 Współczesny muzyk z XIX-wieczną duszą. Człowiek orkiestra, który nie przepuści żadnej okazji, jeśli tylko będzie mógł rozwinąć skrzydła i stanąć przed nowym wyzwaniem. Prywatnie ceni relacje z ludźmi twarzą w twarz, odrzuca te, w których pośredniczy szklany ekran. Brawurowo dyryguje orkiestrą i swoim życiem
Rozmawia EWA DERLATKA
Chciałabym porozmawiać z Tobą o przyjaźni. Zjednujesz wokół siebie dużo ludzi, ale czy masz wielu przyjaciół?
- Przyjaciel to ktoś, komu można bezgranicznie zaufać. Nie jestem osobą, która mogłaby się pochwalić dużą liczbą przyjaciół. To wyjątkowe słowo i wyjątkowa relacja. Jeśli ktoś mówi, że ma wielu przyjaciół, to ja w to nie wierzę. Nad przyjaźnią trzeba pracować, pielęgnować ją. Nie można mieć pięciuset przyjaciół, choć w dobie portali społecznościowych niektórzy tak twierdzą. Mam natomiast bardzo wielu znajomych, głównie dzięki swojej pracy. Niestety, mam słabą pamięć do twarzy i imion, więc czasami nie pamiętam, że kiedyś kogoś poznałem, albo w jakich okolicznościach. Zdarza się, że podchodzą do mnie ludzie i mówią, że kiedyś się poznaliśmy, a ja rozpaczliwie wytężam umysł. Bywa też i tak, że niektórym ludziom z racji tego, że znają mnie z telewizji, wydaje się, że znają mnie naprawdę. Pocieszam się, że wielu znajomych z branży przeżywa podobne rozterki.
Myślisz, że dzisiaj łatwo nawiązać przyjaźń?
- Niestety nie. O przyjaźń jest dziś bardzo trudno. Myślę, że ludzie są dziś często mocno interesowni i mili tylko wtedy, kiedy chcą coś załatwić, kiedy potrzebują tej drugiej osoby do osiągnięcia jakiegoś celu. Bardzo mało jest czystych i bezinteresownych kontaktów międzyludzkich i ubolewam nad tym, bo to nas od siebie oddala, odczłowiecza. Zmienia nas codzienna gonitwa za tym, co bardziej namacalne. Mamy zdecydowanie mniej czasu dla siebie. Ale przyjaźń potrafi być bardziej trwała niż miłość. Osobiście bardziej wierzę w przyjaźń do grobowej deski niż w miłość do grobowej deski. Dobry związek to przede wszystkim związek dwojga przyjaciół.
Lepiej jest kochać, czy się przyjaźnić?
- Nie da się o tym mówić w kategoriach lepiej, gorzej. Natomiast, aby związek mógł dłużej przetrwać, potrzebna jest przyjaźń. Taki stan nie prowadzi do skrajnych emocji i takie uczucie jest zwyczajnie zdrowsze. Przyjaźń jest trwalsza, bo nie ma w niej, a przynajmniej nie powinno być, zazdrości.
Czym spowodowane jest to oddalanie się ludzi od siebie?
- Dawne relacje wyparła głównie technologia - Internet, telewizja. Wolimy porozumiewać się drogą elektroniczną, niż spotkać się i porozmawiać. Nowe technologie w wielu sprawach zawodowych są bardzo pomocne - sam jestem ich zwolennikiem i do tego gadżeciarzem technologicznym, ale nie popieram wirtualnych znajomości. Uciekamy w samotność, a tym samym odbieramy sobie preteksty do nawiązania znajomości i poznania drugiej osoby. Tęsknię za dawną tradycją tzw. domów otwartych. Od jakiegoś czasu wspólnie z moją narzeczoną Dorotą staramy się taki właśnie dom prowadzić, dom, do którego po prostu się wpada. Na szybką kawę, na miłą pogawędkę, na wspólne pieczenie ciasteczek przed świętami. Wszyscy jesteśmy dla siebie. Uważam, że taki styl życia był piękny, chociażby w czasach Młodej Polski czy wcześniej w romantyzmie. Dziś nie ma już dawnej tradycji cyklicznych spotkań ludzi z podobnych środowisk w celu pogadania o nowych książkach, filmach, o tym, co nas ostatnio urzekło. A jeśli już coś takiego się zdarza, to są to wyjątki. Moje pokolenie i młodsze żyją dziś bardzo szybko, bo jakoś dziwnie szkoda nam czasu.
