 Życiowe obserwacje i przemyślenia od lat utrwala w dziennikach i filmowych kadrach. Oddając się sztuce i hołdując filozofii bliskiej codzienności, objaśnia życie sobie i widzom, a zarazem otwiera oczy na drugiego człowieka. Jedyne, nad czym ubolewa, to brak sponsorów, gotowych zaryzykować, by świat widziany oczami Zanussiego mogło oglądać więcej oczu
Rozmawia EWA DERLATKA
O co najczęściej pytają Pana dziennikarze, a o co nie pytają nigdy?
- Trudniej odpowiedzieć na to drugie, bo musiałbym to wymyślić. Uporczywych pytań jest kilka, zupełnie niewinnych, mianowicie: jak przeszedłem od fizyki przez filozofię do filmu, bo nie jest to typowa droga. Ponieważ odpowiadałem na to pytanie wiele razy, podejrzewam, że brzmiało to niemal jak nagranie z płyty. Musiałbym sięgnąć swoich dzienników, które prowadzę całe życie, żeby kiedyś zweryfikować, czy ja to dobrze pamiętam, czy to było rzeczywiście tak, jak teraz sobie to wyobrażam, czy inaczej. Ale to dotyczy wielu etapów mojego życia i nigdy nie otworzyłem żadnego z tych dzienników. A mam kilkadziesiąt zeszytów i dalej je piszę. I myślę, że kiedyś to przeczytam, jak zdążę. I zdziwię się pewnie. To jest to, co się rodzi z perspektywy, jak się ma 70 lat. Człowiek porządkuje fakty, układając je w pewien logiczny łańcuch, próbując powiedzieć, że wszystko z czegoś wynikło. Ale kiedy się to przeżywało, człowiek tego nie wiedział. Kiedy mnie wyrzucono ze szkoły filmowej, przeżywałem to jak koniec świata - pamiętam dobrze, bo ból się pamięta. A dzisiaj? Właściwie trochę rozumiem swoich profesorów. Rozumem, że mieli swoje racje, chociaż wydaje mi się, że się pomylili. A może dobrze mi zrobił ten wstrząs, bo za dobrze mi się powodziło, za lekko mi szło? To są niepojęte rzeczy. Dlatego mówię o życiu, że jest tajemnicą i trzeba się z tym pogodzić. Są to też pytania, których ludzie być może nie zadają mi przez uprzejmość, nie wiadomo dlaczego. Na przykład krępują się zapytać, a są bardzo ciekawi, czy ja mam coś wspólnego z lodówkami. Wszystkim mówię, że mam. Mogę dużo o tym opowiadać, jestem zaprzyjaźniony z moją włoską daleką rodziną. No, ale jeśli się ktoś krępuje? Poza tym, to kwestie różnych insynuacji, które mnie dotyczą i ja właściwie chcę takich pytań, bo mogę powiedzieć coś ciekawego, coś wyjaśnić. Próbowano mi wyciągnąć sprzed 47 lat teczkę bezpieki, która próbowała mnie pozyskać, ale nie pozyskała. Po półtora roku postanowili mi nie proponować współpracy. Udało mi się od nich uwolnić i mówiłem o tym dużo wcześniej, zanim ktoś dla sensacji, po to, aby mnie opluć, opisał to w bardzo tendencyjnej gazecie polskiej. Mam biografię, której nie muszę się wstydzić.
Panie Krzysztofie, kiedy Pan poczuł, że chce być reżyserem. Po wyrzuceniu ze szkoły filmowej?
- Tak. To był przełom. Wcześniej nie byłem tego pewien. Zastanawiałem się. Dopiero kiedy odeszło mi to sprzed nosa, zrozumiałem, jak bardzo tego chcę. Nawet kiedy parę lat temu proponowano mi stanowisko polskiego ambasadora w Moskwie, podziękowałem za ten zaszczyt, chociaż szalenie mnie pociąga dyplomacja i byłbym niezwykle uhonorowany tak niebywałą karierą, która mi się otwarła pod koniec życia. Jednak zrozumiałem, że wolę tę nędzę reżysera, który będzie dalej zabiegał o pieniądze, znosił furie krytyków i obojętność publiczności. To dla mnie sto razy ważniejsze niż wielki honor na tak eksponowanej placówce.
Przy okazji jest Pan chyba silną osobowością, skoro wybiera Pan akurat tę profesję?
- Wie Pani, to już nie mnie sądzić. Ale na pewno trzeba dużej odporności, aby przeżyć życie. Co ja będę o zawodzie mówić? Bardzo trudno jest w życiu znaleźć taką niszę, w której nie trzeba już odporności.
W swoich filmach porusza Pan problematykę moralną, często psychologiczną, czyli życiową. Jak bliska jest filozofia życiu, temu co codzienne?
