do mojego zawodu. Gdzieś tam wie, że gdybym pracowała w innym zawodzie, mogłabym go wykonywać w Berlinie. Będąc aktorką, piosenkarką posługuję się przede wszystkim językiem, żeby dotrzeć do widza, nawiązać nić porozumienia. Muszę nie tylko mówić dobrze, ale wyjątkowo dobrze. Lepiej od publiczności, żeby ją zaintrygować. Chyba że byłabym aktorką komediową czy artystką kabaretową. Wtedy można z tego zrobić atut.
Oczywiście mogłabym zrobić to, co zrobiły moje wielkie koleżanki i radzą sobie w Ameryce. Tylko one to robią kosztem rodziny, nie bycia tutaj i nie mówienia po polsku. Musiałabym natychmiast zapomnieć o ojczystym języku i zrezygnować z rodziny. Nie chciałam tego. Dla mnie nie było wyjścia. Nie chciałam płacić aż tak wielkiej ceny za karierę. Kocham swoją rodzinę. Moja kochana Roksanuśka jest moim największym szczęściem.

Ale mieszkacie w Berlinie, a Pani pracuje w Warszawie.
- Tak i to jest cena. Dlatego Roksana nie jest do końca szczęśliwa, że mam taki zawód. Gdybym była baletnicą, oboistką albo malarką, nie musiałabym w ogóle wyjeżdżać z Berlina. Mogłabym mieszkać w każdym miejscu na ziemi tak jak mój mąż, matematyk-cybernetyk. Cóż, cyfry są uniwersalne.
Teraz to jest trochę mniejsza cena, ale uważam, że i tak duża. Oczywiście cały czas chciałabym być z Roksaną i egoistycznie mieć ją przy sobie, ale teraz nie jestem jej aż tak potrzebna. Wstaje o 6.45, kładzie się przed północą. W ciągu dnia, nawet gdy nie ma obowiązków, sama je sobie wymyśla. Uczy się piątego języka, salsy. Jest bardzo poukładana.

Pójdzie w ślady mamy czy taty?
- Dziś obie rzeczy robi bardzo dobrze. Od urodzenia miała zdolności muzyczne, matematyczne średnio. Ale ambicją mojego męża było, żeby była niezła z matematyki. W końcu pracował naukowo w PAN-ie i nagle córka miałaby być kompletną nogą z matematyki? Gdy miała zadawane do domu dwa zadania, musiała robić cztery. To była harówka, ale opłaciła się. Teraz lubi matematykę, bo matematyka da się lubić, jeśli się nie ma luk.

Nie wierzę, że Pani również lubiła ten przedmiot.
- Nigdy nie lubiłam, ale był moment, że miałam piątkę z matematyki. Polską piątkę, bo niemiecka zupełnie co innego oznacza. Siedziałam wtedy w pierwszej ławce. Niestety od razu byłam duża i przesadzano mnie do łobuzów, do ostatniej, a tam nie można było się skupić na tym, co robił nauczyciel.

Usprawiedliwia się Pani w tym momencie.
- Ale to prawda. Rok szkolny zaczynał się w pierwszej ławce i tak kombinowałam, żeby usiąść pod oknem i nikomu nie przeszkadzać. Miałam już zaprzyjaźnionych kolegów, skoro ciągle siedziałam w tych oślich. Namawiałam, żeby siadali za mną, nie chciałam nikomu zasłaniać. Ale po pierwszej lekcji już lądowałam na końcu.

Taka drobniutka dziewczyna?
- Bo ja szybko byłam duża, a później już tak nie rosłam. Kształty też miałam wcześnie.

