Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ARTUR BARCIŚ - W aktorstwie widzę same blaski


Na scenie i przed kamerą czuje się w swoim żywiole, a popularność, sympatia widzów i kontakt z publicznością dają poczucie, że ziściło się to, o czym zawsze marzył. Nawet coraz większa odpowiedzialność, związana ze stażem i wypracowanym nazwiskiem, nie przysłania blasków zawodu. Przeciwnie, motywuje do wytężonej pracy. Takiej na maksa, bo tylko taką uznaje

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Wielokrotnie miał Pan okazję współpracować z wielkimi reżyserami, grając role drugoplanowe. Czy epizod również traktuje Pan jak wyzwanie na miarę roli głównej?
- Tak. Pod warunkiem, że jest to epizod interesujący i jest jakiś powód, dla którego mam go zagrać. Wtedy, jak ostatnio, w przypadku ról drugoplanowych w "Galeriankach" czy w "Bezmiarze sprawiedliwości", mam poczucie, że jestem elementem filmu równie istotnym jak ten, który stanowi oś główną, a od tego, jak zagram tę rolę, bardzo dużo zależy. Tak myślałem zawsze, tyle że kiedyś miałem inne motywacje, bo nie dostawałem ról dużych i epizodami musiałem sobie wydreptać pozycję i wyrobić opinię. Dlatego do każdej, nawet najmniejszej roli, przywiązywałem dużą wagę i starałem się ją zagrać najlepiej jak potrafiłem, żeby ewentualnie dostać większą.

Przyznał Pan kiedyś, że dla aktora charakterystycznego jest dużo ról niedużych. W tym kontekście warunki fizyczne to przekleństwo, czy raczej błogosławieństwo?
- Myślę, że to mój atut. W aktorstwie jest tak, że aktor charakterystyczny ma więcej propozycji. Mniejszych, ale za to więcej. Generalnie trzeba się z tym po prostu pogodzić. Z przystojnego aktora zawsze można zrobić brzydkiego, a z takiego jak ja raczej się już nie da zrobić przystojniaka. Za to poprzez swoją charakterystyczność mogę bardziej zapaść widzom w pamięć z tego względu, że trudno mnie do kogoś porównać. Jak ktoś jest ładny, to takich ładnych jest wielu, a jeden podobny do drugiego. A taki Zbyszek Zamachowski jest jedyny w swoim rodzaju. I to jest nasz atut. Broń Boże, nie porównuję się tu do Zbyszka.

Nie zazdrościł Pan nigdy kolegom obsadzanym w rolach amantów?
- Nie. Już zdając do szkoły aktorskiej, miałem świadomość, że nie będę grał takich ról, i dawno się z tym pogodziłem. Wiedziałem, jak wyglądam, ale nigdy nie miałem o to żalu do losu. Zresztą, bez przesady, chyba aż tak szpetny nie jestem...

Mówiąc o wielkich reżyserach i pamiętnych - choć mniejszych - rolach, nie sposób pominąć Pańskiego udziału w kinie moralnego niepokoju Krzysztofa Kieślowskiego, uważanego przez wielu aktorów za mistrza. Co dała Panu ta znajomość i czego nauczyła Pana praca u jego boku?
- Ja też tak wspominam to spotkanie, które całkowicie przewartościowało moje myślenie o świecie, życiu, aktorstwie. Do tego czasu nikt ode mnie specjalnie nie wymagał. Po prostu trzeba było prawdziwie, naturalnie zagrać postać. I już. U Krzysztofa okazało się, że on oczekuje czegoś więcej - jakiejś tajemnicy, wartości dodanej, która jest poza scenariuszem i wypowiadanymi słowami. U niego prawda była jeszcze głębsza, ale znaczyła coś więcej. U niego historie są prawdziwe i możliwe do zrealizowania, ale stawiają pytania. Tak jak rola w filmie "Bez końca", który jest diagnozą kondycji moralnej ówczesnego społeczeństwa po stanie wojennym w Polsce, albo moja postać w "Dekalogu", która też jest wielkim znakiem zapytania.

