 Choć wiele ról ma w dorobku i zapewne wiele przed sobą, to najbardziej cieszy go grana nieprzerwanie główna rola, o którą nie trzeba zabiegać w castingu. Ta życiowa - daleka od ideału, a mimo to najpiękniejsza, bo nieprzewidywalna. O życiu bez biznesplanu, widzianym męskim okiem, śpiewająco opowiada na najnowszej płycie o znaczącym tytule: "Mój film"
Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Do czasu programu "Jak oni śpiewają" nie był Pan szerzej kojarzony z piosenką, jednak udział okazał się przełomowy, bo zaowocował muzycznym debiutem. Program ożywił muzyczne wspomnienia z dzieciństwa i rozbudził apetyt na śpiewanie?
- Aż tak daleko bym nie sięgał, choć w pewnym sensie rzeczywiście jest to ciąg dalszy muzycznej przygody z dzieciństwa. Od programu minęły już ponad trzy lata, a mnie się wydaje, jakby to było wczoraj. W życiu człowieka tak się dziwnie składa, że decyzje, jakie podejmuje, przybierają czasem zupełnie inny obrót. Gdy postanowiłem, że kończę ze śpiewaniem, bo piosenek aktorskich Osieckiej, Kreczmara, Satanowskiego już się naśpiewałem na festiwalach, w programach telewizyjnych i na scenach, pojawiła się propozycja udziału w "Jak oni śpiewają" i - ku własnemu zaskoczeniu - zgodziłem się, myśląc wtedy, że to najgłupsza decyzja w moim życiu.
Było dużo wątpliwości, czy w ogóle nie trzeba było Pana namawiać?
- Wątpliwości było mnóstwo. Do tej pory żartuję, że chyba było wtedy za gorąco i decyzję podjąłem w wyniku udaru słonecznego. Tak się złożyło, że propozycja zbiegła się z zaproszeniem do udziału w "Tańcu z gwiazdami". Ani jedna, ani druga oferta nie była w kręgu moich zainteresowań. Bałem się konfrontacji i oceny milionów widzów. Wybrałem śpiewanie z tej prostej przyczyny, że próby można robić w samochodzie. Z tańcem byłoby to niewykonalne. Ostatecznie padło "tak". Nie wiem, czy zadecydowała intuicja, czy 20 lat doświadczenia z piosenką aktorską. A może zwykła ciekawość rozrywkowego człowieka i chęć spróbowania innego rodzaju śpiewania. Towarzyszył mi jednak lęk, że mogę odpaść w pierwszym odcinku.
A tu taka niespodzianka?
- Niezwykła. Zupełnie nie spodziewałem się, że dojdę do finału. W trakcie realizacji programu padła propozycja nagrania płyty. I tak powstał mój pierwszy album "Polk in Love" - swingowo-jazzowy, dokładnie taki, jakiego sam chciałbym słuchać.
Te pierwsze szlify w rodzinnych stronach pomogły znaleźć się dziś w tym, a nie innym miejscu i wejść na własną drogę muzyczną?
- Myślę, że każda edukacja, choćby najkrótsza, daje jakiś efekt w przyszłości. Moje dzieciństwo było wypełnione muzyką. Mój dziadek i ojciec grali wprawdzie nie zawodowo, ale na własny użytek, dziadek na tubie, tata na akordeonie.
Dorastał Pan w muzycznym otoczeniu.
- Tak, muzyka zawsze była obecna w moim domu i ona nauczyła mnie pewnej wrażliwości. Podobnie ze szkołą muzyczną: opanowałem grę na akordeonie, fortepianie, perkusji czy gitarze, ale to tylko rzemiosło, umiejętność. Szkoła muzyczna zrobiła rzecz znacznie ważniejszą - ukształtowała mój styl muzyczny. Do tej pory pozostała mi miłość do muzyki klasycznej, której często słucham, bo na tle radiowej młockarni ten gatunek jest wytchnieniem. Epizod z grupą rockową miał jedynie wymiar młodzieńczego buntu.