Dzisiaj Roksana wchodzi w wiek, w którym Pani rozpoczynała swoją karierę. Boi się Pani o nią?
- Spytałam moją córkę, gdzie chciałaby studiować. Powiedziała, że w Ameryce. Nie zgodziłam się: "Kochanie, w Europie każdy kraj". Po prostu widziałam tych ludzi. Ona bardzo lubi jeździć do Ameryki. W roku jest tam dwa, trzy razy. Uwielbia to. Ma tam koleżankę. Ja rozumiem, jeśli standard życia jest zachowany, można tego chcieć, ale nie widziała ludzi, których spotykam na koncertach. Jak byłam z Budką Suflera w Australii, to było ewidentne. Chodzą na wszystkie spektakle, koncerty, wystawy, żeby trochę tej polskości dotknąć. Bo każdy z nas czuje się za granicą, jeśli nie w 100 proc., to w jakiejś części Polakiem, i chciałby tylko dobre rzeczy słyszeć o Polakach. Chciałby móc krzyczeć, że jest Polakiem, a nie zawsze można było w naszej historii. Były momenty, kiedy była Solidarność i wszyscy integrowali się z nami, a Polonia szczególnie. Pomagała i to było piękne. To potrafimy dobrze. W takich chwilach zagrożenia potrafimy pięknie się jednoczyć i wspólnie działać. Nie chciałabym, żeby moja Roksana tak daleko mieszkała. Blisko, proszę bardzo.

Jest Pani zaborczą mamą?
- Myślę, że jestem odwrotnością zaborczości, ale w środku kocham całym sercem. Kiedyś miała lecieć z moim mężem, a okazało się że będzie podróżować w towarzystwie swojej koleżanki i jej mamy. W środku wrzasnęłam: "Nie!". Cała moja dusza krzyknęła. W końcu moje dziecko powiedziało: "Ty się o mnie martwisz, ale daj mi żyć". Pomyślałam, że ma rację. Coś złego może się stać nawet w mieszkaniu. Nie mogę przecież przywiązać jej do nogi, bo się o nią boję. I postanowiłam martwić się o nią, nie pokazując jej tego. Pewnie widziała, bo wiele razy rozmawiałyśmy na ten temat. Tak więc staram się nie być zaborczą mamą. Mój mąż z kolei traktuje macierzyństwo zupełnie inaczej. Powiedział, że jeśli jakiś chłopak będzie chciał ją zaprosić, niech najpierw nauczy się fruwać nim otworzy usta, żeby powiedzieć "dzień dobry".

To jednak tata Roksany jest zaborczy.
- Tak. Roksana skończyła w czerwcu 16 lat i jej nie wolno pomalować ust na czerwono czy założyć zbyt krótkiej mini. Ja jej na wszystko pozwalam, wręcz ją maluję i walczę o to z Markiem: "Zostaw ją!"",Przestań!"",Przecież starła usta...". Jak to matki. Także i mnie się obrywa, ale uśmiechamy się do siebie i już. Trzeba wszystko wytrzymać.

Surowe zasady, wręcz purytański dom. Podobno wśród młodzieży zarysował się odwrotny nurt, życia w pewnym sensie w celibacie.
- Zawsze było coś takiego, że człowiek miał w sobie bunt. Kiedy jedni biją się o zdjęcia w Playboy'u, inni zaczynają chodzić w golfach po szyję i długości midi. Roksanie nie imponuje, że koledzy czy koleżanki palą papierosy albo piją piwo. Ale lubi być kokietką. Czasem koresponduje z kolegami ze szkoły i pokazuje mi dość odważne teksty. Ale rozumie swojego ojca. Widzi, co się z dziewczynami w jej wieku się dzieje.

A co się dzieje?
- Jest taki trend, że wręcz wymieniają się swoimi doświadczeniami i to jest w porządku. Kiedyś by się określiło taką dziewczynę brzydkim słowem, a dziś jest "cool". To nieprawda. Bo "ta cool" przestanie być szanowana, a nawet może być śmiertelnie chora. Poza tym, jeżeli relacje staną się byle jakie, nie będziemy się szanować, to do czego dojdziemy? Kiedy chłopak z dziewczyną się nie szanują, trzymają się publicznie za intymne części ciała, nie wierzę, że w ich przypadku to miłość. To są tylko fizyczne akty. Jeśli komuś one wystarczają, proszę bardzo, ale jeśli ktoś ma głębokie życie duchowe, wątpię. W to miejsce wolę dobrą książkę!

Rozmawiała Anna Laszuk







Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.