 Supermenka, której wiele płyt zyskało status "platynowych", a koncerty gromadzą dziesiątki tysięcy widzów. Kayah, laureatka "Fryderyków, "Paszportu Polityki", "Wiktorów", "Super Jedynek", nagród za kreacje aktorskie w wideoklipach, w rozmowie Jerzym Bojanowiczem deklaruje:
Jestem artystką eklektyczną
W 1995 r. otrzymała Pani pierwszą Złota Płytę za krążek "Kamień". Jakie były wówczas Pani inspiracje?
- Takie same jak dziś, choć wówczas nie miałam dostępu do tylu wspaniałych filmów i płyt. Jako dziecko słuchałam tego, co mój ojciec znalazł na Sky Radio, później było Radio Luxemburg. Słuchałam też dużo jazzu. Mam wiele płyt winylowych, których nie mam na czym odsłuchać.
Wspólnym mianownikiem przeszłości i teraźniejszości jest pasja. Moją pasją jest muzyka. To moje hobby i zawód, co jest szczęśliwym połączeniem. Zawsze kochałam się w kobietach. Artystki mnie fascynowały i były dla mnie natchnieniem. Przemawiały do mnie wiersze poetek, interpretacje piosenek itd. Może jest to kwestia wychowania - traktowania kobiety jak siostry. Jak miałam stanąć po czyjejś stronie, nawet niekoniecznie słusznej, to zawsze brałam stronę kobiety.
Długo byłam wierna Randy Crawford, której tak dużo słuchałam, że w pewnym momencie nie mogłam uwolnić się od jej wibrata i wręcz śpiewałam jej głosem. Uznałam, że takie fascynacje są niebezpieczne, gdyż ginie granica między sobą samym a obiektem. I musiałam przestać jej słuchać. Później kochałam się w Tinie Turner i bardzo chciałam wyglądać tak, jak ona. Była Sade, były polskie poetki: Małgorzata Hillary, Maria Jasnorzewska-Pawlikowska i Kasia Grochola, która, szczęśliwie dla mnie, była moją sąsiadką i znałyśmy się ze szkoły.
Zdarzały się chwile, gdy ogromnym bodźcem była dla mnie twórczość mężczyzn, np. wspaniałego greckiego poety Yannisa Ritsosa. Jego wierszom zawdzięczam kierunek, w jakim poszłam przy Bregoviču, chociaż wiersze Ritsosa czytałam jakieś 10 lat wcześniej. Ale ta bałkańska nuta mi je przypomniała. Jestem jak gąbka. Często zapominam rzeczy, ludzi, imiona, twarze, sytuacje itd. Natomiast słowa, które mnie wzruszyły czy dotknęły, chowam i nawet jeśli nie kojarzę z jakiej są szufladki, to do mnie wracają i używam ich we własnej twórczości.
Po obejrzeniu Pani występu, stroju i zachowaniu na estradzie, zwłaszcza podczas wykonywania "Supermenki", sądziłem, że wymieni Pani Cher.
- O nie! Cher to wielka odwaga, wielka prowokacja i wielka świadomość własnego ciała. Zawsze miałam za dużo kompleksów. Ja bym chciała być tak stylową osobą, ale to się nie uda. Cher jest zdeterminową ikoną, umiała postawić wszystko na jednej szali. Te pańskie skojarzenia chyba wynikają z koloru i długości włosów.
Czy nie ma Pani czkawki, słuchając po raz tysięczny np. piosenki "Prawy do lewego"?
- Mam. Natomiast po "Śpij kochanie, śpij" - nie. Płytę z Goranem realizowałam w złym czasie, gdyż do jej nagrywania przystąpiłam będąc w ciąży. Okazało się, że rosnący brzuch uciskał mi przeponę i... odebrał głos, bo nie potrafię śpiewać bez przepony. Jednocześnie silne zmiany hormonalne miały wpływ na moje struny głosowe.
A spodziewała się Pani, że płyta odniesie taki sukces - ponad 700 tys. sprzedanych egzemplarzy?
