 Można skakać z kwiatka na kwiatek, można prowadzić życie singla. Jednak to związek nadaje życiu sens. Ważne, by dawał miejsce na niezależność, bo wolność powinna być atrybutem każdej sfery codzienności. Z miłością i partnerstwem na czele. A tych potrzeba każdemu, niezależnie od wieku, płci i wyobrażeń o relacjach damsko-męskich
Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Naszą tożsamość buduje wiele czynników i ról: płeć, zawód, relacje damsko-męskie, rodzicielstwo. Wszystkie są równie ważne, by odnaleźć własne ja i czuć się dobrze we własnej skórze?
- Dla mnie najważniejszy jest czynnik, który określał mnie najpierw jako dziewczynkę, później kobietę. Lubię być kobietą! Płeć jest istotna, bo to ona wciąż determinuje nasze role społeczne. O tym, że zostanę pisarką, wiedziałam dość wcześnie, choć nie od razu. Najpierw chciałam być zakonnicą, potem śpiewaczką operową, ale chociaż miałam niezły sopran, to ze słuchem było gorzej. Całe szczęście, że wcześnie zdałam sobie z tego sprawę, inaczej to byłaby męka dla mnie i dla słuchaczy. Okazało się, że umiem i lubię rysować i malować, więc poszłam do liceum plastycznego. Zdecydowanie na własne życzenie, bo moi rodzice, ludzie starsi i przedwojenni, posłali mnie do żeńskiego liceum ogólnokształcącego, wierząc, że panienka powinna odebrać taką edukację, grać na pianinie, uczyć się francuskiego. Pobyt w tej świetnej, niestety tylko żeńskiej szkole był dla mnie katorgą. W ramach totalnego buntu przestałam się uczyć i miałam powtarzać klasę, a ja zamiast tego, bez zgody i wiedzy rodziców, przeniosłam się do innej szkoły - do liceum plastycznego. Do tej pory dziwię się, jak mogłam tego dokonać. Gdy rodziciele, po kilku miesiącach kręcenia, dowiedzieli się, co "zmalowałam", ich reakcja była do przewidzenia. Środowisko artystów kojarzyło im się z rują i poróbstwem. Po rozmowie z dyrektorem przekonali się, że to elitarna, bardzo dobra szkoła, a ja byłam szczęśliwa, że dopięłam swego. Już wtedy byłam krnąbrna i na tyle silna, by w ważnych sprawach nie ulegać. Tak rodziła się moja tożsamość.
W Pani twórczości psychika zdaje się równie ważna co cielesność. Jak pogodzić te sfery, by osiągnąć wewnętrzną harmonię? To kwestia wieku, dojrzałości, świadomości?
- Wewnętrzną harmonię osiągnąć najtrudniej, zwłaszcza wtedy, gdy buzują hormony, budzi się cielesność. W moim przypadku namiętności towarzyszyły uczucia, choćby chwilowe. Dość długo szukałam tej harmonii, odrzucając sferę fizyczną. Byłam ładną i bezczelną dziewczyną, chłopcy się mną interesowali. Niestety, nikt mi się nie podobał. Moje licealne spotkania z facetami przypominały popularne dziś, szybkie randki, gdzie dwoje obcych ludzi ma się poznać w ciągu 10 minut rozmowy. Gdy dochodziło do pocałunku, uciekałam; fizyczność mnie odpychała. Taki stan trwał dość długo, długo dojrzewałam do owej harmonii. Gdy poznałam Mirka, nie miałam pojęcia, że zostanie moim mężem. Chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy, wymienialiśmy książki. Potem się rozstaliśmy, ja wyjechałam. Każde z nas prowadziło własne życie. Spotkaliśmy się po latach. Wtedy to był wybuch namiętności! Wiedziałam już, że to jest to! Mieliśmy wspólną bazę intelektualną, tę wcześniejszą, jeszcze bez seksu. Mąż twierdzi, że z jego strony od razu była namiętność, ale ponieważ nie widział w moich oczach błysku, przyczaił się i czekał. Był cierpliwy, ale i stanowczy. Byłam wówczas trochę zepsuta powodzeniem, wydawało mi się, że każdy facet powinien pocierpieć, poskamleć. W moim mężu zaimponowało mi, że zacisnął zęby, ale się do mnie nie łasił. No i już na pierwszym roku polonistyki zostałam jego żoną.
