Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ROBERT KORZENIOWSKI- Talent zobowiązuje


Jego wielkiemu talentowi i pasjonującym zmaganiom sportowym towarzyszyliśmy przez lata. Byliśmy z nim w najważniejszych chwilach: zdobywaniu medali olimpijskich i dyskwalifikacji na olimpiadzie w Barcelonie. I choć dziś nie uprawia już sportu zawodowo - Robert Korzeniowski, bo o nim mowa - nadal ma swoich wiernych kibiców

Dzieci marzą o różnych zawodach, nierzadko wymagających odwagi bądź gotowości do spełniania ekstremalnych wyzwań. Czy Pan od urodzenia chciał być wybitnym sportowcem?
- Nie było tak, że od dzieciństwa marzyłem o sporcie. Chciałem być także pilotem, strażakiem czy marynarzem, odkrywcą nowych lądów. Gdy podrosłem, bardzo pragnąłem zostać badaczem historii, fascynowały mnie książki poświęcone archeologii, w szczególności dotyczące centralnej i południowej Ameryki.
Zainteresowałem się jednak sportem. Moja rodzina, choć bez tradycji mistrzowskich na tym polu, prowadziła aktywny tryb życia. Byłem jedynakiem, rodzice zajmowali się mną bardzo troskliwie. Każdy weekend obfitował w jakąś aktywność sportową. Ulubione prezenty były z nią związane - badminton, piłka, wrotki. Ojciec marzył, bym kopał piłkę jak Lubański, ale to nie wychodziło. Grałem na podwórku. Kiedy miałem 9 lat zachorowałem na reumatyzm, zostałem wyłączony z takiego życia na 3 lata. Sanatorium, silne zastrzyki co 10 dni, antybiotyki. Potem pojawiła się fascynacja Brucem Lee i sportami walki. Był rok 1982. Wszyscy chłopcy chcieli nim być lub choćby mu dorównać. Zapisałem się do TKKF (Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej), do sekcji judo. Ona nie cieszyła się sympatią Służby Bezpieczeństwa. My spotykaliśmy się wieczorami, to wzbudzało jej podejrzliwość. Podczas wakacji zarządzono remont hali sportowej, i nigdy już do niej nie wróciliśmy.
Rozpocząłem naukę w liceum. Zapisałem się do sekcji lekkiej atletyki, czekając na reaktywację judo. Byłem przekonany o wszechstronności lekkiej atletyki jako dyscypliny sportowej. No i zaczęła się moja życiowa przygoda. Tradycje, jeśli chodzi o biegi przełajowe, w okolicy mego miejsca zamieszkania były duże, stamtąd wywodzili się pierwsi mistrzowie. Gdy ponownie uruchomiono kluby sportowe po stanie wojennym, na jesieni 1983 r. Powołano sekcję w moim klubie i starano się oprzeć jego odbudowę o te tradycje. Skakałem w dal, biegałem przez płotki i na 1500 m i... Chodziłem. Nieźle szło mi na średnich dystansach, niemniej w mistrzostwach makroregionalnych, trochę przypadkowo, startowałem w chodzie. Choć ten występ nie był poprzedzony udziałem w mistrzostwach wojewódzkich, zająłem 3. miejsce.

Przecież chód wymaga opanowania dość skomplikowanej techniki. Pan tego dokonał?
- Trochę demonizuje się tę kwestię. Na poziomie sportowym nie jest to takie trudne. Można powiedzieć, że zostałem rzucony na głęboką wodę.

Kiedy zaczął Pan uprawiać chód profesjonalnie?
- W momencie startu w kadrze seniorów. I zaczęły się sukcesy, niemniej pierwsze zawody na poziomie mistrzostw Polski przegrałem, zostałem zdublowany przez przedostatniego. Ale już kolejne, po roku, wygrałem. Wówczas, jako junior, byłem gotowy do wyboru: to jest to. Jako senior musiałem czekać 6 lat od momentu rozpoczęcia treningów. Zakwalifikowałem się do Mistrzostw Europy w Splicie - tam zorientowałem się, że jestem w stanie pokonać zawodników i znacznie bardziej doświadczonych ode mnie, i starszych. Byłem czwarty, miałem 22 lata. Znalazłem się w pobliżu elity europejskiej, światowej. To był znaczący przełom; pierwszy miał miejsce 1985 r. Gdy wygrałem Spartakiadę Młodzieży w Rzeszowie.

