 Jej szlagiery "Kawiarenki", "Gondolierzy znad Wisły", "Wymyśliłam cię" są najchętniej słuchane i nucone podczas koncertów. Wciąż ma swoich wiernych fanów. Stała się im jeszcze bliższa po opublikowaniu książki "Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej"
Rozmawia ANNA BINKOWSKA
Kiedy wywiad będzie opublikowany, Pani będzie cieszyć się oczekiwanym wnukiem. Jakie to uczucie, kiedy jedyna córka zostanie niebawem mamą, a Pani babcią?
- Wcześniej nie zastanawiałam się, jak będę się czuła, kiedy zostanę babcią. Teraz, krótko przed przyjściem na świat maluszka, zaczynam odnajdywać się w nowej dla mnie roli. Jak widzę małe dzieci, mam ochotę je przytulić, pogłaskać, uśmiecham się do nich. Budzą się we mnie nowe pokłady czułości. Jestem szczęśliwa i ciekawa, jak będę reagować. Bardzo się cieszę z wnuczka. Dla mojej córki Moniki to kolejny etap rozwoju, nowa faza dorosłości. Już jakiś czas temu pytałam ją, kiedy będzie miała dziecko. Od kilku lat miała chłopaka. Odpowiadała, że ma czas, chce jeszcze pożyć. Widzę, że jest bardzo szczęśliwa, ale już w nowym związku. Pracuje w agencji reklamowej, na uniwersytecie. Robi to, co kocha, jest świetnie zorganizowana. To, że będę babcią, wcale mi nie przeszkadza w tym, że nadal mogę czuć się młodo w mojej duszy. Moje zmarszczki traktuję jako oznakę mądrości (śmiech).
Bardzo łatwo się ich pozbyć...
- Mogłabym ich nie mieć, ale nie uznaję wypełniania zmarszczek botoksem. To zatruwanie organizmu. Myślę, że w życiu jest jak w porach roku. Jesień może być piękna, kolorowa, słoneczna, tak samo każdy okres w naszym życiu ma swoje radości i smutki. One są po to, żeby nas czegoś nauczyć, pomóc zrozumieć, łatwiej zrobić kolejny krok do przodu.
Spodziewała się Pani, że po długiej nieobecności w kraju spotka się z tak fantastycznym przyjęciem, że nie zabraknie wiernych fanów?
- Na początku miałam duży dystans do mojego powrotu na rynek. Dla mediów zmieniło się pokolenie, coraz rzadziej puszczano nasze przeboje. W powrocie do polskiej publiczności bardzo pomogła mi Agnieszka Pasternak, moja menedżerka. Profesjonalnie zajęła się moją karierą, począwszy od wydania autobiograficznej książki "Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej", nagrania płyty "Małe rzeczy", kolejnej płyty świątecznej "Ponieważ znów są Święta", a skończywszy na organizowaniu koncertów, konkursów. Wydałam dwie płyty z moimi największymi przebojami, nagranymi na nowo. Jesienią trafią na półki sklepów. Na razie sprzedają się podczas koncertów.
Powrót do Polski od dawna był Pani marzeniem. Mąż, zdolny informatyk, także odnalazł się w polskiej rzeczywistości?
- Jeszcze nie do końca. Michał dostał w Ohio kolejną propozycję pracy, w Centrum Naukowym Lotnictwa Amerykańskiego. Wynalazł nowy system, który Amerykanie już wykorzystują do budowy najnowszych samolotów. Natomiast Chińczycy wykorzystali jego komputerowy wynalazek do budowy najszybszego pociągu na świecie. Ma wielką satysfakcję z tego, co robi. W swojej branży może pracować do końca życia, ale widzę, że chciałby mieć więcej luzu. Tymczasem osiem miesięcy spędza w Stanach, cztery w Polsce. Dojrzał do zamieszkania tutaj, zaczyna mu się tu coraz bardziej podobać, ale nadal ma swoją Amerykę. Zapraszam go, pokazuję mu najlepsze strony kraju. Choć w Stanach sytuacja ekonomiczna zmieniła się na niekorzyść, wiele osób dotknęło bezrobocie, to jednak ludzie są tam bardziej spokojni, optymistyczni, pozytywnie nastawieni do obcych. Uśmiechają się do siebie, a problemy rozwiązują w domu. Mają inny sposób życia, traktowania siebie. Michał wie, że w przyszłości będziemy żyć w Polsce. Nie zamierzamy zrywać kontaktu ze Stanami. Tam mamy dom, który być może kiedyś zostanie sprzedany.