To jedynie pokazuje, że tak na gruncie ścieżki kariery, jak i relacji partnerskich, warto szukać, dopóki nie pojawi się przekonanie, że to właśnie to...
- Wyłącznie. Nie osiągnie nic ten, kto nie ma woli walki. Kiedyś ktoś zwrócił mi uwagę, że muszę być waleczną kobietą, bo zawsze mam podciągnięte rękawy. Strasznie mi się to spodobało. Nigdy nie patrzyłam na siebie w ten sposób, to spostrzeżenie było niezwykle trafne. Wolę walki zawsze miałam i nie straciłam jej do dziś. Kobiety często tracą waleczną tożsamość, gdy pojawia się mąż i dziecko.
Jak ważne jest dla kobiety spełnienie poza rolą żony i matki? Dążenie do rozwoju zawodowego to sprawa indywidualna czy uniwersalna potrzeba?
- Kobiety, przytłoczone domowymi obowiązkami, wychowywaniem dzieci, często rezygnują z innych rzeczy, przyjmują role żony, matki, gospodyni. Poświęcają się. To okropne określenie. Jeżeli czują się w tym spełnione i znajdują szczęście, to w porządku, nie muszą się poświęcać. Wtedy ich role są warte tyle ile doktorat innych kobiet, które nie zrezygnowały z pasji, pracy, kariery na rzecz rodziny. Gorzej jeśli są tym zdołowane i samotne w kieracie domowym. Brak integracji między tym, co się robi, a tym, co chciałoby się robić, nie prowadzi do niczego dobrego. Z drugiej strony, znam wiele kobiet, które są bardzo zadowolone, że postawiły wyłącznie na dom i rodzinę. Dopóki nie zdarzy się coś, co zaburzy to szczęście: mąż umrze lub odejdzie, a żona zostanie bez pracy i środków. Ściągalność alimentów w Polsce to w porywach 12 proc. Dlatego tak ważna jest dla mnie niezależność. Kobieta w małżeństwie musi mieć swoją kasę, pracę i niezależność. W tym sensie trzeba prowadzić życie wspólne, a zarazem oddzielne. Wtedy kobieta, nawet jeżeli cierpi, będzie wygrana, bo ma czym zająć myśli, musi wyjść do ludzi, ubrać się, zrobić makijaż, jakoś wyglądać. To wielka wartość. Inaczej życie zamienia się w wegetację. Dlatego na zarzut, że buntuję kobiety, odpowiadam: "Tak, ale zawsze w dobrej wierze". Napatrzyłam się dość na nieszczęśliwe i opuszczone żony.
Ja bardzo chciałam mieć dziecko, ale przez cztery lata się nie udawało, nawet podejrzewałam, że jestem bezpłodna. Wiadomość o ciąży była dla mnie cudem, więc już na wejściu macierzyństwo było pozytywnym szokiem. Nie miałam nawet depresji poporodowej. Dziecko było tak wyczekiwane! Gdy syn się urodził, postanowiłam wychowywać go sama, bez pomocy mojej matki. Spędziłam cztery lata w domu. To były piękne, ale i najtrudniejsze lata. Mąż robił doktorat, a ja siedziałam cały czas z dzieckiem. Czułam się samotna i opuszczona, ale nawet wtedy byłam twórcza. Mimo że kosztowało mnie to sporo wysiłku, przygotowałam wystawę swoich rysunków piórkiem i obrazów. Wtedy też zaczęłam pisać dzienniki i prozę.
Współczesna kobieta nadal ma o co walczyć w XXI wieku, gdy feminizm nie ma już takiej mocy jak w okresie emancypacji?