- Różna filozofia bywa bliższa lub dalsza. Na pewno w XX wieku filozofia od życia zaczęła uciekać. Jak czytam filozofów analitycznych, fenomenologów, szkołę frankfurcką, to mam wrażenie, że oni bardzo daleko odeszli od życia, ale zawsze po takim okresie wraca nurt sokratejski. Już u egzystencjonalistów to wróciło do życia. Dziś kierunek, który głównie zwalczam, to postmodernizm. On też się jakoś do życia odniósł, tylko moim zdaniem nieszczęśliwie. Oczywiście, jak w każdym nurcie filozofii, tak i w tym są jakieś wartości i ich nie neguję, niemniej chciałbym, aby już ten kierunek przeminął, a w każdym razie ta jego popularna wersja, aby nie rozpowszechniała się zbytnio. Filozofia musi pomagać żyć i objaśniać świat na poziomie dnia codziennego, inaczej robi się jałowa. I myślę, że u nas pojawiają się ciągle filozofowie, którzy potrafią właśnie powracać do tego, co najistotniejsze, od Tatarkiewicza, przez Tischnera, który bardzo był bliski życia i dlatego go ludzie czytali, po Kołakowskiego, który objaśnia życie w taki sposób, że człowieka z ulicy może to zainteresować. Taką filozofię również bardzo lubię, natomiast tę akademicką mniej, bo nie jest mi ona do życia potrzebna. Jeśli chodzi o doskonałość konstrukcji, wolę jej szukać w matematyce?
Czym różni się reżyseria filmowa od teatralnej?
- Jest jeden punkt, w którym bym widział największą różnicę. Mianowicie w reżyserii filmowej jestem gospodarzem, w reżyserii teatralnej jestem bardziej gościem, jakby akuszerką, która pomaga w narodzinach. Rola reżysera jest tu inna. Ale przede wszystkim trzeba powiedzieć, że kino najbardziej lubi rejestrować zdarzenia niepowtarzalne, prowokować sytuacje, gdzie aktorzy zagrają tak, jak nigdy więcej. A w teatrze podstawą jest powtarzalność - to, co zrobimy, musi być i za dwa lata zagrane tak samo. To jest różnica warsztatu. Inna jest świadomość aktora i inne muszą być środki, żeby tę pozorną naturalność osiągnąć.
Reżyseruje Pan głównie w teatrach poza granicami naszego kraju, najwięcej we Włoszech. Jak sztuka filmowa czy teatralna postrzegana jest i odbierana właśnie chociażby we Włoszech. Lepiej?
- Inaczej. Na nas ciąży wiek XIX i misja ratowania tożsamości, którą sztuka podjęła. Stąd sztuka nigdy nie była dla nas rozrywką, a pewnym surogatem naszej suwerenności, którą jako państwo utraciliśmy. Stąd nasi poeci symbolicznie pochowani obok królów na Wawelu. We Włoszech tak nie jest. Chociaż powtórne zjednoczenie Włoch, które nastąpiło 150 lat temu, to też był moment, w którym sztuka odegrała ogromną rolę, i powiedzmy rola Verdiego jest porównywalna do roli Chopina. Tylko Verdi był piewcą marzenia o zjednoczonych demokratycznych Włoszech, a Chopin był piewcą polskości, utraconego państwa, powrotu do naszych korzeni, folkloru, do nostalgii i smutku, który w jego muzyce jest tak obecny. Tym wszystkim różni się sztuka polska od włoskiej.
Kiedy jest sztuka, są też jej recenzje. Mówią, że o gustach się nie rozmawia, ale przecież - przynajmniej takie się ma wrażenie - każda recenzja, z założenia obiektywna, będzie w części subiektywna.
- Nie do końca. Myślę, że to jest godzenie się na pewne przestawienie akcentu, które jest przestawieniem wadliwym. Recenzja nie służy ocenianiu. Zaczęło się to mylić z supermarketem i stawianiem gwiazdek, co jest rzeczywiście subiektywne i pozbawione znaczenia. Mnie nie obchodzi sąd, krytyka, mnie obchodzi jego rozumowanie. To znaczy to, co on w utworze zobaczył i gdzie on utwór usytuował. Jak on go widzi w kontekście i jakie on znaczenia odnalazł lub jakich mu zabrakło. Co innego jest zrozumieć, opisać utwór i odnaleźć jego kontekst, wytropić jego sensy czy ich brak, a co innego jest położyć go na wagę. Są wielcy krytycy, którzy potrafili napisać recenzję sceptyczną, wskazującą braki i niedostatki, i ja się z tych recenzji czegoś nauczyłem. Jestem za te recenzje wdzięczny, chociaż one są niepochlebne. Są i pochwały, na które - jak każdy - jestem łasy, ale są one głupie i nic z nich nie wynika. Ktoś mnie często chwalił, ale nie za to, co wydawało mi się, że w moim filmie było ważne, czyli nie zobaczył tego, co było moim najważniejszym zamiarem. Także to jest bardzo rozmaite, a element subiektywności przenosi się do dzisiaj w kulturze tabloidalnej, gdzie człowiek się śpieszy, nie ma czasu czytać, a jak chce iść do kina, to sprawdza, ile gwiazdek recenzent postawił przy filmie. A tak naprawdę osoba recenzenta się nie liczy. Była kiedyś pewna dziennikarka we "Wproście", która śmiało wygłaszała aroganckie oceny, a jak odeszła z "Wprostu", to nikt nie pamiętał, jak się nazywała, bo ona była po prostu nikim. Natomiast gdyby pan Bolesław Michałek w swoim czasie przeniósł się z jednego pisma do drugiego, to nikt by nie przestał pytać o jego opinie, bo one były interesujące.
