 Nie miałabym nic przeciwko zrobieniu z siebie potwora tak jak Charlize Theron w filmie "Monster" - mówi Małgorzata Kożuchowska
Zanim przyjmie Pani rolę...
- Najbardziej interesuje mnie scenariusz. To jest punkt wyjścia. Staram się nie czytać tekstu byle gdzie, w tak zwanym międzyczasie. Organizuję sobie czas wieczorem, żeby mnie nic nie rozpraszało: spokojnie siadam i od początku do końca czytam cały tekst. To pierwsza rzecz. Druga to ludzie, którzy zapraszają mnie do pracy, i z którymi będę pracować. To jest dla mnie niezwykle istotne.
Odrzuca Pani role ze względu na obsadę?
- Chciałoby się pracować z najlepszymi, bo to na pewno mobilizuje i rozwija. Nie mniej interesująca jest też konfrontacja z kimś, kogo nie znam, kimś totalnie różnym ode mnie. To już kwestia zaufania do reżysera. Pamiętam, że przy okazji filmu "Wtorek" w reżyserii Witolda Adamka spotkałam się w pracy z Bolcem, muzykiem hip-hopowym. Przed rozpoczęciem zdjęć bałam się, że się nie dogadamy, a okazało się, że świetnie się nam pracuje i do dziś żyjemy w przyjaźni. Cała reszta związana z przyjęciem propozycji to kalendarz, który często miesza nam szyki i nie pozwala wziąć udziału w jakimś projekcie. Po prostu inne zobowiązania na to nie pozwalają.
Wybór roli podyktowany jest zwykle chłodną kalkulacją czy może intuicją?
- Zazwyczaj intuicją, ponieważ materia, w której pracuję, jest nieprzewidywalna i niewymierna. Właściwie trudno przewidzieć efekt na początku drogi. Ludzie, z którymi się pracuje, mogą być w pewnym sensie gwarancją poziomu i ewentualnego sukcesu. Staram się pracować z tymi, których szanuję, których jestem ciekawa; z ludźmi, którzy zrobili coś, co mi się podoba. Natomiast nigdy nie jestem w stanie, tak jak w matematyce czy biznesie, na zimno wszystkiego wykalkulować. Myślę, że tak jak w każdej dziedzinie życia, trzeba czasem podjąć ryzyko. Często ryzykowne posunięcia okazują się trafne i zaskakują nas pozytywnie.
Jest Pani głównie kojarzona z rolą serialowej Hanki, a tymczasem sporo Pani gra w teatrze.
- Telewizja i kino są na pewno o wiele głośniejsze i bardziej medialne. Pewnie też ciekawsze dla gazet (śmiech). Takie mam przynajmniej wrażenie. Teatrem interesuje się o wiele węższa grupa publiczności niż kinem czy telewizją. Osobiście mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o moje role kinowe. Natomiast w teatrze spełniłam wiele swoich marzeń.
Jakie to marzenia?
- Grałam u wspaniałych reżyserów młodego pokolenia. Warlikowskiego, Jarzyny. Spotkałam się na scenie z największymi polskimi aktorami. Gram u legendy polskiego teatru, Jerzego Jarockiego, w trzech przedstawieniach: "Błądzeniu", "Kosmosie" i ostatniej premierze - "Miłość na Krymie". Myślę, że to dla mnie największy powód do radości i zadowolenia. Poza tym gram w Teatrze Dramatycznym u Agnieszki Glińskiej w "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" oraz w spektaklu Krzysztofa Zaleskiego "One" w Teatrze Komedia.
Podobno na Festiwalu Probałtyckaja w Rosji "Kosmos" został przyjęty bardzo dobrze.
- Naprawdę niesamowicie, mimo że graliśmy tylko raz. Zostało sprzedane dwa razy więcej biletów, niż było miejsc. Ludzie płakali, żeby wejść na to przedstawienie, mimo tego, że wszyscy mieli bilety. Zdołali wejść tylko ci, którzy przyszli dużo wcześniej. To się mogło zdarzyć chyba tylko w Rosji! Publiczność reagowała na niemalże wszystkie niuanse, mimo że tłumaczenie symultaniczne było dodatkową trudnością w odbiorze. Czysta przyjemność. To są bardzo miłe chwile w tym zawodzie.
Jest taka rola, którą chciałaby Pani szczególnie zagrać?