- U nas najlepiej odnalazły się kobiety, które po wejściu do Europy stanęły na czele firm rodzinnych. W korporacjach, dużych instytucjach publicznych kobieta, żeby zostać szefem, musi być 10 razy lepsza od mężczyzny, a i tak nie ma pewności, czy dostanie szansę. Największy problem jest z kobietami, które przebiły szklany sufit - pułap, którego kobieta na drodze kariery zwykle nie może przejść, bo rozbija sobie głowę. Kobiety, którym się udało, mówią, że nic nie stało im na drodze, że nie czuły się dyskryminowane, że same dały sobie radę, że nie potrzeba parytetów. Widzą tylko czubek własnego nosa, nie myślą o dyskryminacji innych kobiet, która jest faktem. Cały czas jest dużo kobiet, które chcą, a nie mogą. Feminizm, mówiący ludzkim językiem, ma w Polsce jeszcze wiele do zrobienia.
Wiele kobiet jest odpowiednikiem współczesnej Fausty, bohaterki Pani powieści, która za wszelką cenę chce przedłużyć młodość. Skąd tak częste dążenie do maskowania wieku i oszukania natury?
- Zjawisko, o którym piszę w powieści "Fausta", jest dość powszechne. Kobiety coraz częściej nie mogą pogodzić się z upływem czasu i sięgają po różne - w zależności od mentalności oraz zasobności konta - środki, żeby oszukać czas. Średnia wieku kobiet w naszym kraju wzrosła do 82 lat, i będzie rosła. Kobiety niechętnie myślą o drugiej połowie życia. Rozumiem to, też tego nie chcę, ale zachowuję witalność i młodość przez twórcze życie. Mniej interesuje mnie kolejna zmarszczka na czole. Te fizyczne objawy starości są, ale to pejzaż mojej twarzy, część mnie, której nie chcę zmieniać. Pewnie, wolałabym wyglądać lepiej niż gorzej - kto nie woli - ale zmiany fizyczne nie są dla mnie problemem. Mam dobry zawód, pisarka może być stara. Dlatego druga bohaterka, Bogna - powieściopisarka, jest mi zdecydowanie bliższa niż Fausta. Bogna dba o siebie, tak samo jak ja używa kosmetyków, chodzi na masaże, kupuje dobre ciuchy, zawsze z rabatem! Z Faustą niewiele mam wspólnego, ale ciągle takie Fausty obserwuję, widzę, że robią sobie krzywdę. Cóż, wolna wola. Aktorki zamykają sobie drogę do kariery, bo tracą mimikę. Nicole Kidman, którą ogłaszano następczynią Meryl Streep, po operacjach plastycznych nie dostanie dobrej roli, nikt jej nie obsadzi, bo ma drewnianą twarz. Nie mówię o botoksie, to ludzie traktują jak wizytę u dentysty. Samo dążenie, żeby dobrze wyglądać, jest godne poparcia i podziwu...
...ale są pewne granice, bo ingerując w naturę, jedynie oszukujemy same siebie. Metryki się nie da.
- To prawda. Większość kobiet liftinguje się, odsysa tłuszcz i zamawia silikonowe piersi z myślą o swoich mężczyznach. To efekt wciąż obecnego patriarchatu i przekonania, że panu trzeba się podobać.
Pytanie, czy mężczyznom podobają się sztuczne twory.
- No właśnie. Mężczyzna, któremu podobają się młode kobiety, nie zostanie ze starszą, nawet jeśli ta zafunduje sobie pięć operacji plastycznych. On już jej w ogóle nie widzi. Z tym się nie wygra. Facet i tak odejdzie do młodszej, dlatego nie warto tego robić dla niego. Jeśli już, to dla siebie. I wybierać dobrego chirurga.
I wracamy do tego, że najważniejsze jest własne ja. Akceptacja własnego odbicia w lustrze wynika z dojrzałego podejścia do upływu czasu, jakie dokonuje się w psychice.
