 Może jeszcze spotkam w swoim życiu osobę, która to wszystko okiełzna i wymyśli nową Ewę Kasprzyk na scenie. Może hrabinę, a już nie "kurwę" (śmiech). Może znajdzie się reżyser, który dostrzeże we mnie tę inną energię
Rozmawia EWA DERLATKA
Pani Ewo, przylgnęła do Pani łatka silnej kobiety, z drugiej strony mówi Pani o swojej kruchości i słabościach, a jeszcze innym razem przyznaje się Pani, że trudno jej zagrać kobietę słabą. Czy wie Pani, kiedy to było, i na ile w życiu prywatnym jest Pani aktorką, a na ile po prostu Ewą Kasprzyk?
- To, że trudno mi było zagrać kobietę słabą, powiedziałam przy spektaklu "Merlin i papież". Oczywiście, kiedy mówię o sobie, że jestem silna i gram silne role, to taka jestem. Ale też nie zawsze jestem takim twardzielem, na jakiego wyglądam, i jeśli jest powód do łez, to się ich nie wstydzę. Nie wykorzystuję mojego zawodu do grania w życiu, bo ja nie muszę grać w życiu. Mimo to myślę, że bardzo trudno rozgraniczyć, kiedy jestem aktorką, a kiedy po prostu kobietą. Często tzw. cywile mówią: fajnie jest być aktorką, bo ona cały czas gra i nie wiesz, kiedy jest prawdziwa. Rzeczywiście, aktor ma swego rodzaju tarczę ochronną w postaci roli, którą zbudował, i trochę się za nią chowa. Ale nikt mi nie wmówi, że jeżeli gram gwiazdę porno, to musiałam doświadczyć takiego życia. A jednak ludzie utożsamiają osoby aktorów z rolami, w jakich ich oglądają. Bo jeśli widzą, że gram silną bizneswoman, to są niemal przekonani, że taka jestem. I nie raz się rozczarowują. Poza tym człowiek poznaje siebie całe życie, więc też tak do końca nie jest w stanie powiedzieć, jaki jest. Wydaje mi się, że w tym przypadku musimy sobie też odpowiedzieć na pytanie: co to znaczy grać?
Czyli też po co w ogóle jest teatr dla aktora i dla ludzi?
- Właśnie, po co ja dzisiaj o 20.30 wchodzę na scenę? Nastąpił powrót ludzi do teatru. W przeciwieństwie do tego, co nas teraz tak bardzo wciąga, tzn. komputery, gry, Facebook i to wszystko, co jest "lizaniem przez szybę", teatr jest miejscem, które zmusza cię do wyjścia z domu. Kupujesz bilet i idziesz na coś konkretnego. Na to, co chcesz zobaczyć, z jakim aktorem i tematem chcesz się spotkać. Teatr znowu nabrał większej nobilitacji. Widzę to po salach, w których gram, i po widzach. I zauważyłam, że wśród ludzi jest masowe wręcz zapotrzebowanie na komedie, na śmiech. Ale kiedy grałam w Teatrze Praga sztukę "Showtime", przychodzili po to, aby przeżyć coś głębokiego, dotknąć dramatu. Bardzo żałuję, że ten spektakl nie jest grany, bo poruszał ważne problemy, a poprowadzony był tak, że jednocześnie można się było pośmiać i nad czymś zastanowić. Przecież "Berek w moherze" z Teatru Kwadrat też nie jest tylko i wyłącznie komedią. Tu też jest moment na refleksję. Czasami przychodzą ludzie po spektaklu i mówią, że dostrzegli w nim swoje życie. Jak ktoś mądrze zauważył, teatr jest zwierciadłem życia, bo oprócz tych sztuk superawangardowych, które nie mają na nie żadnego przełożenia, to jednak sztuki - choćby współczesne, w których gram - opowiadają o człowieku. O jego kondycji, o poszukiwaniu szczęścia, miłości i o jego zagubieniu.
Teatr zwierciadłem życia... Będąc na spektaklu w jednym z teatrów, głośno zresztą reklamowanym, byłam świadkiem, jak połowa ludzi wyszła przed końcem pierwszej części. Wydaje mi się, że ta sztuka zbyt dosłownie i szczegółowo przeniosła szare życie na scenę.