Zawsze widzę Panią pogodną, uśmiechniętą, jakby wszystkie marzenia się spełniały. Trudno uwierzyć, że była Pani kiedyś dość zagorzałą malkontentką. Skąd Pani czerpie pogodę ducha?
- Żeby ją znaleźć, trzeba chcieć dojrzeć, szukać, ćwiczyć. Kiedy w Stanach ogarniały mnie smutne myśli, zaczynałam dostrzegać dobre rzeczy. Smutki można zamknąć chmurką, z którą odpływają. Przekonałam się, że to możliwe. Stopniowo zmieniałam swoje życie z malkontenckiego na bardziej pozytywne.
Polacy nadal są malkontentami - to wynika też z naszego pochodzenia i naszej historii, ale ludzie coraz więcej się uśmiechają. Teraźniejszość daje młodemu pokoleniu coraz więcej pozytywnych szans, możliwości, wiary w życie. Zauważyłam, że starsi ludzie bardziej łagodnieją. Wierzę, że myślą reżyserujemy nasze życie. Mamy to, co chcemy mieć. Ważne są nasze marzenia. Dlaczego nie marzyć? Nawet jak jest się chorym, należy widzieć dobrą stronę choroby.
Jednak marzenia nie uwolnią od cierpienia...
- Cierpienie napawa smutkiem, ale uważam, że cokolwiek by się nie działo, należy widzieć pozytywy, które są dookoła nas. To są te "małe rzeczy" z mojej płyty. Kiedy widzi się drobiazgi, choćby takie, że zielona herbata, którą teraz piję, jest bardzo dobra, życie staje się łatwiejsze. Przekonałam się o tym nie tak dawno, kiedy poważnie zachorowałam. Wcześniej wydawało mi się, że ja nie mogę chorować. Nie dałam się chorobie. Miałam fantastycznych lekarzy, ale też bardzo wierzyłam, że wyzdrowieję, a dostrzeganie plusów w życiu dodawało mi energii, mimo cierpienia. Teraz mam jeszcze więcej wiary, że można pokonać słabości, chorobę.
Mówiła Pani o swojej autobiograficznej książce, że momentami jest szczera do bólu. Pisze w niej Pani m.in. o strasznych nocnych koszmarach. Dowiedziała się Pani, gdzie tkwiła ich przyczyna?
- Byłam u lekarzy, ale oni do końca nie wiedzą. Być może podczas porodu nastąpił ucisk, który spowodował późniejsze koszmary. Dopadły mnie, kiedy po raz pierwszy wyjechałam do Paryża. Przeszkadzały mi bardzo, potwornie bałam się nocy, krzyczałam, miałam ataki dreszczy. Zaczęło się to wszystko uspakajać, kiedy poznałam Michała, mojego męża. Dawał mi dużo spokoju, przekazywał swoją pewność siebie, której się od niego uczyłam. Przy nim bardzo się uspokoiłam, choć od czasu do czasu koszmary wracały.
Być może dzisiaj wyjaśniłyby to ustawienia Hellingera - niemieckiego terapeuty, który cieszy się w Polsce sporą popularnością. Ale moda na terapię przyszła do nas głównie ze Stanów. Korzystała Pani kiedykolwiek z fachowej pomocy?
