 Nie ma jednej sprawdzonej drogi na udane życie. Każdy z nas jest wyjątkowy i warto o tym pamiętać. Każdy ma szansę być odkrywcą i zdobywcą następnego dnia. A jeśli jeszcze umiemy się tym podzielić z innymi, to możemy być pewni, że nasz chwilowy pobyt tutaj ma sens
Rozmawia EWA DERLATKA
Jestem pod wrażeniem płyty "Żarcik à propos"! To prawdziwie aktorskie wykonania. Genialne! Tym bardziej cieszę się, że mogę się z Panią spotkać i rozmawiać. I tak myślę sobie, że "to jest to, kiedy zjawia się ktoś, sympatyczny na wskroś...".
- Dziękuję za słowa uznania. Decyzja o jej wydaniu nie była łatwa. Dziś mało kto ryzykuje własne środki, żeby wydać płytę, ale powodem jej powstania nie była chęć pomnożenia pieniędzy. Raczej potrzeba zapisania ważnego czasu w moim życiu. Stąd ten późny debiut.
Ale śpiewa Pani nie od dziś i to słychać, choć utwory nie są łatwe. Także pod względem odbioru emocjonalnego.
- Chciałam opowiedzieć historię pewnej miłości. Szukałam do tego odpowiedniej formy i uznałam, że tej opowieści najlepiej przysłuży się piosenka. Bo jak mówił profesor Aleksander Bardini: "Człowiek śpiewa wtedy, kiedy słowem nie da się tego wyrazić". Użyłam do tej opowieści utworów istniejących, znanych, w moim odczuciu wybitnych i bardzo dla mnie ważnych. Opowiadają one historię od spotkania do rozstania poprzez różne blaski i cienie, wynikające ze związku dwojga ludzi.
"O Romeo" - piosenka kiedyś śpiewana przez Kalinę Jędrusik. Recenzenci piszą, że Pani wykonanie dorównuje pierwowzorowi.
- To miłe, choć przecież nie o porównania tu chodzi. Sztuka to nie sport. Tutaj nie trzeba się ścigać. Znalazłam powód, aby tę piosenkę zaśpiewać, i znalazłam na nią swój sposób. Muszę zaznaczyć, że tę interpretację mogłam zrealizować tylko dlatego, że na tej płycie grają tak niezwykli muzycy. Kto interesuje się muzyką, ten wie, że Bogdan Hołownia, Paweł Pańta, Cezary Konrad czy Robert Murakowski to jest superliga polskiego jazzu. To dla mnie zaszczyt, że zechcieli ze mną pracować.
A jak to się stało, że to akurat ci muzycy nagrali z Panią tę płytę? Pani wybrała piosenki i Pani wybrała muzyków?
- W życiu aktora jest tak, że przeważnie jesteśmy ludźmi zapraszanymi do cudzych projektów. Nie chcę powiedzieć ludźmi do wynajęcia, ale bardzo często aktor jest elementem w trybie czyjegoś pomysłu. Ogromną więc frajdą była dla mnie możliwość zrealizowania własnego. I miałam szczęście, że byli tacy, z którymi do tego projektu było mi bliżej niż z innymi. Niezwykle cenię środowisko muzyków jazzowych. Podziwiam ich umiejętności, fantazję, odwagę i wiedzę muzyczną. Z wieloma się przyjaźnię, więc cieszę się, że wsparli swoim talentem ten projekt.
W końcu na coś musi się przydać także Pani wykształcenie muzyczne.
- Pozwala w pracy posługiwać się wspólnym językiem, choć od razu muszę zastrzec, że ich wiedza o muzyce jest nieporównanie większa od mojej. Poza tym ja wykonuję na co dzień inny zawód i w pewnym sensie jestem tym naznaczona. Codzienna praca nad słowem bywa wadą i zaletą. Na pewno ma znaczenie w doborze repertuaru - nigdy nie zainteresuje mnie piosenka, która nie ma dobrego tekstu. Ma to też znaczenie w poszukiwaniu środków wyrazu. Łatwiej mi posłużyć się aktorskimi. Toteż niezwykle inspirujące było dla mnie spotkanie z ludźmi, którzy na co dzień wyrażają emocje dźwiękiem. Bardzo wiele się od nich nauczyłam. Piosenki z repertuaru Starszych Panów, bo te również się na tej płycie znalazły, były świetnym materiałem, fascynującym nas wszystkich, bo to są utwory z fantastyczną muzyką i cudownym dla interpretacji aktorskiej tekstem.