A produkcja filmowa? W jaki sposób zostaje się producentem i czy trudno jest pierwszy raz wyprodukować coś w dziedzinie sztuki? W Pana przypadku był to film, produkuje się też muzykę, wielkie przedsięwzięcia sceniczne.
- Oczywiście i to są wspaniałe doświadczenia. Sam dzielę te doświadczenia z konieczności, ale gdybym znalazł producenta, który lubi moją sztukę, to bym bardzo chętnie scedował na niego te wszystkie troski, które mnie mordują. Jednak z drugiej strony, żeby coś powstało, to muszę w tym procesie produkcji brać udział. To jest trudne i niewdzięczne zajęcie. Producent zupełnie inaczej widzi utwór aniżeli artysta. Producent musi przede wszystkim zrozumieć, jaki jest adres, grupa docelowa odbiorców, jakiego kalibru to jest armata i jaką kulą trzeba strzelić.
Łatwo się pozyskuje sponsorów?
- Sponsorów się w ogóle nie pozyskuje, bo ich w Polsce nie ma. Jest to biedny rynek i sponsorzy zdarzają się bardzo rzadko. Ja jeszcze nie spotkałem żadnego sponsora, aż się dziwię, bo moja twórczość ma pewien wyraz również ideowy, myślowy, kulturowy i spodziewałbym się, że mogliby być ludzie na rynku, którzy by podzielali moje poglądy i chcieli takie poglądy promować. Mój adres jest dostępny w Internecie i na razie nikt się nie zgłosił, nikomu nie przyszło do głowy, żeby zaryzykować, czy nawet utracić jakieś pieniądze po to, żeby takie zapatrywania na życie, które ja proponuję, znalazły publiczny wyraz. Tak działa prawdziwy, świadomy sponsor, i ja cały czas czekam, że oni się narodzą. Ludzie, którzy w Nowym Jorku dokładali się do tego, aby inni mogli w Metropolitan Opera zobaczyć kolejny spektakl, to dojrzali kapitaliści, którzy wiedzą, dlaczego promują kulturę wysoką. Myślę tu z wdzięcznością o fundacji Carnegie’ego, Melona czy Rockefellera. U nas do opery dokładał się pan Kulczyk i chwała mu za to, ale do filmu to się najtrudniej przebija, bo to są największe pieniądze i jakby przestrzeń największej niepewności. Mimo, że z punktu widzenia ideowego film najbardziej warto sponsorować.
Jest Pan członkiem m.in.. Europejskiej Akademii Filmowej, Polskiej Akademii Filmowej, wielokrotnie zasiadał Pan w jury wszelkich festiwali. W jaki sposób pracują tego typu akademie przyznające takie wyróżnienia, jak Orły, Feliksy, Wiktory, w muzyce Fryderyki?
- Są to ankiety i głosowania, i wolałbym o tym za wiele nie mówić, bo nie jestem entuzjastą tych procedur. Zawsze podejrzewam, że wiele głosów oddaje się bez obejrzenia filmu, raczej ze względu na układy towarzyskie czy świadomość, że ten film się wszystkim podobał, to pewnie i mnie by się podobał. Amerykańska Akademia zaczęła już sprawdzać, czy ludzie głosujący naprawdę widzieli te filmy, bo dochodziło czasami do bardzo dalekich przekłamań.
Panie Krzysztofie, co jest istotą sztuki i jakie jest jej przesłanie? Po co tworzymy?
- Gdybym ja to dobrze wiedział, to zamiast tworzyć wysyłał ,bym SMS-y do studentów i dziennikarzy, a przecież ja tego naprawdę do końca nie wiem. Mam intuicję, że sztuka jest tym elementem, który pomaga człowiekowi wznieść się trochę wyżej, w jakimś duchowym rozwoju. Ale to brzmi szalenie mętnie. Bo co to znaczy duchowy rozwój? Między barbarzyńcą z maczugą a Matką Teresą z Kalkuty jest cała przestrzeń człowieczeństwa. Można być człowiekiem bardziej albo mniej, można być prawie zwierzęciem i można być prawie aniołem. I w tym sztuka pomaga, bo otwiera nam oczy, bo pozwala nam zobaczyć świat oczyma drugiego człowieka. Dopiero jak potrafimy wniknąć w spojrzenie innych ludzi, to naprawdę mamy to spojrzenie bogate. A inaczej jesteśmy skazani na "autyzm", zamknięcie w sobie i o tyle jesteśmy prymitywniejsi i głupsi.
Fot. KAPiF 
|