 Rodzina Grabowskich to prawdziwa spółka akcyjna. Kapitał początkowy wniósł nestor rodu Bolesław, a potem akcjonariuszem został syn Mikołaj. Na koniec dołączył najbardziej kontrowersyjny Grabowski - Andrzej, słynny Ferdek Kiepski. Jednak mimo jego przejścia z wielkiej sztuki do komercji, notowania Grabowskich wciąż rosną
Panie Andrzeju, podobno miłość do teatru zaszczepił w Panu najsłynniejszy amant polskiego kina Jan Nowicki. Na obozie żeglarskim w Giżycku, w oparach alkoholu
- To taka anegdota. Może nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to jest we mnie zaszczepione. Mój ojciec, który przed wojną studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, dorabiał statystując w Teatrze Słowackiego i to w obsadzie, w której grał Juliusz Osterwa. Potem starszy brat Mikołaj został aktorem i reżyserem Teatru Starego. W każdym razie w Giżycku byłem po dziesiątej klasie liceum. Janek Nowicki skończył już szkołę teatralną i odniósł pierwsze sukcesy. Studenci na jakimś bankiecie słuchali go jak Pana Boga. W pewnym momencie on zaczął mówić do mnie, na co jedna ze starszych koleżanek odpowiedziała: "Co ty gadasz?". On nawet w szkole teatralnej nie jest!". A Nowicki na to: "Ale będzie!".
Wziął Pan to sobie do serca?
- Wziąłem to sobie do serca, ale gdybym wcześniej o tym nie myślał, taki bodziec byłby za mały. Niemniej to był impuls. Po powrocie z obozu zakomunikowałem bratu: "Będę zdawał do szkoły teatralnej. Przygotuj mnie!". Mikołaj był wtedy na czwartym roku. Zawsze miał ambicje bycia reżyserem i jest nim. Był dyrektorem Teatru Słowackiego, teatru w Łodzi, w Poznaniu, a teraz od kilku lat jest dyrektorem Teatru Starego w Krakowie. To sukces, mimo że nie wiąże się z popularnością. Czasem też gra w swoich spektaklach.
Czasem też gracie wspólnie.
- Bardzo długo razem współpracowaliśmy i tworzyliśmy wiele wspaniałych spektakli. Bez wstydu mówię wspaniałych, bo one przeszły do historii. "Trzech aktorów" z Jankiem Peszkiem, Mikołajem i ze mną, czy "Opis obyczajów" według księdza Kitowicza, to są spektakle, które gram do dzisiaj. "Kwartet" powstał w latach siedemdziesiątych i też jest grany do dzisiaj. To ewenement.
Graliście również ze swoimi żonami.
- Cztery główne role. Mikołaj grał George a, którego żoną była jego żona - Iwona Bielska. Ja grałem naukowca, a moja żona grała moją żonę. To bardzo rodzinny spektakl. Nie dosyć, że dwa małżeństwa grają dwa małżeństwa, to jeszcze mężami są bracia. Chociaż Frycz i Peszek, i tu powołuję się na ich słowa, też określali się naszą rodziną. Teraz ta rodzina powiększyła się. Moja córka Zuzanna kończy szkołę teatralną w Warszawie. Grała w serialu "Na dobre i na złe".
Jak podobała się Panu córka "w ,akcji"?
- Bardzo mi się podobała. Teraz gra główną rolę w "Fabryce". Najszybciej i najłatwiej można by określić, że to film o niespełnionej miłości. Jak powiedział już jeden z poetów: bo największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. Dziewczyna zakochuje się, prowokuje, prowokuje potem udaje, że jest w ciąży. On nie bardzo chce z nią być, a kiedy już decyduje się - wtedy jej przechodzi. Bardzo prozaiczny, brutalny i pretensjonalny temat, ale cóż prostszego jest w życiu nad tematem miłości? Tak naprawdę film trzeba obejrzeć. Opowiadanie fabuły nie ma sensu. Gdybym teraz przywołał scenariusz filmu Felliniego "Amacord", to wydawać by się mogło, że nie ma nic głupszego. W jednej ze scen czterech młodych ludzi siedzi w samochodzie i się onanizuje. Samochód się trzęsie, a oni krzyczą: cycki! cioccioliny! dupa! itd. Ale to najlepszy film, jaki w życiu widziałem. Genialny!