- Tak, tu znowu kluczowa jest wewnętrzna harmonia. Trzeba pogodzić się z cielesnymi zmianami, jakie zachodzą w nas z wiekiem. Sama jestem kobietą i wiem, że to trudne. Dla mnie to akurat nie problem, jestem pisarką, nie aktorką, mam silną psychikę. Radzę sobie w zawodzie, od 30 lat jestem obecna na rynku książki, mam męża, który jest dla mnie oparciem, mimo kryzysów i kłótni. To miłość powoduje, że jednego dnia jesteśmy na siebie wściekli, a nazajutrz czuli. To niesamowite usłyszeć po 40 latach małżeństwa, gdy budzę się bez makijażu, że mam piękną cerę. Po co mam robić zabieg, po którym nie będę mogła śmiać się razem z moim mężem? Świetnie jest móc się wspólnie starzeć, zwłaszcza że jesteśmy w tym samym wieku, co jest bardzo dobre dla kobiety. Zauważyłam, że te, które wychodzą za dużo starszych od siebie mężczyzn, tracą energię i szybciej się starzeją. Nie chcę oceniać takich małżeństw negatywnie, to jedna z wielu możliwych formuł, która daje takie same szanse na szczęście i udany związek.
Pisze Pani, że dziewczyna, kobieta dojrzała i staruszka tak samo tęsknią za miłością i mogą jej doświadczyć na każdym etapie życia. Czy zatem wiek może być kiedykolwiek barierą dla miłości?
- Każdy związek, a zwłaszcza małżeństwo, które jest jego najtrwalszą formą, to długotrwały, złożony proces. To, co dostaliśmy na starcie, przysięgając przed urzędnikiem albo przed ołtarzem, nigdy nie jest takie na zawsze. O małżeństwo trzeba walczyć tak samo jak o demokrację. Początkowa faza namiętności mija, zastępowana przez czułość. Dziś, tak samo jak można przedłużyć młodość, stosując Viagrę, można przedłużyć życie seksualne, ale to też jest podpórka, której niektóre kobiety wcale nie chcą. Otwarcie przyznają, że cieszą się, że seks w ich małżeństwie wygasł, bo wreszcie nie muszą udawać, że boli je głowa. Nigdy nie dostałam tylu listów i słów poparcia, jak po wypowiedzi w telewizji, że seks jest przereklamowany. Czasem po wielu latach wystarczy się przytulić. Związek ewoluuje, ale nie może w nim zabraknąć uczucia, mimo że przybiera ono inne formy wyrazu. Byłam kiedyś, dla potrzeb scenariusza, w domu spokojnej starości. To było niezwykle ciekawe i budujące, bo oprócz osób leżących, wymagających stałej opieki, albo, jak to nazywam, sufitujących, bez kontaktu z rzeczywistością, były staruszki, które malowały paznokcie, wkładały białe kołnierzyki i stroiły się na ogrodową randkę. To mi uświadomiło, że licealistka i kobieta na "wiecznej" emeryturze tak samo chce się podobać.
Oprócz relacji opartych na miłości, nieważne od którego wejrzenia, jest jeszcze masa związków, przypominających transakcje albo układy, tzw. małżeństwa z rozsądku. Wierzy Pani, że takie związki też mogą być udane?
- Myślę, że tak. Co więcej, taki kontrakt jest potrzebny nawet w związku, w którym nie brakuje miłości. Podobnie zdrowy rozsądek. W książce "Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę" piszę, że jeśli miłość jest ślepa, to niech będzie ślepa na jedno oko. Drugie musi zachować czujność. Wtedy wystrzegamy się wielu rzeczy, które mogą wyjść po ślubie.
Taka kontrola nie przekreśla zaufania, które jest fundamentem związku?