- Nie słyszałam o Hellingerze, ani nie chodziłam na terapię, kiedy męczyły mnie koszmary. Poprzez pisanie książki zanurzyłam się w moje przeszłe życie i nabrałam innego spojrzenia na minione relacje z bliskimi mi osobami. Przebaczyłam wszystkim, wszystkiemu i spojrzałam na przeszłość z uśmiechem. Zagłębiałam się w moje poprzednie życie, a kiedy wspomnienia dotyczyły czegoś smutnego - płakałam, rozpaczałam. Przeżywałam to jeszcze raz, ale kończyłam te doświadczenia przebaczeniem sobie i innym. Potrafiłam wyjaśnić sobie niektóre historie, jakie się wtedy wydarzyły, a których wcześniej nie rozumiałam. Lubię decydować sama o sprawach, które czuję głęboko w sercu. Sama sobie pomogłam, ale trwało to długo. Pomogli mi też bardzo ludzie, przekazując ogromną ilość dobrej energii.
Dużo później, w Stanach trafiła Pani do New Age. I choć w gronie członków tej grupy odzyskała Pani spokój i równowagę, to jednak zrezygnowała ze spotkań. Czy to była sekta?
- To nie była sekta. Oni niczego mi nie kazali, nie narzucali, nie stosowali manipulacji. Dość szybko zrozumiałam, że to nie jest dla mnie. Ale to była bardzo dobra nauczka na przyszłość. W tej chwili, cokolwiek próbuję robić, to najpierw badam siebie. Najlepiej jest zostać w zgodzie ze sobą i wybierać to, co czujemy, że jest dla nas najlepsze.
Do tego trzeba dojrzeć, dojść, czasem przez zawirowania, rozstaje. Może lepiej, kiedy nie wszystko jest nam dane?
- Gdyby człowiek miał wszystko co piękne i wszystko by mu się układało, to życie byłoby nudne. Należy pogodzić się z istnieniem cierpienia, które też jest naszym powołaniem i zawsze nas czegoś uczy. Wskazuje, jak się zachować w określonych sytuacjach, daje nam siłę. Ludzie przechodzą silne tragedie, po których są mocniejsi, wiedzą, jak ominąć pewne problemy, budzą się do nowego życia. Dostrzeganie tego, co pozytywne w życiu, jest dobrą energią.
Pani nieustannie rozwija swoje wnętrze, poszukuje. Takie kreatywne usposobienie czyni życie ciekawszym, zaskakującym?
- Mam wiele fantastycznych pomysłów, które przychodzą mi do głowy, ale brakuje mi silnej woli, by je rozwijać. Dużo czytam, rozważam. Ostatnio myślałam o przebaczaniu sobie. To, że popełniamy błędy, nie znaczy, że akceptujemy zło. Jeśli wracamy do spraw z naszego życia, które nas męczą, to znaczy, że powinnyśmy nabrać dystansu do tego, co było, i starać się przebaczyć również sobie. Jeżeli zaczynam pozytywnie myśleć o przykrych doświadczeniach, to one z czasem znikają.
Jak lubi Pani spędzać czas w Polsce, kiedy Pani nie pracuje?
- Znajduję coraz więcej czasu na szukanie harmonii w samej sobie, wyciszenie się. Staram się doładować energetycznie ciszą, która jest we mnie. Szukam ciągle nowych metod, lubię medytować. Nie robię tego, co ktoś mi narzuca, ale wybieram to, co jest najlepsze dla mnie samej. Ostatnio najbardziej odpowiadają mi asany z jogi, pozwalające na powolne rozciąganie całego ciała z odpowiednim oddechem. Myślę, że życie jest fajne, trzeba próbować różnych rzeczy. A czy się je osiągnie, to nie jest aż tak istotne. Cytując naszego Ojca Św. Jana Pawła II, "Droga do celu to nie połowa przyjemności, to cała przyjemność". Dobrze, że człowiek ciągle szuka czegoś nowego, chce to poznać. Nie można stanąć i powiedzieć - jestem doskonała, nic już nie muszę robić. To byłoby nudne. Życie jest ciekawe, dzięki wciąż nowym sprawom, ludziom, których poznajemy. Warto wierzyć, że dzisiaj jest pięknie, a jutro może być piękniej.
Fot. Piotr Kucia (1), Justyna Steczkowska (1), archiwum artystki (2) 



|