Pan generalnie nie grywa w filmach stricte erotycznych, ale też nie odżegnuje się od takich ról?
- Generalnie nie, ale w "Bożej podszewce" grałem, jak niektórzy określają - knura!
Jednak popularność tak naprawdę przyszła wraz z rolą Ferdka Kiepskiego.
- Czasy tak się zmieniły, że to, co było brzydkie i niedobre dziesięć lat temu, dzisiaj jest normalne. Myślę o komercji i o tym wszystkim, co nas ogarnęło. Kiedy osiem lat temu zacząłem grać w telewizyjnym serialu "Świat według Kiepskich", to był policzek dla sztuki. Wyszedłem przecież z teatru, a wcześniej grałem w "Bożej podszewce", kilku bardzo ambitnych telewizyjnych spektaklach teatralnych, a tu nagle komercja. I to tak eksperymentalna, jakiej w Polsce dotąd nie było. To był straszny szok dla wszystkich moich kolegów-artystów. Dostałem w zasadzie ekskomunikę z teatru.
Dosłownie czy w przenośni?
- Krzywiono się na mnie. Przez kilka lat myślałem: trudno, zostanę Ferdkiem Kiepskim do końca życia. Przez trzy, cztery lata nie dostawałem żadnych propozycji. W "PitBull u" początkowo też nie chciano mnie obsadzić ze względu na image. W teatrze owszem, ale jako aktor teatralny byłem znany przez dwadzieścia kilka lat i dostałem prawie wszystkie możliwe nagrody w Polsce.
Która okazała się szczególnie ważna?
- Za główną rolę w"Przepraszam czy tu biją?" Ryszarda Smorzewskiego. Bardzo dobry spektakl. Wyczytałem w "Trybunie Ludu", że dostałem nagrodę dla młodych zarządu głównego SPATIF-u. Nagrodą był wyjazd do Londynu. Bardzo pouczająca nagroda dla młodych aktorów. Nikt nigdy mi jednak niczego nie przysłał, co oznacza, że wyjechał ktoś inny. Do dziś mam wycinek o nagrodzie.
W młodości wyrzucono Pana z akademika, ze studiów, z teatru. Jest Pan awanturniczy?
- Nie. Życie tak mi się układało, że ciągle coś zawalałem. Akademiki nie były wówczas koedukacyjne, ale ja się uparłem i mieszkałem z jedną dziewczyną przez pół roku - codziennie wyrzucany. To nie jest powód do dumy, ale zdarzyło mi się też po wódce rozbić trzydzieści butelek o ścianę. Potem znów mnie przyjęto ze względu na poręczenie mojego brata Mikołaja, który wówczas był asystentem.
Teatr to fajna instytucja. Piękne dziewczyny, wtedy jeszcze kult picia wódki Na studiach Jerzy Jarecki wpisał mi dwóję i wyjaśnił: nie dlatego, że Pan nie będzie aktorem! Pan będzie aktorem, tylko teraz jest Pan za głupi na tę rolę! Z teatru tarnowskiego odszedłem, ponieważ dyrektor napisał o naszych gościnnych występach w Rumunii, o jakiejś kłótni na jakimś bankiecie. Ale zanim trafiłem do Tarnowa, po skończonych studiach w 1974 roku, razem z Jurkiem Kryszakiem poszliśmy do Teatru Słowackiego. Mieliśmy bardzo podobne warunki, mimo że teraz nic na to nie wskazuje.
Warunki fizyczne?
- No tak! A czy teraz jestem tak bardzo gruby?
Raczej potężny
- Otóż byłem tak chudy jak Kryszak. Obaj blondyni, długie włosy... Wiadomo było, że albo on zacznie grać albo ja.
Konkurowaliście wówczas ze sobą?
- Nie. Nawet po studiach zamieszkaliśmy razem w jakimś pokoju pod Nową Hutą, żeby było taniej. On zaczął grać, więc zebrałem manatki i pojechałem do Tarnowa. Grałem przez trzy i pół sezonu, a później wróciłem do Krakowa. Tak się ułożyło, że akurat Kryszak wyjechał do Warszawy. To zbieg okoliczności.