I budzi na forach dyskusje, inspirując do rozmaitych interpretacji.
- I o to właśnie Krzysztofowi chodziło, żeby każdy sam próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, kim i po co ten człowiek w filmie jest, co grana przeze mnie postać znaczy. Sam zresztą twierdził, że nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Czy było to spotkanie cenne nie tylko warsztatowo, lecz także w wymiarze ludzkim; spotkanie z autorytetem, wzorem?
- Zdecydowanie. Dla mnie już wtedy Krzysztof Kieślowski był legendą. Kiedy byłem studentem szkoły filmowej w Łodzi, przyjeżdżał na spotkania z nami, a my chłonęliśmy każde jego słowo. Był niesamowicie mądry, a jednocześnie odważny. W tamtych czasach, pod koniec lat 70., gdy rodził się ferment, on nie bał się mówić tego, co myśli, ani osobiście, ani poprzez swoje filmy. Oczywiście wówczas jego filmy lądowały na półkach i większość z nich nie była pokazywana, ale na szczęście przyszedł czas, że ujrzały światło dzienne.

Jakie uczucia towarzyszą Panu, gdy wspomina Pan czasy aktorskiego debiutu i zawodowe początki? Co najbardziej odróżnia Pana od Artura Barcisia, wkraczającego na drogę aktorstwa?
- Myślę, że miałem w życiu sporo szczęścia. Mogli mnie nie przyjąć do szkoły aktorskiej, bo wyglądałem tak, że sam siebie bym pewnie nie przyjął, a jednak przyjęli. Skończyłem tę szkołę bez większych problemów. Potem udało mi się znaleźć pracę w Warszawie, co z punktu widzenia człowieka, który nie miał żadnych znajomości i skończył nie warszawską, tylko łódzką filmówkę, która uchodziła za gorszą, wiele znaczyło. Szybko zacząłem grać w filmach: zagrałem jedną z głównych ról w odcinku "07 zgłoś się", co było niemałym osiągnięciem, a potem był "Znachor" Jerzego Hoffmana - wielki reżyser, duża rola i film kinowy, a jak wiadomo, zaistnieć na dużym ekranie to już coś. Gdy nastał stan wojenny, wszystko się zawaliło. Na nowo odkrył mnie Krzysztof Kieślowski. Potem zacząłem grać u wybitnych reżyserów: Wojtka Marczewskiego, Krzysztofa Zanussiego. Z czasem dostałem się od teatru Ateneum, o którym zawsze marzyłem. Generalnie uważam, że mi się udało. Choć jak mówi mój znajomy: "Mam szczęście, ale na to szczęście całe życie ciężko pracowałem". I na szczęście lubię pracować, więc nie narzekam.

Czy emocje związane z występem na żywo, przed publicznością są dziś równie silne? Po latach nadal pojawia się trema, czy dochodzi do głosu rutyna?
- Trema jest cały czas, teraz nawet dotkliwsza niż kiedyś, bo mam poczucie większej odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa. Jako absolwent, tuż po szkole, miałem taryfę ulgową: mogło mi się coś nie udać, łatwiej wybaczano mi potknięcia, choć z drugiej strony, jeżeli chciałem piąć się na szczyt, to nie wolno mi się było potykać. Teraz mam znane nazwisko, a to coś znaczy i do czegoś zobowiązuje, więc tym bardziej nie mogę sobie pozwolić na wpadki czy lekceważenie roli i widzów. Mam zasadę, że albo się czegoś podejmuję i robię to, mówiąc językiem młodzieży, na maksa, albo w ogóle, bo mam ten komfort, że nie muszę robić wszystkiego. Są rzeczy, których nie chcę robić i już.