Jest w Tobie coś z innej epoki?
- Rzeczywiście czasami wydaje mi się, że urodziłem się gdzieś w pierwszej połowie XIX wieku. Pomijając styl życia, ideały - również muzycznie - tamten czas jest mi dość bliski. Kiedyś, zaczynając studia, otrzymałem zadanie od profesora, aby napisać utwór w estetyce Chopina i nie dość, że napisałem go błyskawicznie, to przyszło mi to zupełnie naturalnie. Tak, jakbym od lat drobiazgowo studiował kompozycje Chopina, czego nigdy nie robiłem. Ciekaw jestem, co by powiedział na to sam Chopin.
Zastanawiam się czy ludzie nie spotykają się po to, aby pofilozofować "dla sportu", aby się pokazać...
- Bardzo nie lubię udawanych relacji. Ani zawodowych, ani prywatnych. Życie jest za krótkie, aby w tej materii człowiek musiał udawać. Lepiej jest poświęcić czas tym, którzy są nam naprawdę bliscy, niż rozdrabniać się i chcieć być przyjacielem wszystkich. Moje pokolenie jest dość często sfrustrowane i myślę, że trochę udziela nam się to, co przeżyli nasi rodzice. Zmiany ustrojowe były bardzo drastyczne. Jeszcze przynajmniej jedno pokolenie będzie nosiło ten ciężar, choć wielu wydawało się, że z rokiem 1989 w mgnieniu oka staniemy się innymi ludźmi. Ale powoli się wydobywamy i dołączamy do reszty świata. Żyjemy w bardzo specyficznym kraju. Polacy kojarzeni są na świecie jako zdolni, ale wiecznie narzekający. Zastanawiam się często, z czego to wynika. Bo z jednej strony jesteśmy bardzo gościnni, pogodni, lubimy biesiadować, poznawać ludzi, a za chwilę przychodzi skrajne czarnowidztwo, że wszystko się zawali.
Czy Ty łatwo dajesz się zdemaskować? Raz piszą, że jesteś człowiekiem, co do którego ma się wrażenie, jakby się go znało od dawna, raz, że jesteś bardzo niedostępny...
- Obie opinie, mimo pozornej sprzeczności, dobrze mnie opisuj, więc ja nie wiem, kiedy jestem niedostępny, a kiedy wręcz przeciwnie. Przyznaję, że jestem "skorupiakiem". Czasami duszę emocje, czego zresztą w sobie nie lubię. Okazywanie emocji jest przez wielu facetów uważane za oznakę słabości, ale aż tak skrajnym przypadkiem nie jestem.
Dzięki swojej pracy poznałeś wiele ciekawych osób. Z wieloma miałeś przyjemność pracować. Co dali Ci ludzie, których spotkałeś?
- To była wielka nauka obcowania ze wspaniałymi osobowościami, chociażby w kwestii różnego podejścia do tych samych tematów, nie tylko zawodowych, ale także życiowych. To było fascynujące, bo i artyści, z którymi miałem przyjemność pracować, byli diametralnie różni. Kilku z nich poznałem właściwie przez przypadek, np. Halinę Frąckowiak. Dostałem telefon od menadżera, który zapytał, czy zechciałbym wyprodukować muzycznie nową płytę Haliny. Kalendarz sugerował najbliższy wolny termin bodaj za pół roku, natomiast pojawił się pomysł spotkania z Haliną. Bliższe jej poznanie sprawiło, że poprzestawiałem swoje plany i wspomniana płyta niebawem powstała. Podobnie było przed kilkoma miesiącami, kiedy zadzwonił telefon i usłyszałem zapytanie, czy zechciałbym podyrygować recitalem Stinga z orkiestrą symfoniczną. Zawsze był dla mnie mistrzem, ale nigdy nie zabiegałem o możliwość poznania go, nie mówiąc o współpracy z nim, traktując to jako kompletną abstrakcję. Jedni powiedzą, że przypadki chodzą po ludziach, a inni, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Pod jakim kątem rozważasz propozycje zawodowe?
- Generalnie jestem otwarty. Propozycje analizuję przede wszystkim pod kątem czysto artystycznym, np. czy z danym projektem czegoś nowego się nauczę, czy będę w stanie wnieść coś nowego, nieprzewidywalnego, czy będę miał możliwość popracowania z kimś, kogo cenię. Jeśli czuję, że tak nie jest, wtedy trzeba grzecznie odmówić. Podobnie jeśli czuję, że jakaś przygoda artystyczna powinna się zakończyć. Tak było przed laty podczas pracy w "Tańcu z Gwiazdami". Poczułem, że zrobiłem tam wszystko, co mogłem, i kontynuacja oznaczałaby tylko zjadanie własnego ogona.