- To pewnie bardziej sprawdziłoby się w filmie, najlepiej psychologicznym. Wtedy aktorzy przygotowują się do takich ról, podpatrując pewne zachowania, nawet wchodząc w nie. W teatrze jakość w dużej części zależy od wizji ogólnej reżysera. Można wystawić książkę telefoniczną wprost - przeczytać wszystkie numery - i można zrobić ciekawszy spektakl z interesującymi kontekstami. Też nie lubię, jak nie ma zdystansowania albo jest ono nieumiejętne. Uważam, że ja gram postaci bardzo zdystansowane do siebie i sama taka jestem, bo inaczej nie założyłabym moherowego beretu czy różowej peruki, w której gram gwiazdę porno. A przecież do końca nie chodzi o to, aby opowiedzieć pikantne szczegóły z jej życia. Bardzo ciężko jest znaleźć coś, co przebije poprzednie realizacje, tematy czy charaktery. Dlatego chciałabym zagrać kobietę słabą, tylko kto mi w to uwierzy? Ciągle jestem nienasycona w sensie grania. Myślę, że człowiek ma w sobie taką pojemność, że jest jednocześnie i silny, i slaby. Bo przecież nie można cały czas być nieugiętym. Są wielcy mocarze, o których się mówi, że ich to nic nie złamie, a jednak w momencie słabości potracili swoje fortuny.
Ważne jest dla Pani to, jaka jest publiczność?
- Zdecydowanie tak. To szczególnie nasila się przy graniu monodramów, kiedy jednak publiczność steruje tym, jaki spektakl ma przebieg. Bo jeżeli przyjdą tzw. "Węgrzy", którzy nie reagują w ogóle, no to spektakl się toczy, ale nie ma żadnej interakcji. Zagraliśmy 180 spektakli "Berka" i każdy był inny. Pewnie, że czasami po dwóch spektaklach człowiek jest znudzony i trudno pocieszać się tym, że przecież to jest moja pasja, ale energia, która się wytwarza pomiędzy mną a widzem, jest czymś niepowtarzalnym. Czymś, czego nikt nie osiągnie ani w kinie, ani w telewizji, ani poprzez inny przekaz, tylko zrobi to poprzez kontakt na żywo w teatrze. Zawsze śmieję się z tego, że jak ktoś dzwoni do mnie po "Berku w moherze" i pyta, co robisz, odpowiadam: zmywam z siebie mohera. Chociaż to nie działa jak prysznic i nie wszyscy potrafią się od razu wyciszyć. To są emocje. Nie wyobrażam sobie, że ktoś po zagraniu Hamleta, wielkiej roli szekspirowskiej, czy rozdzierającego dramatu potrafi tak po prostu wyjść na ulicę i zapomnieć o tym, że był w innym świecie i posługiwał się innymi słowami, innymi emocjami. Ja po zagraniu monodramu jestem zmęczona także fizycznie. Siadam w fotelu i tak siedzę przez godzinę. Bo przecież nie pójdę ćwiczyć jogi czy na siłownię o 22.00, żeby się odstresować. Siedzę więc i myślę, jaka była publiczność, jakie były reakcje, czy można jeszcze coś zmienić, czy nie.
Dlaczego monodram? Dlaczego często wybiera Pani ten gatunek?
- Zagrałam w trzech monodramach, to nie jest jakaś wygórowana liczba. Ale z drugiej strony są aktorzy, którzy nie zagrali ani jednego. Mój pierwszy monodram był po to, aby zmierzyć się z czymś nowym. Dziś stwierdzam, że wyjście samej przed publiczność jest rzeźnią, bo jak się nie uda, to jest tylko moja wina. Poza tym zawsze wychodzę z założenia, że nie muszę się dostosowywać do terminów partnera (śmiech).
Czy na podstawie ról teatralnych można powiedzieć, jakim się jest aktorem: czy komediowym, czy charakterystycznym?
- No można powiedzieć. Albo się gra amantki, albo role charakterystyczne, to jest typowy podział. Albo "diwy", które zawsze starają się być piękne i uwodzicielskie, albo inne, właśnie kobiety charakterystyczne, które nie boją się obnażyć, pokazać jakiejś swojej ułomności czy brzydoty. Myślę, że ja chyba daję sobie radę w obu gatunkach. Zdarzyło mi się w mojej karierze grać role dramatyczne, szekspirowskie w Teatrze Wybrzeże, także Czechowa. Może teraz trochę boleję nad tym, że nie mam okazji grać w repertuarze klasycznym, a bardziej gram w sztukach współczesnych. Trochę tęsknię za kostiumem, ale może jeszcze zdarzy się na starość taka okazja.
No, bez przesady z tą starością...
- Powiedziałam na starość, a nie, że jestem stara, bo nigdy bym tak o sobie nie powiedziała. Wystarczy, że niektórzy tak mówią... Słuchaj, przecież my sami nie widzimy tego, że się starzejemy, tylko najpierw zauważają to inni, szczególnie złośliwe koleżanki.
Uwielbienie innych Pań... Czy artystka taka jak Pani musi grać w serialach, czy chce?