- Nie należę do aktorek, które siedzą w domu i marzą o jakiejś konkretnej roli, którą chciałyby zagrać, a potem są sfrustrowane, że się nie udało. Przyjmuję to, co do mnie przychodzi. Czytam i podejmuję decyzję. Lubię rzeczy mocne, wyraziste, które budzą silne emocje. Takie, które mnie poruszają, fascynują, wzruszają. Zwiastunem czegoś, co mnie interesuje, była rola w "Komorniku" Feliksa Falka. Kompletnie różna od tych, które grałam do tej pory. Najczęściej otrzymuję propozycje ról w komediach. To kwestia zmiany w myśleniu i widzeniu mnie przez reżyserów. W środowisku istnieje takie przekonanie, że aktorów charakterystycznych jest niewielu, i trzeba mieć dodatkowe predyspozycje, żeby zagrać w komedii. Natomiast role w dramacie, mimo wszystko, są łatwiejsze od komedii. W powszechnym odbiorze jest inaczej. Komedie uważa się za gatunek lekki i wiele osób myśli: "Co to za praca, skoro wszyscy tak świetnie się bawią na planie?".
Ale zabawne sytuacje bez wątpienia się zdarzają.
- Pamiętam na planie "Kilera", gdzie zagrałam swoją pierwszą dużą rolę, Juliusz Machulski powiedział, że kiedy ekipa za dobrze bawi się na planie komedii, istnieje duże niebezpieczeństwo, że potem widz nie będzie się już tak dobrze bawił w kinie.
Wpadki na scenie są bardziej spektakularne. Tutaj nie można nakręcić kolejnego dubla.
- W "Kosmosie" mamy taką scenę z trójkątnym stołem i dostawionymi do niego ławkami. Zmiana dekoracji następuje bardzo szybko, w ciemnościach. Ekipa techniczna wsuwa te ławki, a my musimy szybko wbiec i zająć miejsca. Na którymś przedstawieniu ławki nie zostały do końca wsunięte. Usiadłam jedynie ja i Zapasiewicz. Reszta tylko udawała, że siedzi. Na szczęście stół był przykryty obrusem, więc nie było widać nóg, ale wszyscy trzęśli się ze śmiechu. Dramat!
Bywa tak, że musi Pani improwizować albo włącza się po prostu radosna twórczość?
- Raczej nie. To niezwykle rzadkie sytuacje w teatrze. Pamiętam jedno takie przedstawienie, kiedy musiałam się ratować w ten sposób. Robiłam tzw. nagłe zastępstwo za koleżankę w przedstawieniu Krystiana Lupy "Powrót Odysa". To trudny utwór Wyspiańskiego, pisany wierszem. Miałam zaledwie parę dni na przygotowanie się do roli. W pewnym momencie przedstawienia na samym proscenium śpiewam długą pieśń syren. Po czterech pierwszych wersach przeszła mi przez głowę myśl: "Dobrze mi idzie". I w tym momencie blacha! Pustka. Ciemna dziura. Zaczęła się improwizacja. Oczywiście w duchu Wyspiańskiego. Miałam taki poziom adrenaliny, że śpiewałam "własnymi słowami" jak z nut. Pamiętam, że było to coś bardzo dziwnego.
Jak zareagowała wtedy publiczność?
- Zero. Nikt nie zauważył. W ekstremalnych sytuacjach możliwości mózgu ludzkiego są przeogromne (śmiech). Raz zapomniałam tekstu, kiedy przyjechał na spektakl mój tato. Jest taki zwyczaj w teatrze, że gości należy usadzać za siódmym rzędem, żeby aktora nie rozpraszała znajoma twarz. Przed spektaklem nie najlepiej się czułam, o czym powiedziałam tacie, a on, chcąc mnie wesprzeć, usiadł w pierwszym rzędzie, nie informując mnie o tym. W połowie przedstawienia śpiewałam długi song. Zobaczyłam go i zapomniałam tekstu. Na koniec postać padała z okrzykiem na ziemię, więc padłam, ale po drugiej zwrotce, a nie po trzeciej. Orkiestra musiała dograć utwór do końca. To były dla mnie najdłuższe sekundy. Leżąc na scenie myślałam sobie, że większej żenady to już nie mogłam sobie zafundować. Utwór się skończył i wszyscy bili brawo. Okazało się, że nikt, na czele z moim tatą, nie zauważył tej wpadki.