- Faktycznie, z kontrolą trzeba uważać, bo łatwo można przesadzić. Powinna być szyta raczej jedwabną nitką niż grubymi nićmi. Ważne też, by partnerzy kontrolowali się w równym stopniu, bo zbyt często brak zaufania jednego z partnerów prowadzi do upokorzenia drugiej strony. Dotyczy to obu płci. Najgorzej, gdy robią to publicznie. Wielokrotnie byłam świadkiem takiej zabawy w "dosolić gościom", niczym wyjętej ze sztuki "Kto się boi Virginii Woolf". Szpile wbijane sobie nawzajem przez małżonków w obecności gości są nie do zniesienia towarzysko. Wobec takich związków nie waham się użyć określenia "toksyczne". Upokorzenia zatruwają związek i prowadzą do rozwodu, co w tym przypadku jest sensownym rozwiązaniem. Dziwię się ludziom, którzy trwają w związkach, mimo deptanej godności.
Najnowsze, rozszerzone wydanie książki "Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę" ma podtytuł "Nowe spojrzenie". Do jakich refleksji skłania to nowe spojrzenie na relacje damsko-męskie?
- Świat tak się zmienił od ostatniego wydania, że ta uwspółcześniona książka jest prawie dwa razy grubsza. Dopisałam mnóstwo obserwacji na temat nowych, coraz powszechniejszych zjawisk. Pojawili się single, mamy związki gejowskie, ludzie umawiają się na randki internetowe, szerzy się pornografia w sieci. To duży problem, bo czy współżycie wirtualne przed monitorem można uznać za zdradę? Takie praktyki wypaczają prawdziwe relacje, bo mężczyzna traci ochotę na kontakt z żoną, która nie ma wymiarów 95x50x80. Coraz popularniejsze są konkubinaty i małżeństwa mieszkające oddzielnie, nawet w innych krajach. Trójkąty zawsze były, ale teraz są już wielokąty! Kluby seksualne, gdzie można wymieniać się partnerami. Dużo nowości wkroczyło w sferę relacji damsko-męskich. To nam uświadamia, jak wiele jest możliwych kierunków budowania związków i nowych zagrożeń dla nich.
Czy w zmieniającej się rzeczywistości, niekoniecznie na lepsze, czasach liberalizmu moralnego i coraz większej akceptacji społecznej dla różnych modeli partnerstwa tradycyjny model rodziny staje się przeżytkiem?
- Sądzę, że zbyt wielu ludzi dąży do założenia rodziny w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, żeby miała być przeżytkiem. Przewiduję wręcz powrót do trwałego związku. Dlaczego? Obserwuję wśród znajomych wiele singielek po 30., które mówią, że dokonały takiego wyboru po tym jak - nazwijmy to brutalnie - przejrzały ofertę rynkową i nie znalazły nikogo odpowiedniego. Gdyby jednak znalazł się ktoś, kto sięgnie wysoko ustawionej poprzeczki...
...może za wysoko...
- Może. I dlatego, że są zarozumiałe, nie mogą nikogo znaleźć. A ja w książce "Jak zdobyć..." piszę: "Jak nie ma księcia, bierz księgowego". Czasem porządny facet jest w zasięgu wzroku, tyle że niezauważany. Nie chcę tego trywializować, ale rzeczywiście poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko. Ponadto kobiety boją się nieszczęścia, wolą uniknąć błędów rodziców i innych obserwowanych par. Większość jednak dąży do tego, by być w stałym, sformalizowanym związku. Często stawiają mężczyzn w sytuacji "albo albo". Jeśli chcesz ze mną być, musisz wziąć ze mną ślub. I biorą. A potem bywają szczęśliwi.
Łatwiej dziś zdobyć czy porzucić?
- Myślę, że zdobyć, bo porzucać jest bardzo trudno. A utrzymać związek jeszcze trudniej. Zależy jeszcze, kogo zdobywamy, bo byle kogo w prosty sposób można zdobyć przy pomocy paru chwytów, ale kogoś, kogo naprawdę się pragnie, już znacznie trudniej.
Gdy już się uda, jak zadbać, by nie wygasło domowe ognisko i nie wypaliły się uczucia?