- Nie. Nie wiem skąd ta histeria, natomiast wiem, skąd moje negatywne odczucia. To wynik moich relacji z Goranem, trudnym człowiekiem, który nie ma szacunku dla innych. Wiele razy dostawałam zaproszenia na międzynarodowe festiwale i on odmawiał, bo nie chciał mieć u swego boku innej gwiazdy. Do wyjaśnienia pozostało jeszcze sporo kwestii finansowych, co tworzy ów negatywny wydźwięk. A czkawka? Często ją mam! To np. mój falstart na festiwalu w Sopocie w 1988 r., na co nie byłam, i wciąż nie jestem, gotowa psychicznie.
A jak Pani wspomina nagranie piosenki "Embarcacao" z Cesarią Evorą? Czy myślała Pani wówczas o duecie Freddy Merkury-Montserrat Caballé?
- Jakim duecie?
Piosenka "Barcelona".
- Nie znam tego tematu! Mercury nie był moim idolem, a z repertuaru grupy Queen znam 2-3 piosenki. W Cesarii zakochałam się, zanim poznałam Bregoviča. Zaintrygowała mnie okładka płyty, na której była jej twarz: zez, dłoń z jednym długim paznokciem. Dziwna twarz, bo w innej estetyce niż ta, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, piękna, intrygująca. Poznałam jej nagrania, ale później urodziłam dziecko, które przez rok nie pozwalało mi spać i nie miałam sił żyć. W zmaganiu się z tym wczesnym macierzyństwem pomagała mi nuta Cesarii: bardzo spokojna, wycofana, zdystansowana, kobieca. Potem odkryłam, że to ona śpiewa utwór "Ausencia" na płycie, której byłam totalną fanką, czyli soundtracku z filmu "Underground" Emira Kusturicy. Kiedy poznałam Bregoviča to byłam tak stremowana, że zadałam jedno pytanie: czy "Ausencię"śpiewa Cesaria Evoria?
Kiedy Cesaria przyjechała do Polski za kulisami - co wiele mnie kosztowało - powiedziałam jej, że śpiewam i komponuję, i marzę o wspólnym nagraniu. Odpowiedziała, że się zastanowi. Z pewnością pomogło, że byłyśmy w tej samej wytwórni płytowej, choć dowiadywała się, ile płyt sprzedaję. "Embarcacao" jest moją kompozycją. Po zapoznaniu się z nią muzycy Cesarii powiedzieli, co było jednym z największych komplementów, jakie mnie spotkały, iż musiałam się urodzić na Cabo Verde. Później wielokrotnie się spotykałyśmy. "Embarcacao" otworzyło Cesarii polski rynek, a mnie uchyliło trochę drzwi na świat.
Jest Pani pierwszym polskim artystą, który nagrał płytę "MTV Unplugged". To chyba trudne przedsięwzięcie, bo elektryka nie zagłusza ewentualnych kiksów?
- Nie pozwalam sobie na kiksy! Rzeczywiście, nagrania unplugged są trudne. Musieliśmy zmienić nasze podejście. Najpierw sądziliśmy, że wystarczy pozamieniać instrumenty, ale jeśli jest się przyzwyczajonym do konkretnych brzmień utworów, to nagle okazuje się, że tę energii nie zawsze można osiągnąć za pomocą instrumentów akustycznych. I z żalem trzeba było wyeliminować niektóre utwory, bo nie brzmiały i brakowało im właściwej energii. Ten koncert był wyzwaniem, ale ja lubię wyzwania.
Po swoim programie "To było grane" w TVN rozpoczyna Pani współpracę z telewizję n, firmując nRadio Kayah. Kto będzie jego słuchaczem, jaki będzie repertuar?
Nie obchodzi mnie, kto będzie go słuchał, tak jak nie obchodzi mnie, kto kupuje moje płyty, byle tylko rozumiał, o czym śpiewam i na swój sposób to przeżywał.
Ale wie Pani, że radia są sformatowane, każda stacja ma swój "target".
- I niedługo nie będzie żadnego zróżnicowania, bo Zetka zbliża się do Eski. Cieszę się, że jeszcze Trójka jest autorska. Jestem fanką Radia PIN, Radia Jazz i Radia Classic - żałuję, że nie mają one jeszcze zasięgu ogólnopolskiego. Wierzę w stacje lokalne, które są bardziej ambitne niż wielkie, komercyjne rozgłośnie, bo te zapominają, że powinny kreować gusta.