Interakcja z widzem potrafi wyzwolić najwyższy poziom koncentracji. A na etapie przygotowań czym się różni kino od teatru?
- Teatr to coś zupełnie innego. Zupełnie inny rytm pracy. Trzy, cztery miesiące, czasami pięć miesięcy niemalże codziennych prób, gdzie wszystko można sobie wyjaśnić, wypróbować. Wszyscy jesteśmy po to, by zapracować na jak najlepszy efekt. W kinie nie ma na to czasu, już nie mówię o serialu, gdzie trzeba przyjść z nauczonym tekstem i po prostu zagrać. Nie ma czasu na dyskusje. Oczywiście one się zdarzają, jeśli są jakieś duże niewiadome albo rozbieżności w widzeniu danej sceny między reżyserem a aktorem. Wtedy się dyskutuje i ustala się jakąś wspólną wersję.
Jak więc powinno wyglądać przygotowanie do filmu?
- Nie wiem. Mogę jedynie powiedzieć o tym, czego ja potrzebuję przed wejściem na plan, jakie są moje oczekiwania. Lubię spotkać się z reżyserem, z obsadą. Czytać sceny, rozmawiać i decydować o tym, co i jak chcemy opowiedzieć. Skonfrontować swoje wyobrażenia na temat postaci, jej charakteru i wyglądu. Wiadomo, i w serialu i w filmie nagrywa się sceny wbrew chronologii, w związku z czym aktor, przystępując do pracy, musi mieć dokładnie wymyśloną postać od początku do końca. To dla mnie niezbędne minimum. Zazdroszczę Amerykanom, że mają tyle czasu na przygotowanie postaci. My zazwyczaj polegamy na naszej intuicji, wyobraźni i naszym talencie. Tam oczywiście te cechy też są potrzebne, ale do tego jest jeszcze cały okres przygotowania czysto fizycznego. U nas nie ma tego luksusu.
To wspomnienie po epizodzie w Stanach?
- Na podstawie tego epizodu nie mogę nic powiedzieć. To była za mała rzecz, żebym musiała się do niej jakoś szczególnie przygotowywać
Na jakie więc wyrzeczenia mogłaby się Pani zdecydować, żeby dostać upragnioną rolę?
- To jest bardzo abstrakcyjne pytanie.
Ale możemy sobie poabstrahować?
- Możemy. Nie miałabym nic przeciwko zrobieniu z siebie potwora tak jak Charlize Theron w filmie "Monster". Podobała mi się Hilary Swank w filmie "Za wszelką cenę". Dla takiej roli mogłabym spędzać tygodnie na siłowni, waląc w worek treningowy, jakkolwiek na tym etapie byłoby to nudne. Równie wspaniała była jej męska rola w produkcji "Nie czas nałzy", za którą dostała swojego pierwszego Oscara.
Marzy się Pani rola mężczyzny?
- Raczej możliwość kompletnej transformacji. U nas nie ma takich pomysłów, nie ma takich ról dla kobiet. Kiedy był boom na Bridget Jones i wszyscy podziwiali to, co zrobiła Renée Zellweger, dziennikarze dzwonili do nas i pytali: "Czy pani zdecydowałaby się tak diametralnie zmienić fizycznie i tyle przytyć?". Mówię: "Boże Święty! Dlaczego nie!? Przecież jestem aktorką!". Oczywiście, że tak, ale muszę wiedzieć, że sztab ludzi, którzy pilnują, żebym w krótkim czasie przytyła i nie zmarła na zawał serca czy miażdżycę, też pomoże mi wrócić do mojej sylwetki, że nie zostanę wyrzucona po skończonej pracy i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresuje.
W Polsce tak mogłoby się zdarzyć?
- Tu są zupełnie inne realia. Pamiętam, że przeżyłam szok, kiedy krótko potem zobaczyłam Renée w Chicago - filigranową, szczupluteńką blondynkę. Na pewno kosztowało ją to dużo pracy i wyrzeczeń. Także zdrowia. Natomiast wiem, że nie pozostawiono jej z tym samej. Jest takie powiedzenie w tzw. branży, że aktor po skończonych zdjęciach wraca pieszo. Na zdjęcia go przywożą, ale potem troszeczkę się o nim zapomina (śmiech).
Rozmawiała Anna Laszuk
|