- Niestety, nie ma uniwersalnej rady. Napisałam na ten temat kilka książek, mnóstwo felietonów i... nie wiem. Nikt nie ma takiej recepty, bo ludzie tak bardzo się różnią i tak różnych rzeczy potrzebują, że sami muszą wypracować własną receptę na szczęście. Natomiast jest parę prawd, które składają się na udany związek. Można się kłócić, ale nigdy nie wolno deptać godności drugiej połówki. Trzeba mieć duże poczucie humoru. To naprawdę pomaga. Nic nie rozładowuje napięcia i sytuacji, które mogłyby doprowadzić do kłótni, tak, jak wspólny śmiech. Na związek trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Jak już dojdzie do kłótni, nie mówmy rzeczy nieodwracalnych, wiedząc, że dotkną partnera lub partnerkę do żywego. Nie warto też kłócić się o pieniądze. Zarówno kobiece pretensje, że mąż za mało zarabia, jak i mężowskie zarzuty typu: "Ja haruję, a ty siedzisz w domu i nic nie robisz", są nie do przyjęcia.
Może chociaż po latach analiz kobieca natura nie jest dla Pani tajemnicą?
- Nie tylko nie przejrzałam innych kobiet, ale sama jestem dla siebie tajemnicą. I ta nieprzewidywalność jest inspirująca.
W takim razie o poznanie mężczyzny nawet nie pytam, bo to już zupełnie inny świat. Pewnie nawet po 40 latach małżeństwa z tym samym mężczyzną nie brakuje niespodzianek.
- I dlatego w małżeństwie, jak w polityce, trzeba mieć swój gabinet cieni. Kobieta powinna mieć w zanadrzu kilku adoratorów, gotowych zająć miejsce męża w razie rozpadu małżeństwa. Oczywiście nie musi z tego korzystać, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi się zabezpieczyć.
Strasznie to wyrachowane...
- Tak, ale słuszne! Proszę mi wierzyć, że to kobiecie dobrze robi. Jestem przekonana, że mojemu małżeństwu służą ciągnące się za mną zadawnione historie damsko-męskie. Raz na spotkaniu promocyjnym pojawił się dawny wielbiciel z bukietem, albo znów innym razem przychodzi liścik, mail od znajomego sprzed lat. Kiedyś mnie to irytowało, teraz myślę, że to świetna sprawa, bo mój mąż to zauważa.
I ma się na baczności. Jak jest z zazdrością w związkach? Jest regułą?
- Tak, można sobie wmawiać, że nas to nie dotyczy, ale zazdrość istnieje. Osobiście nie miałabym takich pretensji o zdradę cielesną, jak o brak lojalności, zdradzania małżeńskich tajemnic "tej trzeciej". To lojalność jest fundamentem związku. I mam na myśli właśnie lojalność, a nie wierność w powszechnym rozumieniu, bo czasem spacer z kimś znaczy więcej niż skok w bok.
Co bardziej scala związek: kłótnia czy słynne ciche dni?
- Zdecydowanie kłótnia. Ciche dni niczego nie naprawiają. Sama stosowałam tę metodę przez lata i dziś wiem, że się nie sprawdza. Dla mężczyzny nie są żadną karą. On wtedy zamyka się, ogląda mecz, pije piwo i ma święty spokój. Na ogół zapomina, o co chodziło! Męska pamięć jest krótka. Takie przeczekanie nie wyjaśnia problemu. Ten najlepiej załatwia rozmowa, ale jeśli jedna strona jest niechętna, to trzeba pokrzyczeć. Trudno.
A co najbardziej zakłóca męsko-damską komunikację?
- Może Panią zaskoczę, ale uważam, że porozumienie na wszystkich polach jest nie tylko niemożliwe, ale też niepotrzebne. Zbyt mocno się różnimy, co nie stoi na przeszkodzie, żeby się kochać, być dla siebie czułym, ale przy tym szanować swoją odrębność i własne zdanie. Każdy potrzebuje w związku odrobiny samotności, kącika, w którym jedno może się schować przed drugim. To też potrzebne, siedzenie w jednej klatce jak papużki nierozłączki byłoby straszne. Oprócz wspólnego towarzystwa trzeba mieć własnych przyjaciół. Często dostaję zaproszenia na różne imprezy, ale decydujemy się z mężem zostać w domu. Jeżeli mąż woli moje towarzystwo, a ja jego, od wyjścia i rozrywek, to uważam to za pełen sukces.