Jest Pan autorem słów: "Nie dzielę ról na komediowe i dramatyczne; one są dobre, takie sobie lub marne - takich nie przyjmuję". Ma Pan zatem szczęście do ról? Wszystkie zawodowe decyzje były trafne, czy któreś role pozornie uszyte na miarę po czasie jednak Pana uwierały?
- Na pewno popełniałem błędy i przyjąłem parę ról, w przypadku których nic by się nie stało, gdybym ich nie zagrał. Dokonując wyborów, musiałem wybierać między zachłannością na pracę a pozwoleniem sobie, żeby odmówić, co zawsze wiąże się z różnymi okolicznościami i konsekwencjami - odmówić jakiemuś reżyserowi znaczy tyle co raczej więcej u niego nie zagrać, bo reżyserzy się obrażają. Poza tym założyłem rodzinę i musiałem ją z czegoś utrzymać, a aktorstwo to mój jedyny zawód. Patrząc z perspektywy, na pewno podejmowałem również błędne decyzje, ale ogólnie rzecz biorąc, jak Edith Piaf, niczego nie żałuję, bo wszystko czegoś uczy. Błędy również.

Wybór roli jest podyktowany scenariuszem, nazwiskiem reżysera i obsadą czy prozaicznie - wynagrodzeniem?
- Względy materialne są na samym końcu listy powodów i mówię to bez kokieterii. Dla mnie najważniejsza jest interesująca rola. Zwracam uwagę na to, żeby postać, którą mam zagrać, była prawdziwa i miała w sobie pewną tajemnicę, a przez to dawała szansę wykazania się aktorskimi umiejętnościami. Bardzo ważny jest też reżyser, który zrobi dobry film lub spektakl, oraz to, z kim będę grał - dlatego tak nam się zawsze świetnie gra z Czarkiem Żakiem, bo na pewnym etapie się dogadaliśmy i nie musimy za każdym razem ustalać zasad współpracy od nowa. Jednocześnie obaj jesteśmy aktorami kreacyjnymi, którzy za każdym razem chcą zagrać kogoś innego niż dotychczas. Najzwyczajniej się nudzę, jak gram jakąś postać zbyt długo. Jeżeli ona nie daje mi dłużej możliwości rozwoju, to odpuszczam. Tak było na przykład z "Miodowymi latami". Co nie znaczy, że jestem specjalnie kapryśny. Po prostu robię swoje.

Udaje się połączyć ambicje artystyczne z potrzebami materialnymi?
- Nie mnie to oceniać, bo pewnie są ludzie, którzy uznają moje wybory za mało ambitne, choćby na przykładzie "Okienka Pankracego", które mam na swoim koncie.

Ale Pan sam nie uważa tego epizodu za niechlubny?
- To już historia. Z perspektywy czasu wspominam swój udział w tym programie bardzo miło. Do tej pory spotykam ówczesnych widzów "Okienka", którzy sami mają teraz dzieci, a spotykając mnie na ulicy, zaczepiają i mówią, że szkoda, że już nie ma "Okienka Pankracego", bo dziś już nie ma takich programów, które ściągałyby młodych widzów przed ekrany i mówiły coś o dorosłych i o dzieciach, symbolizowanych przez psa, z którym się utożsamiały.

Jest Pan kojarzony głównie z komedią. Jaki rodzaj komizmu najlepiej do Pana przemawia i co musi mieć postać komediowa, żeby przyjął Pan rolę?
- Musi być prawdziwa, a zarazem tragiczna. Mówię o sobie, że jestem dzieckiem Woody’ego Allena i Charlie’ego Chaplina. Dla mnie komediowość wynika z dramatyzmu sytuacji. Ostatnią rzeczą, jaką chciałbym robić na scenie albo przed kamerą, to się wygłupiać. Dla mnie człowiek jest śmieszny, gdy znajdzie się w sytuacji, w której nie umie sobie poradzić, a w swej bezradności robi dziwne, absurdalne wręcz rzeczy - śmieszne dla tego, kto przypatruje się z boku. Aktor, który robi oko do widowni i na siłę próbuje publiczność rozśmieszyć, mnie nie śmieszy zupełnie. Taki rodzaj komedii mnie nie interesuje. Nie lubię oglądać aktorów, którzy wiedzą, że na nich patrzę i że jak coś zrobią, to ja się będę z tego śmiał. Zawsze gram tak, jakby kamera była czwartą ścianą w teatrze, a ja nie byłbym obserwowany. Bo człowiek najśmieszniejszy jest wtedy, kiedy nie wie, że ktoś go podpatruje. Ta reguła się sprawdza. Sam często przyglądam się ludziom ukradkiem, gdy znajdują się w kłopotliwych sytuacjach, kiedy nie zdają sobie sprawy, że dla widza jego położenie jest bardzo śmieszne. Sam kiedyś pomyliłem w supermarkecie drzwi z szybą i przyrżnąłem łbem, a niemal w tym samym momencie usłyszałem za plecami chichot dwóch dziewczyn, które pokładały się ze śmiechu. To oczywiście sytuacje zwane grepsami, ale najśmieszniejsze są wtedy, gdy człowiek próbuje walczyć z otaczającą go egzystencją.