W nRadio Kayah oddam hołd polskim artystom, a głównie - o czym mówiłam - artystkom. Repertuar to będzie jazda przez całe moje życie. Pamiętam, jak babcia miała radio z jednym pokrętłem, tzw. kołchoźnik, w którym słyszałam Irenę Santor. To wspaniała, urocza osoba, którą mam szczęście znać. Legenda, ale też... miły, spokojny, pełny dystansu człowiek o wielkiej kulturze. Oczywiście, będzie Grażyna Łobaszewska, Ewa Demarczyk.
Oddaję hołd divom, tym wszystkim kobietom, które mi towarzyszyły w pierwszych miłościach, egzaminach, fascynacjach muzyką i kiedy śpiewałam babci przed lustrem do plastikowego banana. Ula Dudziak! Czy kiedyś mogłam myśleć, że poznam kobietę, której "Papaję" naśladowałam? Czysta abstrakcja! Będą też moje obecne koleżanki: Reni Jusis, Anna Maria Jopek i wiele innych. To będzie bardzo eklektyczne radio z dużą dawką muzyki etnicznej. Takiej, że od realizatorów dostawałam maile: nie mamy tej płyty, skąd ją masz?
Co skłoniło Panią do założenia firmy płytowej Kayax?
- Nuda. Wydawało mi się, że na rynku muzycznym nic się nie dzieje. Odkryliśmy, że w naszym otoczeniu jest wielu bardzo zdolnych ludzi, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Postanowiliśmy zaryzykować i wykorzystać nasze wieloletnie doświadczenie na rynku i pomóc takim utalentowanym artystom, jak Envee, którego znaliśmy prywatnie, i 15 Minut Projekt (zespól złożony z naszych dwóch muzyków z zespołu). Zobaczyliśmy, że pod tą pozornie płaską powierzchnią, którą widzieliśmy, wrze, że w Polsce jest mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy pasjonują się muzyką, tworzą ją bez kompleksów. To były nasze początki. Od tamtej pory wydaliśmy jeszcze płytę: Krzysztofa Kiljańskiego, Zakopowera, Marii Peszek, Smolika, Tatiany Okupnik, Noviki, Mosqitoa, Sofie, Bisquita, Luc'a
Jest Pani ambasadorem organizacji ekologicznej WWF, występowała Pani na koncercie towarzyszącym ostatniej Paradzie Równości w Warszawie. Skąd takie zaangażowanie?
- Nie można być egoistą. Trzeba się angażować w sprawy, do których ma się przekonanie. Jestem też członkiem honorowej kapituły Komitetu Ochrony Praw Dziecka i ambasadorem kosmetyków AA - jest to kontrakt reklamowy, ale robię to z przekonaniem. Wiele propozycji, bardzo intratnych, ale nie dokońca czystych i przejrzystych, odrzucam, z czego jestem znana. Lubię być pożyteczna, robić coś dobrego dla innych. Kocham ludzi, choć czasami głośno mówię, że wolę zwierzęta, bo ludzie potrafią być okrutni, nieżyczliwi, interesowni itd.
Nie obawia się Pani ostracyzmu?
- W ogóle o tym nie myślałam. Dla mnie istotne są moje przekonania. Nie życzę sobie ingerowania w moje intymne życie i nie wyobrażam sobie, bym miała ingerować w czyjeś. Co mnie obchodzi, kto z kim śpi, jeśli nie śpi ze mną? Nie występuję jedynie jako protagonista, lecz jako popierająca integrację i tolerancję. Jeżeli nie zaczniemy tolerować mniejszości seksualnych, to za moment nie będziemy tolerować mniejszości wyznaniowych, narodowościowych itd. Dzielenie ludzi na grupy i negowanie każdej z nich nie jest normalne. Nie dajmy się zwariować. Na płycie "Music for Boys and Gays" napisałam, że ten tytuł może kogoś zbulwersować, choć był mimowolną prowokacją. Żartem, który przy obecnej polityce prowokuje do pewnych przemyśleń. Ale kogo zbulwersował ten tytuł, tego bulwersują stringi z Koniakowa.
Skąd na to wszystko czas?