Jest Pan dowodem na to, że nawet w małej miejscowości na Śląsku można rozwijać zamiłowanie do sztuki. Skąd pomysł na naukę w szkole muzycznej i upór, bo choćby ze względu na dostęp do edukacji muzycznej nie było łatwo? Kto zaszczepił w Panu muzycznego bakcyla?
- Zaczęło się od fascynacji ojcem, który był technologiem. Muzyka była dla niego odskocznią od pomiarów, rysunków technicznych i kalkulatorów. Podziwiałem go i bardzo podobało mi się, jak grał. Pewnego razu założył mi akordeon i nauczył pierwszej gamy, a że chciałem więcej, wysłał mnie na próbę do dziecięcego ogniska muzycznego, gdzie stwierdzono, że dobrze rokuję i nie zaszkodzi sprawdzić w szkole muzycznej, czy coś z tego będzie. Ja sam byłem wówczas nieświadomy tego, co mnie czekało. Co drugi dzień musiałem dojeżdżać na zajęcia 20 km, co dla młodego chłopaka było bardzo trudne. Szczególnie, gdy za oknami widziałem rówieśników, którzy bawią się i grają w piłkę, a ja musiałem wziąć nuty pod pachę i gnać na dworzec. I tak przez pięć lat. Nie ukrywam, że nie był to różowy okres w moim życiu i czasem miałem serdecznie dość, szczególnie że akordeon jest instrumentem ludowym i często się go wstydziłem. Ale dzisiaj jestem dumny, że opanowałem grę na tak trudnym i rzadkim, a zarazem oryginalnym instrumencie.
Do tej pory Pan grywa?
- Cały czas mam akordeon w domu i mogę zagrać, mimo że palce nieco skostniały, co jest naturalne, gdy nie ćwiczy się regularnie. Chociaż pamięć bywa zawodna, miewam jej przypływy, i myślę, że w ciągu tygodnia jestem w stanie na nowo nauczyć się grać, bo mam zakodowane podstawy i wiem, jak wydobywać dźwięki. Takich rzeczy się nie zapomina. Ale zdecydowanie częściej siadam do pianina, bo jest bardziej dostępne.
Zatem dobrze się stało, że podwórkowe rozrywki przegrały z trudami dojazdów do szkoły muzycznej i godzinami ćwiczeń gam w wolnym czasie?
- Bardzo dobrze. Pamiętam kolegów, którzy grali w piłkę, i dzisiaj w ich życiu nie jest im to do niczego potrzebne, nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z nich poszedł w ślady Ronaldo czy Zinedine Zidane’a. Do mnie muzyka wróciła.
Wytrwałość procentuje. Po udziale w programie "Jak oni śpiewają", gdzie był Pan o włos od wygranej, nagrał Pan pierwszą płytę z klasykami w klimacie jazzu i swingu. Standardy dają dobry warsztat?
- Myślę, że najlepszy. Na niczym człowiek nie uczy się tak dobrze, jak na elementarzu. Repertuar był miły dla ucha, ale wymagający. W końcu mierzyłem się z klasyką. Z drugą płytą było jeszcze trudniej. Jestem już dojrzałym mężczyzną i chciałem, żeby ta płyta też taka była. Szczera opowieść ze swingiem i jazzem w tle.
Śpiewając, nie czuje się Pan aktorem, który opowiada historie, tyle że muzyczne?
- Aktorstwo jest w pewnym stopniu ograniczone. W każdej roli zakładam czyjś kostium, na twarz wystudiowaną minę, mój głos staje się narzędziem do wypowiadania cudzych myśli. Na płycie są moje własne emocje, nikogo nie kreuję. Chociaż teksty nie są napisane moim piórem, to podpisuję się pod każdym słowem. "Mój film" nie jest płytą Oresta Możejki, tylko Piotra Polka, który aktorstwo chowa za kulisami.
Można więc powiedzieć, że muzyczny charakter 10 nowych utworów, tym razem uszytych na miarę, po trzyletniej przerwie, odzwierciedla Pańską wrażliwość, a teksty są kluczem do poznania prawdziwego Piotra Polka?