Żadne skórki od banana i tanie gagi...
- Absolutnie. Nie znoszę też, gdy w komedii używa się fizjologii. Taki rodzaj humoru kompletnie mnie nie bawi. Czytając scenariusz, eliminuję rzeczy śmieszne na siłę. Jeżeli są śmieszne tylko po to, żeby były śmieszne, to ja tego nie chcę robić. Propozycje złożone praktycznie z samych grepsów z założenia odrzucam.

Jak odnajduje się Pan w komedii absurdu, jaką jest ostatni spektakl z Pana udziałem "Kasta la vista"?
- To bardziej tragedia, tyle że momentami niezwykle śmieszna. Przecież to, że człowiek niespodziewanie zostaje zamknięty w banku i nie może się z niego wydostać, dopóki nie zmieni kasty, do której należy, jest oczywiście absurdalne, ale ponieważ dzieje się współcześnie, to z punktu widzenia widza teoretycznie jest możliwe. Właśnie obserwacja człowieka, który usiłuje wybrnąć z pułapki absurdów rzeczywistości, jest dla mnie źródłem autentycznego rozbawienia.

A jak prywatnie, mając wizerunek człowieka łagodnego i dobrodusznego, reaguje Pan na absurdy rzeczywistości i sytuacje śmieszne tylko wtedy, gdy patrzy się na nie z boku?
- Cóż, prawo Murphy’ego działa i oczywiście zdarzają się na co dzień sytuacje, w których się irytuję, choć nie tak ekstremalne jak w sztuce. Gdy bardzo mi się śpieszy i stanę w kolejce, np. do banku, zazwyczaj jest tak, że kiedy stoję, przede mną jest pięć osób, a kiedy dochodzę do okienka, to za mną nie ma nikogo. Albo, jak ostatnio, przede mną były tylko dwie osoby, więc się bardzo ucieszyłem, ale jedna pani przyniosła do wpłaty całodniowy utarg: sto pięciozłotówek, czterysta dwuzłotówek, pięćset jednozłotówek, które trzeba było policzyć. Myślałem, że szlag mnie trafi. Wyobrażam sobie, że gdyby ktoś mnie wówczas nakręcił ukrytą kamerą, byłoby to bardzo śmieszne, choć mnie do śmiechu nie było.

Bartosz Wierzbięta, znany z przekładu Shreka, mówiąc o tłumaczeniu francuskiej sztuki "Kasta la vista", stwierdził, że w tym przypadku zmieniał w oryginale bardzo niewiele, bo ingerując w tekst, łatwo można przekroczyć granicę i wrzucić dwa grzyby w barszcz. A jak to jest z rolą - czy równie łatwo przeszarżować?
- Oczywiście jest takie zagrożenie i właśnie od tego jest reżyser, żeby kontrolować aktorów. Niezależnie od tego sam staram się pilnować, żeby nie przeszarżować. Mam z tyłu głowy wbudowany dzwonek alarmowy, który odzywa mi się, gdy zagram za dużo i coś przerysuję, bo najważniejsza jest dla mnie wiarygodność. Dlatego staram się mocno kontrolować swoją grę, żeby nie wkradł się żaden fałsz. Jednak pracuję w tym zawodzie już ponad 30 lat, więc staram się nie szarżować.