W swojej twórczości zagląda Pani ludziom w głąb psychiki, a nawet do sypialni. Czy dla twórcy istnieje jakieś tabu? Są tematy, z którymi by się Pani nie zmierzyła?
- Tabu nie istnieje. W książkach poradnikowych czy publicystycznych, skierowanych do masowego czytelnika, poruszam różne tematy, ale sama wyznaczam sobie wewnętrzne granice, których nie chcę przekraczać. W powieści albo dramacie nic mnie nie ogranicza.
W swoim dorobku ma Pani książkę "Wychowanie seksualne dla klasy wyższej, średniej i niższej". Czy Polaków cały czas trzeba edukować w "tych sprawach"?
- Coraz bardziej. Właśnie dlatego, że jest coraz więcej możliwości i zagrożeń, jakie niesie wspomniany już Internet - jednocześnie wspaniały i potworny, bo można z niego brać to co dobre, ale i to co złe. Zbyt wcześnie dzieci wchodzą dziś w "te sprawy", wiedzą, co do czego służy, nastolatki oglądają twardą pornografię i myślą, że wszystko da się wcielić w życie. Dlatego edukacja seksualna jest niezbędna. Już od przedszkola. Oczywiście na odpowiednim poziomie, selekcja treści jest niezbędna, ale dzieci powinny wiedzieć, że nie każdy dotyk jest dobry. Kiedyś dzieci straszyło się obcymi, a dziś, gdy problem pedofilii narasta, rodzice obojętnieją. W moim "Wychowaniu seksualnym...", będącym swego rodzaju żartem, nie ma barier. Cytuję w nim nawet fragmenty pornografii, której w literaturze wielkich pisarzy i poetów nie brakuje, żeby pokazać, że porno to nic nowego pod słońcem, jednak kiedyś korzystali z tego dorośli.
Co skłania pisarza do odejścia od fikcji, poradników, publicystyki w kierunku osobistych wyznań, wręczonych czytelnikowi w formie dzienników, wspomnień, czy tak osobistego zapisu zmagań z chorobą nowotworową, jak "Lewa, wspomnienie prawej"?
- Dzienniki pisałam jeszcze zanim zaczęłam pisać prozę, ale książka, o której Pani mówi, jest wyjątkowo intymna. Choroba weszła tak mocno w moje życie, że wyskoczyła z ram pisanego od 40 lat dziennika. Nagła diagnoza zachwiała podstawami mojego życia i małżeństwa, bo nie wiedziałam, co będzie dalej. Miałam wtedy taki wstręt do fikcji, że nie potrafiłam napisać powieści na prośbę wydawcy. Po kilku felietonach o chorobie zostałam zasypana listami, kobiety zaczęły traktować mnie jak guru. Wcale tego nie chciałam. Cierpiałam tak samo jak inne kobiety zmagające się z rakiem, nie było w tym nic nadzwyczajnego, a napisałam o tym, bo byłam tak samo głupia jak one, że się nie badałam. Jednak widząc, jak ważne dla kobiet są te krótkie zapisy moich doświadczeń, postanowiłam opublikować dziennik z czasu choroby, choć od kolegów pisarzy, a zwłaszcza pisarek, dostało mi się za ekshibicjonizm. Okazało się jednak, że ta książka była bardzo potrzebna. Wiele kobiet z tego skorzystało. Nie żałuję, że opublikowałam ten dziennik.
Pani też pisanie pomogło w tym trudnym okresie zmagań z nowotworem?