Przyszły wielkie sukcesy, w tym dwa złote medale olimpijskie podczas jednych igrzysk. Chciałbym Pana spytać o Olimpiadę w Barcelonie. Rok 1992 - zostaje Pan zdyskwalifikowany tuż przed metą, tracąc srebrny medal. Co Pan wtedy czuł - żal, wściekłość, bezsilność? Uważał się Pan za boleśnie skrzywdzonego?
- Zdecydowanie tak. Powtórzę to tyle razy ile będzie trzeba: miałem świadomość bycia odrzutkiem, zbędnym elementem z głębokim poczuciem doznanej krzywdy! Cóż, musiałem przyjąć ten cios. Po przejściu 49,5 km wielkim wysiłku zostałem zrzucony do piekieł. Miałem 24 lata, były to pierwsze igrzyska, nie obraziłem się jednak na cały świat i nie rzuciłem wszystkiego w diabły. Trauma była. Ogromnego wsparcia udzielili mi koledzy. Zrobiono ze mnie, myślę że niepotrzebnie, swoistego bohatera. Padło wiele słów o zemście, mafii. Zbędnych. Byliśmy wówczas, jako Polska, źle postrzegani, mówiąc językiem sportowym - na fatalnej pozycji geopolitycznie. Naszych przedstawicieli nie było we władzach światowej lekkiej atletyki, w szczególności sędziowskich. Byłem człowiekiem kompletnie nowym, znikąd. Nie było polskich sędziów, lobby, nikt z nikim na mój temat przy obiedzie nie porozmawiał. Nie pasowałem do tych bohaterów, którzy mieli wygrać. Bez względu na to, na ile ta decyzja była tendencyjna, byłem człowiekiem z innej bajki. Nie mieli wsparcia i Rosjanie i Czesi. Mieliśmy do czynienia z kulminacją arogancji kilku panów, którzy na co dzień niewiele mieli wspólnego z lekką atletyką, a decydowali o losach innych. Za nic mieli zasady moralne przy podejmowaniu decyzji. Mam z nimi kontakt do dzisiaj - przekornie twierdzą, że dzięki nim zahartowałem się. Wolne żarty. Musiałem poczekać na szansę realizacji własnego scenariusza. I wyciągnąłem wnioski na przyszłość.

Który z wielu sukcesów sprawił Panu największą satysfakcję?
- Zawsze cieszyłem się jak dziecko, robiąc kawał niedowiarkom. Powiem o medalu, który zdobyłem w najbardziej dramatycznych okolicznościach, najtrudniej osiągniętym. Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce Paryż 2003 - mój przedostatni krążek. Przez dwadzieścia parę kilometrów dochodził mnie Rosjanin, zbliżył się na odległość mego cienia. I okazało się, że na 5 km przed metą byłem jeszcze w stanie go odrzucić, zostawić za sobą na 20 sekund. To wymykało się wszelkim kryteriom, to był nadludzki wysiłek. Jeśli traci się dystans, to zwykle już się go nie odzyskuje. To reguła. A jeszcze 17 dni wcześniej miałem poważną kontuzję, porażenie nerwu miedzyżebrowego. Spotkał mnie największy komplement, jaki można usłyszeć od rywala. Po zawodach powiedział dziennikarzom, że zaszczytem była dla niego walka ze mną. Ten medal otworzył mi drogę do sfinalizowania kariery w Atenach złotem na 50 km.

Długo uprawiał Pan chód.
- Dwadzieścia parę lat, a na najwyższym światowym poziomie piętnaście sezonów.