Jak ocenia Pan poziom polskich komedii ostatnich lat? Czy zgadza się Pan z krytycznymi głosami na temat komercjalizacji polskich produkcji i drastycznego obniżenia poziomu, wymierzonego w widza?
- Tak, niestety muszę się z tym zgodzić. Większość komedii, które widziałem, to były rzeczy niedobre właśnie dlatego, że aktorzy, wrzuceni w sytuacje pozornie śmieszne, próbowali rozśmieszyć widzów tanimi grepsami. Mam wrażenie, że twórcy tych komedii mają bardzo złe zdanie o guście i poczuciu humoru Polaków.

Jako aktor jest Pan przyzwyczajony do pracy z ludźmi, zwłaszcza w duecie z Cezarym Żakiem. A jak pracuje się Panu solo, nagrywając dubbing i audiobooki? Jakie wymogi stawia praca głosem, gdzie dykcja, intonacja mają kolosalne znaczenie?
- To już zupełny komfort. W dubbingu trzeba mieć po prostu słuch i zagrać podobnie jak aktor w oryginale, zaś nagrywanie audiobooków jest tylko kwestią interpretacji tekstu. W obu przypadkach odpada uczenie się tekstu na pamięć, czego strasznie nie lubię, więc zostaje sama przyjemność - ciche otoczenie, miła lektura i poczucie, że pomyłkę można poprawić. Nie ma takiej odpowiedzialności jak w teatrze, gdzie wpadka nie wchodzi w rachubę. Tam nie pozwalam sobie ani żeby zapomnieć kwestie, ani żeby cokolwiek poszło nie tak.

Jak zatem przygotowuje się Pan do roli, aby wypadła wiarygodnie i przekonująco? Ile jest w Pańskich rolach własnego pomysłu, a ile wizji reżysera?
- Wszystko zależy od reżysera. Jeżeli ma konkretną wizję i tak jak Krzysztof Kieślowski jednym zdaniem potrafi przekazać swoją koncepcję, to zawsze się podporządkowuję, bo jestem tylko aktorem. Ale jeżeli reżyser sam wychodzi z inicjatywą i zachęca do własnych propozycji czy uwag, to wówczas mam zwykle kilka możliwości do zaproponowania i chętnie to robię. Bardzo lubię współpracować z reżyserami. Tak było przy ostatniej sztuce "Kasta la vista". Ewelina Pietrowaik, mimo że jest młodą reżyserką, dobrze wie, czego chce, a jednocześnie jest otwarta na sugestie. Ja również reżyserując, myślę tak samo. Wiem, co chcę uzyskać, ale zakładam, że mogę się mylić. Podobnie jak w życiu.

À propos pomyłek, jakie jest Pana stanowisko w trwającej od dawna publicznej debacie, której przedmiotem jest ocena aktorów, którzy grają w serialach i reklamach, zwłaszcza po rolach u tzw. wielkich reżyserów. Jedna strona ich degraduje, druga opowiada się za tym, że nawet rola w reklamie może być sztuką. Może?
- Może, ale z reklamą jest inny problem. Rola w reklamie ma tę wadę, że nie ważne, jak dobrze byłaby zagrana i jak ciekawy, pomysłowy byłby scenariusz, to przez to, że widz ogląda aktora w tej samej sytuacji kilkanaście razy dziennie, ma przesyt. Aktor zaczyna mu się kojarzyć z reklamą, a w efekcie się dewaluuje. Dlatego granie w reklamach jest ryzykowne, co nie zmienia faktu, że jest i druga strona medalu, bo przecież są aktorzy, którzy dzięki reklamie zaistnieli. Nie mam nic przeciwko moim kolegom, którzy grają w reklamach, ale trzeba mieć świadomość niebezpieczeństwa, że aktor po prostu się opatrzy.