Ale oprócz Starszych Panów są także wśród tekściarzy Maria Czubaszek, Anna Borowa i Jacek Dehnel, który napisał słowa do tanga Astora Piazzolli. Takie tango w wykonaniu Trzepiecińskiej to musi być coś...
- No mam nadzieję, że to jest coś, choć nosi tytuł "Już nic" (śmiech).
A tak w ogóle to skąd tytuł płyty "Żarcik à propos"? À propos czego właściwie?
- Wiem, ale nie powiem (śmiech). To cytat z jednej z piosenek i pomyślałam, że jest on na tyle, jakby to ująć...
à propos...
- ... właśnie, że proszę, aby czytelnicy posłuchali i sami odpowiedzieli, z czego lub z kogo tam sobie żartuję.
Domysłów może być wiele. Również mogę posłużyć się cytatem w pytaniu: "Miłość brała Pani lekko"? Kolejność tytułów zawartych na płycie to niczym gotowy scenariusz w punktach. À propos - o co chodzi z piosenką "Toco Tico"? Podobno przed każdym jej wykonaniem zastrzega Pani, że nie zawsze wychodzi ona tak, jakby Pani chciała.
- Pani zdradza tajemnicę alkowy! Ten prześmieszny tekst pani Marii Czubaszek zawiera taką ilość słów...
Wykonuje to Pani w rytmie szesnastek czy trzydziestodwójek?
- W takim, który nie zawsze pozwala zdążyć wypowiedzieć te wszystkie słowa. Zdarza mi się, że jakieś słowo mi wypadnie i wtedy już nie jestem w stanie dogonić wątku, więc cóż, zaczynam jeszcze raz, a publiczność trzyma kciuki. Wspólnie się tą sytuacją bawimy.
Ma Pani jakieś muzyczne tradycje rodzinne?
- Jakichś szczególnych nie. Śpiewaliśmy zawsze na różnych spotkaniach rodzinnych.
I tyle?
- Tyle. Ale miałam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam w szkołach muzycznych. Jestem wdzięczna za to rodzicom, choć była to ciężka praca, ale dzięki niej jestem świadomym słuchaczem. Potrafię oddzielić wartościową muzykę od agresywnie lansowanego chłamu. Wiem, co lubię i, co dzisiaj nieczęste, nadal słucham muzyki klasycznej. Zawdzięczam to szkole. Klasykę polecam wszystkim do samochodu. Naprawdę łagodzi obyczaje. Nie wypada zburzyć brutalnością okrzyków spływającej na nas harmonii kunsztownych dźwięków.
A wpada Pani do Tomaszowa, nucąc: "A może byśmy tak najmilszy, wpadli na dzień do Tomaszowa..."?
- Bardzo dawno tam nie byłam ani też nigdy nie wystąpiłam, o co mam trochę żalu. Wciąż to miasto bardzo intensywnie istnieje we mnie, bo spędziłam w nim wielce szczęśliwe dzieciństwo. Dzieciństwo, które pamiętam bardzo dokładnie. A poza tym tam spotkałam osobę niezwykłą, moją nauczycielkę fortepianu, panią profesor Elżbietę Marciniak, która pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ miała na to, kim jestem. Zaszczepiła we mnie miłość do muzyki i sztuki. Imponowała mi tak bardzo, że pamiętam nawet guziki jej sukienki i japońskie pisaki, którymi wystawiała oceny. Nadzwyczajna osoba.
Ważne jest to, kogo spotykamy w życiu?
- Najważniejsze.
To znaczy, że nie są to ludzie przypadkowo postawieni na naszej drodze?
- Tego nie wiem. Często skupieni na sobie mijamy ich. Tracimy przez nieuwagę.
Co warto oddać za marzenia na starcie w dorosłe życie?
- A trzeba coś oddawać? Zawsze starałam się je raczej realizować. I wydaje mi się, że realizując je, zyskujemy, a nie tracimy. Napędzają nas do życia. Jeśli nie marzymy, to tylko egzystujemy.
Tym bardziej to zastanawia, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w życiu nie jest tylko fajnie i miło, ale czasami też niemiło...
- Powiedziałabym nawet, że rzadko bywa miło (śmiech). To kwestia doświadczeń i wiary w człowieka. Kiedy się np. czyta Marka Edelmana, to jego słowa o tym, że człowiek z natury jest zły, wydają się wstrząsające. Ale on akurat miał prawo tak napisać. Moje doświadczenia każą mi w moc ludzkiego dobra wierzyć.
Nie wiem, czy to będzie do końca à propos. Wczoraj zerknęłam na program Kuby Wojewódzkiego, w którym prezentowano teledysk jednego z wybijających się - niekoniecznie artyzmem - ostatnio artystów, w którym kobieta rodzi demona...