To szalenie ciężka praca.
- Zapewne tak, trzeba ją pokochać. Ona jest pewnym przywilejem - nie każdy ma talent, i nie każdy ma szansę go rozwijać. Podchodziłem do tego, co robię, bardzo poważnie. Z szacunku dla samego siebie i osób ze mną pracujących. Zwłaszcza ostatnim czterem latom towarzyszyła świadomość wagi mej pracy, a zarazem wobec niej postawy spokojnej i zdystansowanej.

Po zdobyciu dwóch złotych medali olimpijskich w Sydney mógł Pan powiedzieć: "Dość, osiągnąłem niemal wszystko". Hołdy są składane jednokrotnym zdobywcom brązowego krążka.
- Bez przesady, uznałem, że to jeszcze nie ten czas. Postrzegałem sukces w Sydney jako nowe otwarcie, a nie zamknięcie dokonań. Ujrzałem jeszcze sporo szczytów do zdobycia. Każdy mój medal miał inny wymiar. Nie sztuką jest zdobyć pierwszy złoty medal, a wykorzystywać wiedzę wynikającą z umiejętności wygrywania. To jest umiejętność, nie ma udawania. Słowem: każdy kolejny medal miał większą wartość. Dochodziły rekordy świata. To był szczyt. Wierzyłem, że zostawię następców. W Atenach dwóch Polaków było w finale - Roman Magdziarczyk i Grzegorz Sudoł, zajęli 6. i 7. miejsce. Potem kapitał został zmarnowany przez naszą reprezentację. Oni powinni być bardziej eksponowani, osiągać sukcesy. Zabrakło wobec nich profesjonalnego, mocnego podejścia, jakoś potencjał się rozsypał.

Odczuwa Pan dyskomfort, żal?
- To prawda, bo wiele emocji mnie to kosztowało. Wychowywałem tych chłopców, miałem ich przy sobie. Byłem ich starszym bratem. Byli kilkanaście lat młodsi ode mnie, a uzyskiwali świetne wyniki. Jest kłopot z poskładaniem tego, podobnie jak w przypadku wielu innych dyscyplin. Po mistrzu powstała próżnia.

Rodzima lekkoatletyka nie jest w najlepszej kondycji.
- To Pan tak uważa. Gdyby Pan przeprowadzał wywiad z Ireną Szewińską, to by powiedziała, że jest w świetnej.

Ile kilometrów przeszedł Pan w swoim zawodniczym życiu?
- Ok.. 120 tys. Wszystko zostało odnotowane w dzienniczkach treningowych.

Otrzymał Pan w tym roku honorowały tytuł Solidnej Firmy "za solidne działanie, kształtujące pozytywny wizerunek polskiego sportowca". Ma Pan doświadczenia w biznesie, prowadząc z żoną firmę. Co oznacza solidność w biznesie?
- Obecnie żona prowadzi firmę, ja poświęcam się pracy w telewizji. Mam mnóstwo zajęć, a muszę także spełniać oczekiwania związane z pełnieniem służby publicznej. Nie mogę prowadzić prywatnego biznesu, będąc dyrektorem Redakcji Sportowej TVP. Gdy zajmowałem się nim to także w szczególny sposób, będąc zarazem i przede wszystkim zawodnikiem. Wspólnym dokonaniem z żoną, udanym produktem, marką jest "Na Rynek marsz", czyli międzynarodowy mityng w chodzie sportowym, od 10 lat organizowany w Krakowie. Ma najwyższą rangę zawodów na świecie - Grand Prix IAAF. Solidność to rzetelność i odpowiedzialność, która winna być zaświadczona długoletnia pracą.