Pan miał takie propozycje?
- Miałem. Odrzuciłem je, bo nie spełniły dwóch podstawowych warunków, jakie stawiam takim propozycjom. Mam na myśli ciekawy scenariusz i duże pieniądze, bo ja dużo tracę - wizerunkowo i pod każdym innym względem. Nie po to pracowałem ponad 30 lat na swoje nazwisko i swoją twarz, żeby się tanio sprzedawać. Nie mówię "nie" dla zasady, ale otrzymywane dotąd propozycje były za słabo płatne albo nie dość ciekawe, żeby tyle ryzykować. Natomiast, wracając do aktorów serialowych, sam się do nich zaliczam, bo mam za sobą udział choćby w "Miodowych latach", "Ranczu", tyle że to seriale zamknięte. Udział w telenoweli jest znacznie bardziej niebezpieczny. Produkcja tasiemca przypomina fabrykę, reżyserzy dużo nie wymagają od aktorów, bo robi się zbyt dużo scen dziennie, a zagrożenia są podobne jak w reklamie, gdy człowiek pokazuje się w jednej roli zbyt długo i zbyt często. Ja lubię zmienność, dlatego cenię możliwość sprawdzenia się w coraz to innych rolach.

Co by Pan postawił po stronie największych blasków show-biznesu, a co po stronie cieni?
- Dla mnie aktorstwo ma same blaski. Nie jestem z tych, co narzekają, więc jeżeli nawet są jakieś cienie, to one też czegoś uczą. Największym cieniem mojego zawodu jest chyba fakt, że to duża loteria. Może się okazać, że jutro zadzwoni ktoś z interesującą propozycją i będę miał pracę przez najbliższe pół roku, ale równie dobrze może być tak, że przez najbliższe pół roku nikt nie zadzwoni i okaże się, że mam bardzo dużo wolnego czasu, a to dla aktora jest tragedia. Być może są aktorzy, których agenci zabiegają o role u różnych reżyserów. Ja, sam będąc sobie agentem, nigdy tego nie robiłem i nie robię. Nie zdarzyło mi się, żebym zadzwonił do jakiegoś reżysera z prośbą o obsadzenie w filmie. Możliwe, że powinienem postępować inaczej, ale jak dotąd na brak pracy nie narzekam. Cały czas pozostaję w zdziwieniu, że ciągle mam pracę, chociaż nic w tym kierunku nie robię.

Skoro jesteśmy przy szczęściu i loterii, czy jako zagorzały kibic miał Pan szczęście w losowaniu biletów na Euro i zasiądzie Pan na trybunach w czasie mistrzostw?
- Chyba nie, a to z tej prostej przyczyny, że nie zgłosiłem się do losowania. Mam jednak nadzieję, że jakoś uda mi się zdobyć bilety, bo bardzo bym chciał uczestniczyć w inauguracji Mistrzostw Europy. Jeśli jednak się nie uda, to trudno, bo bardzo lubię oglądać mecze w telewizji. Bardzo dawno nie byłem na meczu, bo nie lubię atmosfery nienawiści, o której w kontekście piłki nożnej ostatnio wiele się słyszy. Boję się stadionów, tłumów, masowych imprez, wybuchów niekontrolowanej agresji.

Czy jest jakaś rola, która się Panu marzy?
- Już nie. Kiedyś marzyłem o wielu rolach, np. bardzo chciałem zagrać Papkina w "Zemście", bo wydawało mi się, że to rola dla mnie napisana, ale nigdy jej nie zagrałem. Z kolei zagrałem role, o których nigdy nie marzyłem, a okazały się dla mnie stworzone i przyniosły mi wiele satysfakcji. To pokazuje, że wystarczy starać się być jak najlepszym aktorem i przy okazji robić to tak, żeby ludzie nas szanowali, bo szacunek jest w życiu najważniejszy. Zaraz po miłości.