- Musi. To jest tak: przychodzi jakaś propozycja i czasami się ją bierze. Teraz gram tylko w dwóch serialach, więc nie jest ze mną aż tak źle. Z jednego chcę się wymiksować, bo nudzi mnie już ciągłe nalewanie zupy i odkurzanie na planie. Ale proszę mi pokazać jednego aktora polskiego, który nie grał nigdy w serialu? Nie można powiedzieć, że ci, którzy grali w serialach, są gorsi od innych. Krystyna Janda, Janusz Gajos, Piotr Fronczewski też grali w serialach. Teraz to wszechobecny gatunek, który jest namiastką filmu. Życzyłabym sobie sytuacji, w której zagrałabym dwie fabuły w roku za duże pieniądze i nie musiała grać w serialach. Przecież robi się to też dla pieniędzy, ponieważ gaża z teatru nie wystarczyłaby mi na mieszkanie w Warszawie i utrzymanie rodziny. Ważne jest to, aby nie od serialu zacząć i nie na serialu skończyć.
Podobno chciała Pani zostać baletnicą?
- Był taki pomysł, ale to w bardzo wczesnej młodości. Potem chciałam zostać kelnerką. Przyglądałam się różnym zawodom i już wtedy wchodziłam w ich role. Pomyślałam, że aktorstwo jest tym wyjątkowym zawodem, który może to wszystko w sobie połączyć. Raz mogę być kelnerką, raz... baletnicą. Chociaż teraz to byłoby mi ciężko ją zagrać (śmiech). Zresztą "Czarny łabędź" już został nakręcony. Myślę, że to, że w końcu zostałam aktorką, było gdzieś zapisane, choć nie od razu było to tak oczywiste. Wiele rzeczy na to nie wskazywało. Częste egzaminy, powtarzające się nieprzyjęcia do szkoły, wyrzucanie ze szkoły... Tak, tak. A jednak potem okazało się, że z powodzeniem mogę ten zawód uprawiać. Ostatnio właśnie zastanawiałam się nad tym, że z mojego roku tak mało aktorów w tym zawodzie pozostało. Wielu zmieniło profesję. Ciekawi mnie dlaczego? Bo przecież tak wielu chce zostać aktorami, tak trudno jest się dostać do szkoły aktorskiej czy teatralnej. Potem okazuje się, że na placu boju pozostają ci, którzy wierzą w siebie i w to, że aktorstwo było ich właściwą drogą.
Spotkałam się z opinią, że ludzie, którzy nie wiedzą tak naprawdę, kim chcą być, idą do szkoły aktorskiej.
- Jest coś takiego. Świadczą o tym statystyki w szkołach teatralnych. Zdają tam tysiące ludzi, którym się wydaje, że to łatwe, i że potem mogą zagrać w serialu. Teraz słowo "aktor" trochę się dewaluuje. Istnieje przekonanie, że nie trzeba kończyć szkoły aktorskiej, aby zagrać w serialu. Mamy też przecież przykłady innych gwiazd, grających role w teatrach: Kasia Cichopek czy Kuba Wojewódzki. Ja nie wiem, czy oni grają dobrze, bo nie widziałam. Ale są aktorzy, którzy kończą szkołę teatralną i też źle grają (śmiech). Nie ma recepty na to, jak być dobrym aktorem. Po prostu ludzie na jednego chodzą, na innego nie. Albo idą z ciekawości zobaczyć jak gra, albo dlatego, że kogoś lubią. Mnie mówią, że mnie lubią, i to jest miłe. Nie ukrywajmy, że jesteśmy tak skromni, że nam nie zależy na publiczności i na opiniach ludzi, na tym, żeby przychodzili na nasze spektakle.
Niektórzy nazywają Panią "pełnokrwistą" aktorką, która wiadomo: "i k... zagra i hrabinę udźwignie". Nie sądzi Pani, że ten cytat tak się spodobał i przylgnął już do Pani, że tylko z Panią będzie kojarzony?
- Czasami człowiek powie coś, co do niego przylgnie, i się za nim ciągnie. Zresztą to powiedzenie o "k... i hrabinie" nie ja wymyśliłam, powiedziała mi to pewna aktorka. Chyba mogę to uznać za komplement. Ale nie mam nic przeciwko temu, aby mówili, że jestem pełnokrwistą aktorką. Lepiej być pełnokrwistą niż półkrwistą. Jeśli już grać, to iść na całość. Temperament mam chyba po ojcu. Czasami zaczynam się nudzić sama ze sobą. Wynika to nie z braku pomysłów na siebie, a z ich nadmiaru, tylko że sama nie mogę ich wszystkich zrealizować. Może jeszcze spotkam w swoim życiu osobę, która to wszystko okiełzna i wymyśli nową Ewę Kasprzyk na scenie. Może hrabinę, a już nie "kurwę" (śmiech). Może znajdzie się reżyser, który dostrzeże we mnie tę inną energię.
Fot. Zenon Żyburtowicz (5) 




|