- Polański zrobił o tym film lata temu. Warto umiejętnie odróżniać twórcę od tworzywa, bo inaczej możemy popaść w śmieszność.
Przenieśmy się na grunt aktorski. Ja zapamiętałam Panią głównie ze "Sztuki kochania", bo rok wcześniej była moja komunia, ale popularność przyniósł Pani serial "Rzeka kłamstwa".
- Dzisiaj jak się mówi "serial", to widzimy telenowelę i słyszymy miałkość dialogów. Wtedy serial to był niezwykły debiut, ponieważ w telewizji były tylko dwa programy i co tydzień w niedzielę ludzie oglądali ten serial. To spowodowało, że w ciągu paru tygodni stałam się znaną aktorką. Miałam wiele szczęścia. To był serial robiony tak, jak się robi film kostiumowy. Dzisiaj nie ma już takich produkcji i reżyserów, jakim był Jan Łomnicki. Nie ma już takiego rozmachu i ambicji. To było przedsięwzięcie z dużym rozmachem. Potem "Papierowe małżeństwo" było filmem kasowym. To nowe pojęcie w tamtych czasach. Po roku 1989 zaczęto mówić o prawach rynku. Sztuka zaczęła być traktowana jak produkt i tak jest do dziś.
To znaczy, że wcześniej robiło się sztukę dla sztuki, a teraz robi się sztukę dla pieniędzy?
- Chcę przez to powiedzieć, że sztuka wymaga mecenatu państwa. Nie jest towarem na rynku, nie można położyć jej na półce razem z marchewką i pietruszką. I jeśli tego nie zrozumiemy, to za chwilę wyrośnie kalekie pokolenie, wychowane na miałkości telewizji. Pozbawione poczucia estetyki, nieznajdujące potrzeby obcowania z pięknem, uznające muzykę, malarstwo za zbędne w ich życiu. Będą być może znali język chiński, ale zawisną w kulturowej próżni. To jest groźne. Państwo, które nie docenia roli kultury i sztuki, to liche państwo.
W 1993 roku była zdobyła Pani Złotą Kaczkę.
- To miłe, choć dziś już nie tak ważne dla mnie jak wtedy.
Jak to? To nie ważne, tamto nie ważne, tego nie chce Pani gonić, z tym nie chce się ścigać...
- Myślę o swoim zawodzie jak o drodze. Ważne jest, aby lubić swój zawód, aby był on naszą pasją. Bo tylko wtedy chcemy na nowo go poznawać, zgłębiać wiedzę o nim, doskonalić się. To jest praca rozłożona na całe życie. I na tej drodze nawet najwybitniejszym aktorom zdarzają się sukcesy i porażki, uniesienia i wątpliwości. Ale warto nie zapominać, że - jak każda praca - ma ona komuś służyć. Toteż te wszystkie złote i kryształowe laury są przyjemne, ale największym wyróżnieniem i dowodem uznania jest sala wypełniona publicznością. To, że kiedy jadę w różne zakątki Polski ze swoim "Żarcikiem à propos", ludzie zechcą kupić bilet, żeby spotkać się ze mną.
Przepraszam za tę sztampę - co jest najważniejsze w życiu oprócz napotkanych ludzi?
- W życiu najważniejsze jest życie. Po prostu. Każda kobieta to wie. Ta, która powołała do życia nowego człowieka, i ta, która cierpi z tego powodu, że nie jest to jej udziałem. Życie jest cudem w wielu wymiarach. Żyjemy w czasach zdominowanych przez ekonomię i ona narzuca bardzo racjonalne spojrzenie na codzienność. Chce się nam wcisnąć różne towary, a co za tym idzie - manipuluje się światem wartości. Dziś nie wolno być starym, szkoda tracić czas na pochylanie się nad czyjąś słabością. Dużo egoizmu wkradło się w teraźniejszość. Wydaje mi się, że największą zdobyczą człowieka jest jego duchowość. To z niej rodzi się wielka sztuka. A na duchowość składa się niepowierzchowne doświadczanie codzienności. Z jej wszystkimi radościami, ale i nużącą powtarzalnością. Z tragediami i rozczarowaniami. Nie ma jednej sprawdzonej drogi na udane życie. Każdy z nas jest wyjątkowy i warto o tym pamiętać. Każdy ma szansę być odkrywcą i zdobywcą następnego dnia. A jeśli jeszcze umiemy się tym podzielić z innymi, to możemy być pewni, że nasz chwilowy pobyt tutaj ma sens.
Fot. KAPiF 
|