Obecnie kieruje Pan sportem w TVP.
- Moje związki zawodowe z Telewizją Polską zaczęły się w listopadzie 2004 r., gdy zostałem doradcą dyrektora Pr 1. Potem byłem kierownikiem Redakcji Sportowej Pr 1(i szefem Kolegium Sportu TVP), by w roku 2005 stać się jej dyrektorem. W ciągu roku doprowadziłem do restrukturyzacji sportu w telewizji, unifikacji wszystkich redakcji sportowych skupionych w czterech antenach. Powstała niezależna antena sportowa, która jest pod jednym zarządem, słowem istnieje jedno ciało sportowe. Osiągnęliśmy dobre wskaźniki biznesowe; patrząc na nie, można powiedzieć, że to było udane przedsięwzięcie. I stworzyło szanse skutecznego konkurowania TVP z telewizjami komercyjnymi w dziedzinie programu i sportu. Niedawno ruszył kanał tematyczny, który dociera do rosnącej liczby widzów. Dystrybuują go lokalne sieci kablowe i na platformie n, telewizji nowej generacji. Gdy nastąpi jej rozwój, za parę lat trafi do milionów. Ma miejsce spokojne budowanie biznesu opartego na synergii głównych anten. To zarazem biznes misyjny, bierzemy na siebie zobowiązania, których nie podejmą się telewizje komercyjne, chociażby kosztowne transmisje z zawodów międzynarodowych, które handlowo nie są atrakcyjne, a sportowo ważne. To stały dylemat publicznej telewizji: co robić żeby pozyskiwać najciekawsze pozycje programowe i jednocześnie nie zatracić się w pogoni za tzw. Wynikami wskaźnikowymi.

Wie Pan doskonale o zarzutach stawianych TVP, że przegrywa przetargi na wiele transmisji z udziałem narodowej reprezentacji, chociażby podczas piłkarskich mistrzostw świata, czy eliminacji do nich (vide mecze eliminacyjne w latach 2000-2001). Czy ostania Liga Mistrzów - jedna transmisja co dwa tygodnie. Co Pan na to?
- To demagogicznie formułowane opinie. Budżet telewizji publicznej nie jest nieograniczony, a konkurencja jest realnością. Wymaga się od nas, żebyśmy pokazywali Puchar Europy w Wielobojach odbywający się w Szczecinie czy Mistrzostwa Europy w Łyżwiarstwie Figurowym - to piękne imprezy, nie przynoszące jednak zysku. Nimi nie zainteresuje się żadna telewizja komercyjna. Na tym polega misyjna rola TVP, a koszty tych działań są ogromne. Gdybyśmy ich nie ponosili, bylibyśmy superkonkurencyjni. Stąd problem wyważenia proporcji. Telewizja publiczna pokazuje najważniejsze wydarzenia sportowe, czyli igrzyska olimpijskie, i najważniejsze mistrzostwa. Nie zawsze to są te, które chcielibyśmy pokazywać np.. Ostatnio tak było w przypadku siatkówki czy piłki ręcznej. W przypadku Ligi Mistrzów takie a nie inne pakiety zaproponowała UEFA tzw. Telewizjom naziemnym - jeden mecz w tygodniu. Nie mieliśmy wyboru, choć zdecydowanie chcielibyśmy pokazywać więcej. W przypadku kablówek sytuacja była inna. Taka jest polityka europejskiej federacji. Musimy dostosować się do reguł panujących na międzynarodowych rynkach.

Spodziewał się Pan przyznania Euro 2012 nam i Ukrainie? Co Pan czuł, gdy to stało się faktem?
- Powiem tak: broniłem się przed wiarą w tę myśl, by nie być rozczarowanym. Wiele argumentów przemawiało na "nie", choć mamy duży rynek, rozwijamy się. Myślałem, że UEFA nie będzie aż tak odważna. Myliłem się, choć jakaś wewnętrzna, może i podświadoma wiara kazała mi okazale, z dużym zaangażowaniem środków przygotować obsługę tego wydarzenia. Nie wedle zasady, że skoro i tak się nie uda, to bierzemy jednego reportera i jeden wóz. Łączyliśmy się z wszystkimi możliwymi miejscami i w Polsce i w Cardiff, i w Kijowie. Zrobiliśmy ekstra eventw Warszawie. Powiedziałem sobie: "Do diabła - jak mam sobie pluć w brodę do końca życia, to wolę skoncentrować siły, być ubezpieczonym!". Szalałem z radości, miałem łzy w oczach. I pomyślałem sobie, jak to dobrze, że po zakończeniu kariery sportowej nie zamieszkałem za granicą. Pozostałem w Polsce - tu się dopiero będzie działo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Andrzej Uznański

Fot. Kapif







Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.