Pana żona również jest aktorką Teatru Słowackiego?
- Tak. Czynną. Ale nic więcej nie powiem. Jeśli chce się Pani dowiedzieć nieprawdy, to ostatnio dwa razy w tygodniu w pewnym tabloidzie piszą o kłopotach małżeńskich Andrzeja Grabowskiego Dużo ze sobą pracowaliśmy: "Kto się boi Wirginii Wolff?", "Opis obyczajów". Teraz gra w jakimś serialu, ale tytułu nie pamiętam, bo ja swoich seriali nie oglądam, a cóż dopiero cudze.
Ma Pan talent kawalarza
- Nie chcę mówić o talencie kawalarza, bo to będzie znaczyć, że uważam, że mam talent kawalarza. Jak się przyznam, to znaczy: tak, jestem kretynem, bo mi się wydaje, że ja taki dowcipny jestem! Przepraszam bardzo! Nie wiem, czy jestem. Zdarza mi się coś dowcipnego powiedzieć. Ale bardzo lubię kabaret. Czasami stoję przed trzytysięczną publicznością i po paru minutach robię z publiką co chcę. Tak mi się nieskromnie wydaje.
Jak przed wyjściem na scenę pozbywa się Pan stresu? Lampka koniaku?
- Nie. Aczkolwiek miałem takie doświadczenia, że przed jakimś występem wypiłem i nie wspominam tego mile. Zdarzyło mi się w młodości - to znaczy dalej jestem młody, ale mówię o tej wczesnej młodości - że przerwano spektakl przez to, że byłem pijany. Choć nie kompletnie, tylko na dużym rauszu. Ludzie z widowni myśleli, że zachorował ten, który przerwał spektakl. To było jakieś dwadzieścia lat temu.
Interesujące wspomnienia z wczesnej młodości. Ma Pan jeszcze jakieś w zanadrzu?
- Będąc dzieckiem oglądałem film "Rzymskie wakacje". Wychowywałem się wówczas w Alwernii pod Krakowem, bo tam mój dziadek miał przed wojną kopalnię glinki ogniotrwałej, a brat dziadka - kamieniołom. W każdym razie, wtedy w kinie wyświetlono film. To był początek lat 60., może środek. Czasy, kiedy brało się krzesło i szło się oglądać projekcję. W rolach głównych Audrey Hepburn i Gregory Peck. Patrzyłem na ten czarno-biały Rzym z otwartą gębą wiedząc, że nigdy tam nie będę. Zamknięty w tej Alwernii, żelazna kurtyna, Władysław Gomułka...
Pamiętam taką scenę, jak Audrey Hepburn bawi się z Gregorym Peck iem na barce przycumowanej przy Zamku Świętego Anioła. Wtedy określano takie imprezy jako "potańcówka". To mi się bardzo podobało. Tak siedziałem na krześle i mówiłem: "Boże! Ja tam nigdy nie będę! Ale tam jest tak pięknie! To nawet nie były marzenia. To tak, jakbym teraz zobaczył życie na księżycu i chciał tam zamieszkać. Coś kompletnie nieosiągalnego...".
Trzydzieści lat później, może nawet więcej, dostałem jedną z głównych ról w filmie "La Ballata dei lavavetri" Petera Delmonte. Kręcę ostatnią scenę: jadę trójkołowym wózkiem, nagi, ze skradzioną świnią. Potem wysiadam, zakrywam się jakąś słomą i biegnę przez Rzym. Notabene mało przyjemna scena gonić tak nago po mieście... W każdym razie poszliśmy do baru, wypiliśmy butelkę whisky i przyjechaliśmy dokładnie w to samo miejsce, gdzie na barce bawiła się Audrey Hepburn z Gregory m Peck iem. Pod Zamek Aniołów. A ja kręcę scenę dokładnie w tym samym miejscu, o którym marzyłem jako dziecko! To było coś więcej niż metafizyczne przeżycie! To najlepszy dowód na to, że nasze marzenia spełniają się w najmniej oczekiwanym momencie. Pomyślałem sobie wtedy: i co z tego, że nie wyglądam jak Gregory Peck, a za partnerkę mam świnię?
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Anna Laszuk
Fot. Jerzy Stalęga



|