Aktorstwo to gra, ale też wszystko, co po drugiej stronie kurtyny. Czy trwanie w owym targowisku próżności nie jest na dłuższą metę męczące?
- Nie. Oczywiście odczuwam popularność jako taką, bo jestem przez większość ludzi rozpoznawany, ale nie narzekam na jej konsekwencje - nikt mnie nie zaczepia, nie rzuca się na mnie na ulicy. Ludzie są dyskretni, nawet w skupiskach, choćby w supermarkecie czy centrum handlowym rzadko się zdarza, żeby ktoś mnie niepokoił, a jeśli już podejdzie, to z miłym słowem, co jest bardzo przyjemne. Mam też swoją stronę internetową www.barcis.pl, gdzie można mnie bliżej poznać. Jest tam forum, na którym praktycznie codziennie jestem, piszę felietony, odpowiadam na pytania i rozmawiam z tymi, którzy mnie wirtualnie odwiedzają. Nigdy nie będę narzekał na popularność, bo zawsze chciałem być aktorem, do tego nieanonimowym. Bardzo się cieszę, że udało mi się to osiągnąć.

Nie ma Pan menadżera, sam prowadzi Pan stronę internetową. Czy to znaczy, że ważny jest dla Pana osobisty kontakt z widzami, fanami?
- Tak. Dlatego tak bardzo lubię teatr, który pozwala na osobisty kontakt. Widzowie przychodzą do teatru, bo też chcą tego kontaktu. Kupują bilet, być może - nieskromnie mam nadzieję - dlatego, że ja gram w tej sztuce. To cudowne spotkanie. Podobnie ze swoim występem estradowym "Artur Barciś Show" jeżdżę po Polsce, spotykam się z ludźmi, rozmawiam i pokazuję kogoś, kim naprawdę jestem, a przy okazji przemycam moją miłość do teatru, odsłaniam jego kulisy. Może czasem kogoś zarażę?

W ramach niepisanej umowy na scenie pomaga Pan widzom wejść w pewną fikcję. Czy są role, które oddziałują na Pana tak silnie, że myśli Pan o nich na długo po wyjściu z garderoby?
- Tak skrajne przypadki, żeby rola została we mnie na tyle, żebym chodził nieprzytomny i zachowywał się nieodpowiedzialnie, nie mają miejsca. Staram się oddzielać świat fikcyjny od rzeczywistego. To, co gram, zostaje na scenie. W garderobie zdejmuję kostium i znów jestem prywatnym Arturem Barcisiem, który jedzie do domu obejrzeć mecz, napić się piwa, porozmawiać z żoną. Natomiast przy pracy nad rolą jak najbardziej - grana postać siedzi we mnie, gdy intensywnie myślę, jak powinienem coś pokazać albo powtarzam tekst, rozważając różne warianty zagrania danej kwestii. Często do tego stopnia, że zapominam, gdzie jestem. Żona mówi, że wtedy się zawieszam. Ale gdy rola jest już gotowa, pozostaje warsztat.

Wracając do życia zakulisowego, czy nie brakuje Panu dawnej, legendarnej atmosfery artystycznej bohemy, gdy spotkania aktorów nie kończyły się po zdjęciu kostiumu w garderobie?
- To trudne pytanie. Z jednej strony rzeczywiście mi tego brak, bo pamiętam czasy, kiedy zostawało się w teatrze na "omówienie" spektaklu przy alkoholu, by dyskutować o sztuce, opowiadać anegdoty... To była cudowna atmosfera i z sentymentem wspominam te czasy niezwykłej zespołowości, gdy byliśmy jak rodzina, początkowo w Teatrze Narodowym, później przez pewien czas w Ateneum. Potem to wszystko się zmieniło, bo zmieniły się realia. Dziś wszyscy mają samochody, więc nie można się napić piwa po spektaklu. Nie znaczy to, że rozmowa bez alkoholu nie jest możliwa, ale przy lampce wina jest przyjemniej. Poza tym teatry są coraz mniej zespołowe - przychodzimy do pracy, robimy swoje i wracamy do domu. Szkoda. A może to nie kwestia czasów, tylko mojego wieku?

Fot. Adam Staśkiewicz (1), archiwum artysty (1)


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.