Jeśli zaś chodzi o stronę finansową czy w ogóle budżety projektów, to uwzględniając, że pracuję głównie z dużymi zespołami, nie są one bez znaczenia. Natomiast materia finansowa przy podejmowaniu decyzji zawodowych nigdy nie była u mnie pierwszoplanowa. Jeśli tak by się stało, oznaczałoby, że wpadłem w rutynę, która jest początkiem końca. Zdarzyło mi się przez te lata, od kiedy funkcjonuje moja orkiestra, rozstać zawodowo z kilkoma muzykami, ponieważ czynnik materialny wziął górę nad artystycznym. Chcę obcować i pracować z ludźmi, którzy w tej materii mają poglądy podobne do moich.
Jesteś komercyjny?
- W sensie sprzedawalny? Nigdy tak o sobie nie myślałem. Staram się podchodzić do muzyki bardzo szeroko. Z jednej strony może być to atut, z drugiej wada. Nie potrafię siebie usytuować w obrębie konkretnych gatunków czy stylistyk muzycznych. Nie wiem, czy jestem bardziej symfoniczny, czy bardziej popowy, czy może rockowo-symfoniczny. To dla mnie oczywiście nie ma żadnego znaczenia, ale publiczność raczej lubi jasne komunikaty.
Czy w Twojej pracy występuje ryzyko? Co możesz stracić?
- Tego ryzyka jest więcej niż się wszystkim wydaje. Pracując bez wytchnienia, a tak z reguły dzieje się u mnie, mogę stracić zdrowie. Podejmując błędną decyzję artystyczną, mogę stracić czas, który jest niezwykle cenny, i pewien status, na który pracowałem latami. Na ogół ludzie boją się ryzyka, ale nie podejmując go, nie idzie się do przodu. Dlatego ja staram się go nie bać i jednocześnie mądrze wybierać.
Jesteś w czepku urodzony?
- Tak. Byłem pierwszym dzieckiem i wnukiem w swoje rodzinie, i bardzo wcześnie zdradzałem swoje wielkie zamiłowanie do muzyki. Od małego wszyscy na mnie chuchali i dmuchali. Dopiero jak miałem sześć lat pojawił się mój brat. Miałem cudowne dzieciństwo i szczęście, które dopisuje mi do dzisiaj. Oczywiście podejrzewam, że temu szczęściu poniekąd pomagam, bo staram się je prowokować. Jak się tego nie robi, to można całe życie przeczekać i nic się nie wydarzy. Nie mam powodu do narzekania na los.
Muzyka jest dla Ciebie najważniejsza?
- Są takie okresy, kiedy staram się być rodzinny. Ale są też takie sytuacje, kiedy muzyka wygrywa. Zdaję sobie z tego sprawę. Nie wiem, jaki jest wynik na dzisiaj: czy jest remis, czy jeden zero, ale muzyka zdecydowanie nie odpuszcza. Staram się i nadal będę się starał to godzić. Co prawda przypomina to walkę z wiatrakami, bo muzyka to w końcu moja prawdziwa pasja, z którą ciężko się dyskutuje, i choćbym chciał, to nie potrafię odstawić jej na półkę. Mam też pewne poczucie obowiązku dzielenia się nią z innymi. Jest w naszym zawodzie coś z dobrze rozumianej misyjności. Bliski mi ideowo kompozytor Witold Lutosławski twierdził, że niepisanym obowiązkiem artystów jest dzielenie się własną sztuką z innymi. Jeżeli ktoś dostaje dar w postaci talentu w jakiejś dziedzinie, to po to, aby się nim dzielić. Poza tym uniwersalność muzyki jest zupełnie niezwykła. Ludzie poprzez muzykę oddalają się od szarej codzienności i przenoszą się w inną rzeczywistość.
Zastanawiałeś się, kim byś był bez muzyki?
- Chyba maszynistą. Poważnie. Od wczesnego dzieciństwa oprócz muzyki fascynowały mnie lokomotywy, tory, zwrotnice. I do dzisiaj jest tak, że potrafię zatrzymać się przy wystawie sklepowej i długo patrzeć na makietę kolejki. Myślę, że naprawdę mógłbym być maszynistą. Jakby co, mam plan B.
|