- Bardzo. Co więcej, radziłam chorym kobietom, żeby też prowadziły zapisy, notatki. Taki dokument to wielkie wsparcie, gdy wyjdzie się z choroby. Dla innych, ale i dla siebie, bo pokazuje, że wszystko jest do przejścia. W chorobie prowadziłam bardzo intensywne życie: pisałam, w peruce chodziłam do telewizji, udzielałam się. To był dla mnie punkt honoru, żeby - mimo fatalnej kondycji - nie zaniedbać aktywności. Były też dni, gdy mogłam tylko leżeć i płakać, ale i to przetrwałam, bo miałam wolę walki.
A co daje siłę do tej walki?
- My tego nie wiemy, to niezbadane. Nie sądziłam, że w ciężkim okresie chemioterapii można mieć taki przypływ sił. Wiele kobiet tuż po diagnozie pyta mnie, skąd będą miały siłę. Mówię im, że albo będą miały siłę, albo umrą. A ta siła sama do nich zapuka, trzeba się podnieść i jej otworzyć.
Wiele słyszy się o przewartościowaniu życia, jakiego dokonuje choroba. Jak było w Pani przypadku? Zgodzi się Pani, że tak ciężkie doświadczenia uświadamiają prawdziwość banalnego z pozoru stwierdzenia, że warto żyć?
- Tak. Zawsze szukałam sensu życia, a po tym doświadczeniu uświadomiłam sobie, że nie trzeba go szukać, bo on tkwi w samym życiu. Od czasu choroby jestem spokojniejsza, mam mniej depresyjnych nastrojów. Choroba - oprócz przykrych spraw, które niesie - daje nadzwyczajną wolność, poczucie, że już nic nie muszę.
Felietony pokazują, że jest Pani uważną obserwatorką nie tylko zjawisk społecznych i sfery psyche, lecz także bieżących wydarzeń politycznych. Nie kusiło Panią, by zmienić perspektywę i poznać politykę od środka?
- Miałam trzy propozycje startu w wyborach: do Parlamentu Europejskiego, Sejmu i Senatu. Wszystkie odrzuciłam, bo straciłabym dla siebie wiarygodność. Poza tym nigdy nie zaakceptowałabym dyscypliny partyjnej. Takie podporządkowanie jest dla mnie nie do przyjęcia w każdej dziedzinie. Jako pisarka złośliwym felietonem mogę więcej niż jako jedna z owieczek zasiadających w ławach poselskich. Słowne przepychanki polityków mnie bawią i są wdzięcznym materiałem dla pióra.
W ostatnim felietonie pisze Pani o kondukcie pogrzebowym zarówno na lewicy, jak i opozycyjnej prawicy. Nie za wcześnie, by grzebać tak poważnych graczy?
- Takie prawo felietonisty, którego niesie język. W śmiesznej, zwięzłej formie stawiam w gruncie rzeczy poważną diagnozę, że ani prawica, ani lewica nie wywiązują się ze swoich zadań. Polskie życie polityczne przypomina magmę. Rząd rządzi, opozycja pączkuje, ale to wszystko jest mało ważne, dopóki gospodarka jako tako się trzyma, a my razem z nią. Bez względu na rządy, najważniejsze, by właściwy człowiek zasiadał na stanowisku ministra finansów. Na szczęście dotychczas byli oni wykształceni i nie pogrążyli gospodarki.
Kobieta na stanowisku marszałka, coraz bardziej kobieco w resortach... Idzie ku dobremu, na Pani feministyczne oko?
- Wciąż nie jest najlepiej, ale pierwsze jaskółki są. Choć niezmiennie powtarzam, że łatwiej kobiecie zostać królową niż szefową banku.
Mężczyzna to dobry wzorzec, żeby uczyć się niezależności?
- Tak. Niezależności i bezwzględności. Kobiety są zbyt uległe, a mężczyzna jest tak skonstruowany, że w sposób bezwzględny dochodzi do celu. W seksie i poza seksem.
No i mamy klamrę.
Fot. Wawrzyniec Kofta (3), Konrad Kloch (3) 






|