- Nie mam czasu. Nie mam życia towarzyskiego. Muzycy się rozjechali, z kimś się spotykają, a ja siedzę i rozmawiam z panem. Do domu wracam tak zmęczona, że nie telefonuję do przyjaciółek - dziwne, że jeszcze je mam, bo przyjaźń trzeba pielęgnować. Wiem, że to jest błąd, który naprawię, ale potrzebuje nie tyle czasu, co energii.
Syn Roch ma ponad 8 lat i gdy my rozmawiamy jest daleko z tatą. Rosio jest wyrozumiały, choć oczywiście nasze relacje są okupione traumatycznymi przeżyciami, które są efektami mego stylu życia: przez tydzień siedzę w domu kamieniem, później wciąż mnie nie ma. Idzie do szkoły i gdy wraca, to ja często wychodzę. Cenne jest to, że w jego przekonaniu jestem jak inne mamy, które pracują w biurze, a jego mama w telewizji czy na estradzie. Nie zasłania się mną, a nieraz nawet się wstydzi!!!
Otrzymała Pani wiele nagród i wyróżnień. Z jakiej jest Pani szczególnie dumna i dlaczego?
- Każda z nich, niezależnie od tego, jakie uczucia mi towarzyszyły przy ich odbiorze, jest niczym wobec tego, że ludziom jeszcze chce się przychodzić na koncerty, kupować moje płyty. Dla każdego artysty akceptacja jest powodem do dumy. Nagrodą, która była takim podmuchem wiatru w skrzydła i pozwoliła tak zakompleksionej osobie uwierzyć w siebie, był pierwszy Fryderyk (1996 r.).
Jest Pani artystką i bizneswoman. Czy w obu wcieleniach już spełnioną?
- Bizneswoman to ja nie jestem...
...szefową Kayaxu.
- Robię PR. Udzielam się kreatywnie. Wszystkie terminy prawnicze i finansowe są mi obce. Nie umiem liczyć pieniędzy - lubię je wydawać. I niech tak zostanie.
Przed laty wszystko było jasne: był pop i rock z kilkoma odmianami. Jakby Pani określiła swoją twórczość?
- Nienawidzę szuflad. To bardzo duże ograniczenie, czego doświadczyliśmy na własnej skórze: były nami zainteresowane światowe media, ale wydawcy nie potrafili mnie sklasyfikować. Zawsze mi się wydawało, że jeśli artysta ma szerokie możliwości, to ma szerokie spektrum. Okazało się, że nie, że jest to ograniczenie dla promotorów, a ja nie uznaję ograniczeń. Jeśli już musiałabym znaleźć się w jakiejś szufladzie, to nazwę się artystką eklektyczną. Jest taki styl i chyba się w nim mieszczę.
Top 5 wykonawców i Top 5 własnych piosenek.
- Kate Bush, Peter Gabriel, Youssu N'Dour, Sade, Maxwell. "Dzielę na pół", "Kamień", "Jaka ja Kayah", "Cicho tu", "Wszystko się skończyło".
Plany.
- Propozycja MTV spadła jak z nieba, ale nieco nam namieszała w planach wydawniczych, bo przygotowuję swoją kolejną autorską płytę "Skała". Zastanawiamy się, czy jest sens wydawania w tak mało zainteresowanym muzyką kraju i na tak małym rynku w jednym roku dwóch płyt.
Mam jednak ten luksus, że jestem wydawcą, więc nikomu nie muszę się tłumaczyć z planów czy dotrzymywać terminów. Planowaliśmy wydanie płyty wiosną, teraz myślimy o jesieni, ale nie wiem, kiedy będzie gotowa. Odczuwam już głód czegoś nowego, bo się nudzę. Mam już piosenki w wersjach muzycznych. Jeszcze nie zaaranżowane i nie nagrane, ale jest już pomysł. Czeka mnie mozolna praca, która mnie przeraża - teksty, które traktuję bardzo serio. Ich pisanie zajmuje mi wiele czasu, to przeżycia prawie masochistyczne, samotne wieczory itd., więc odwlekam ten moment, chociaż... Dziś wpadłam na pomysł, by w piosence "Bombaj" znalazło się zdanie: "Tam gdzie ty Kajus tam i ja Kaja". Znana formułka, którą mogę wykorzystać.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Jerzy Bojanowicz


|