- Zanim doszło do napisania pierwszej litery, wielokrotnie spotykałem się z Jankiem Wołkiem, Markiem Dutkiewiczem czy Wojtkiem Kejne. Godzinami gadaliśmy o życiu i o tym, jak widzę swoją płytę. Roboczym mottem był "Tydzień z życia mężczyzny plus jedna doba". Teksty, choć nie moje, w dużej mierze są o moich uczuciach i doświadczeniach dojrzałego mężczyzny.
Czuje się Pan głosem pokolenia, wypowiadającym głośno uniwersalne, współczesne lęki i smutki?
- Nie wiem czy pokolenia, ale na pewno nabrałem odwagi, by o życiu śpiewać dojrzale i wprost.
Na czym owa dojrzałość polega?
- No właśnie. Tu dochodzimy do sedna, czyli postrzegania dojrzałości przez pryzmat czegoś więcej niż zmarszczka i siwy włos. Dojrzałość artysty polega na odwadze i wiedzy, że jak się bierze ołówek do ręki, to każde słowo i nuta coś znaczy, a utwór nie jest zlepkiem zasłyszanych dźwięków, podobnych do wszystkiego, albo do niczego. Tymczasem Seweryn Krajewski, Włodzimierz Korcz, Krzesimir Dębski, Jarosław Kukulski, Romuald Lipko to ludzie, którzy z całej klawiatury wyciągną kilka dźwięków i stworzą melodię prostą, a przez to najbardziej ujmującą, bo w świecie pełnym muzycznej pstrokacizny ja się po prostu gubię.
Czy dobór męskiej ekipy współtwórców płyty też był świadomym zabiegiem?
- Tak, chciałem, żeby moje historie opisali mężczyźni, bo te historie są też historiami każdego z nich. Jeżeli powiem, że wiem, jak smakuje łza, to nie jest to nic odkrywczego, ale Janek Wołek napisze, że czasem łza jest "tak słona, że nie spływa z rzęs", dodając do znanego nam obu doświadczenia poezję, której ja nie ośmieliłbym się znaleźć, bo nie umiem.
Trudno było przekonać do współpracy tak doborowych muzyków i mistrzów pióra?
-Ja mogę być im wdzięczny, że mi zaufali, i dumny, że oddali mi kawałek swojego talentu.
Od razu odczytali Pańskie intencje i wyczuli, co Panu w duszy gra?
- Spotykałem się i rozmawiałem. Opowiadałem, jak wyobrażam sobie tę płytę.
Siła męskich rozmów?
- Tylko tak można było rzetelnie podejść do pracy nad płytą. Każde słowo i każdą nutę poprzedzały długie rozmowy.
Praca od obu stron wymagała zaufania. Czy teraz, gdy najnowsza płyta jest gotowa, może Pan powiedzieć, że nie zostało ono zawiedzione?
- To ocenią słuchacze. Zostałem wierny swoim fascynacjom muzycznym, nie mieniłem się na tej płycie.
Powiedział Pan kiedyś, że rzeczy wartościowe żyją krótko. To wciąż aktualna teoria? Jaki żywot przewiduje Pan w świetle tego osądu dla swoich płyt?
- Gdybym znał żywot płyt, filmów, projektów artystycznych z moim udziałem, byłbym bardzo bogaty. Niestety nie znam i nie mam pojęcia, jaka będzie ich przyszłość. Kiedyś zapytano mnie też, dla kogo jest ta płyta. Odpowiedziałem, że chociaż jest śpiewana przeze mnie, to nie opowiada o mnie, lecz o życiu, o stanach, emocjach, tęsknotach, obawach każdego z nas, jedynie widzianych z mojego punktu widzenia. Gdybym śpiewał o kolorowych kwiatach i motylach, poczułbym, że w kobiecych ustach brzmiałoby to lepiej. Ale śpiewam o życiu - szczerze, czasem brutalnie, bo i ono takie bywa. Mam wrażenie, że ta płyta będzie żyła dopóty, dopóki ktoś, kto po nią sięgnie, zechce jej posłuchać. Trzeba też pamiętać, że niezależnie od tego, jakie niesie wartości, czy wzbudzi w nas uśmiech czy łzy, zawsze pozostanie rozrywką. Chciałem, aby moje płyty były płytami, które nie przeszkadzają, w które można się wsłuchać podczas jazdy samochodem i przy lampce wina. Muzyki zawsze najpierw słucha serce, a dopiero później głowa.
Nie ma instrukcji obsługi, jest za to duża dowolność interpretacji. Na pierwszym singlu deklaruje Pan:"Jest świetnie", ale ironia jest wyczuwalna. Inne piosenki też mają drugie dno?
- Połączenie "Jest świetnie/Jest bezdzietnie" w moim przypadku świadczy jedynie o moim dystansie do siebie. Na mojej płycie wielokrotnie z siebie żartuję, bo popełniłem mnóstwo błędów, zależnych i niezależnych ode mnie, ale mam świadomość tego, że to nieuniknione, ludzkie. Płyta jest przewrotna. Zupełnie jak życie. Tytuł też jest metaforą. Tytuł "Mój film" jest związany ze mną, bo jestem aktorem. Człowiek rodzi się bez castingu i od razu, od pierwszego klapsa, dostaje główną rolę w filmie. I nikt mu jej nie odbierze. Wokół nas pojawiają się odtwórcy ról drugoplanowych, epizodyści, setki statystów, na których nie zwracamy uwagi. Na płycie znalazło się 10 kadrów z mojego filmu.
W tej granej codziennie życiowej głównej roli więcej jest przewidywalności zdarzeń czy improwizacji?
- Nie ma ani minuty na przewidywanie. Praca w serialu polega na tym, że dostajemy odcinki na bieżąco, ale nie wiemy, co wydarzy się w następnym. To, że dzisiaj kochamy tę osobę, nie znaczy, że za sześć odcinków nie pokochamy innej. I my to przyjmujemy, a co dopiero mówić o życiu, które jest jedną wielką improwizacją.
Idąc tym tropem, jest Pan lepszym reżyserem czy aktorem?
- Staram się reżyserować swoje życie, a nie odgrywać rolę.
Często do urodzin, zwłaszcza okrągłych, zwykło się dobudowywać ideologię. Wydanie płyty "Mój film" zbiegło się z Pańskimi 49. urodzinami. Czy czuje Pan ową symboliczną przełomowość, rozpoczynając 50. rok życia?
- To był zbieg wielu wydarzeń. Premiera płyty została zaplanowana na 21 stycznia, a koncert był uzależniony od możliwych terminów w teatrze Syrena i akurat stał się przypadkowym prezentem. Były to wyjątkowe urodziny. Natomiast nie robię żadnych bilansów i rozrachunków. Zresztą półmetek już dawno przekroczyłem, przecież człowiek nie żyje z natury stu lat. Nie mam też kryzysu wieku średniego, bo tak naprawdę mężczyzna nigdy nie dorasta.
Mimo wielu zgryzot i rozterek, o których Pan śpiewa, płyta ma pozytywny wydźwięk; słychać na niej optymizm i wiarę, że upada się po to, aby wstać. To Pana natura i podejście do życia?
- Nic bardziej nie nauczyło mnie pokory i dystansu do tego, co robię, niż błędy, potknięcia i porażki. Sukces z zasady niczego nie uczy, a wręcz odbiera dystans do siebie i ludzi oraz to, co w człowieku najprawdziwsze i najcudowniejsze - szczerość. Nie chciałbym się ciągle potykać i wstawać od nowa, ale jeśli już tak się zdarzy, to wstanę, bo mam w sobie dużo siły i charakter typowy dla Ślązaków. Mam miękkie serce, ale za to twardą tylną część ciała, na którą się upada. Na początku boli, ale z czasem przestaje.
Czy na obecnym etapie ma Pan poczucie realizacji programowego minimum, czy raczej osiągnięcia znacznie więcej niż kiedykolwiek Pan zakładał?
- Nigdy nie miałem biznesplanu swojego życia. W życiu najpiękniejsze jest to, że nikt do końca nie wie, na czym ono polega i jak będzie jutro wyglądało. Do głowy by mi nie przyszło, że nagram płytę, a tym bardziej drugą. Cieszę się, że spotkałem ludzi, którzy odmienili moje życie. Nie bez przyczyny to spontaniczne wakacje są zwykle najlepsze i niezapomniane. 





|