Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

DOROTA ZAWADZKA - Wychowanie to wyzwanie


Miała szczęśliwe dzieciństwo i takie stworzyła synom. Polakom dała się poznać jako ekspertka od niesfornych urwisów i nieposkromionych rozrabiaków. Stała się jednoosobowym pogotowiem ratunkowym dla zrezygnowanych rodziców i ich tudnych pociech, pomagając zbudować relacje oparte na szacunku i dialogu, a widzowie pokochali jej rady, gadulstwo i zdrowy dystans, również w tańcu

Rozmawia BARBARA MITKOWSKA

Zna Pani to: "zawekować i podawać jako lek przeciwko depresji"?
- Tak moi studenci mówili o mnie.

Nie pracuje już Pani na uczelni?
- Już nie, choć to była cudowna praca, bo zajęcia miałam dwa lub trzy dni w tygodniu, w nienormowanych godzinach, a reszta czasu była przeznaczona na działalność naukową. W tej chwili pracuję znacznie więcej niż kiedyś.

Jak to się stało, że Pani psycholog została celebrytką?
- Nie jestem celebrytką, a w telewizji pracowałam wcześniej, zanim zostałam Supernianią. Jestem psychologiem rozwojowym. Miałam na uczelni fakultet telewizja dla dziecka, więc z tej racji zapraszano mnie do różnych programów. Ktoś z Woronicza zadzwonił na uczelnię, że potrzebują psychologa, który zna się na na telewizji. Tak się zaczęło. Brałam udział w audycjach telewizyjnych już w latach 90. Występowałam w "Dzień dobry TVN". Z Anią Szulc pracowałam przy programie "Akademia IQ", z Agnieszką Galicą w programie "Mama i ja". Byłam w ekipie przygotowującej na polski rynek "Ulicę Sezamkową". Nie wyskoczyłam nagle z okienka.

I z marszu została Pani Supernianią.
- Ależ skąd. Ta audycja jest formatem kupionym z Wielkiej Brytanii. Gdy redakcja zaczęła szukać osoby, która ją poprowadzi, na casting zgłosiło się kilkadziesiąt osób. Nikogo nie wybrali i wtedy moja studentka pracująca w telewizji, przypomniała sobie, że występuję czasem w "Dzień dobry TVN". Powiedziała producentce o mnie i ta mnie zaprosiła. Trochę się bałam, ale mąż zachęcał: "Spróbuj". Poszłam. I wygrałam.

Czy do tego programu rodzice, kompletnie sobie nieradzący z dziećmi, byli specjalnie dobierani? Czy to była selekcja negatywna?
- Nie. Absolutnie nie. Oni się sami zgłaszali i bardzo często byli to ludzie, którzy, szukając pomocy, już przeszli potwornie traumatyczną drogę. Niektóre dzieci były po psychologach, neurologach, leczeniach psychotropami, wyjazdach rehabilitacyjnych, zmianach szkół. Często rodzice dostawali radę: "Jak twoje dziecko jest niegrzeczne, to je zlej, będzie grzeczniejsze". I to mówiła pani psycholog! Ci rodzice przeszli drogę przez mękę i nie zastanawiali się, że ich cała Polska będzie oglądać w telewizji. Po prostu szukali pomocy. Mieli trudne dzieci, nie radzili sobie i nikt nie potrafił im pomóc, więc przyszli do telewizji.

Czy to jednak nie była "skrzywiona" reprezentacja naszego społeczeństwa?
- Ja bym się z tym nie zgodziła. Myślę, że ci byli zdecydowanie bardziej odważni, żeby się pokazać. Znam całą masę takich domów, mnóstwo rodzin, które zamiatają problemy pod dywan i udają, że nic się u nich nie dzieje. To często tak zwana "dobra rodzina". A guzik z pętelką. Dobry dom to znaczy dom dobry emocjonalnie. A takich jest bardzo mało.

Odwiedzała Pani różne domy. W niektórych nie było stołu, ale we wszystkich był telewizor. Co się dzieje w polskiej rodzinie?
- Myślę, że nie dzieje się dobrze. Idziemy w złym kierunku. Cały czas w stronę "mieć", a nie "być". Jeszcze niedawno się rozważało, czy mieć, czy być. Teraz już takich pytań zbyt często się nie zadaje. Teraz jest mieć: lepsze, droższe rzeczy. A mnie najbardziej martwi, że nastąpiło absolutne rozluźnienie więzi. Nie ma rodzin wielopokoleniowych. Dorosłość czy starość są uznawane za coś gorszego. Człowiek stary to jest człowiek nic nie warty. Zapominamy o mądrości, o doświadczeniu. Dziadków bardzo często się traktuje w zły sposób, odsuwa się ich. Nie mówię o tych "młodych" dziadkach, którzy są użyteczni, prężni, lecz takich, którzy sami wymagają pomocy. A to jest kłopot. Przecięły się więzi międzypokoleniowe. Ba, rodzice nie rozmawiają z dziećmi, a nawet matka i ojciec nie rozmawiają między sobą. Nie potrafimy tego robić.

Dlaczego tak się dzieje?
- Nie wiem, skąd to się bierze. Matki mi mówią: "Bo on mi nic nie chce powiedzieć". A jak go pytasz: "Fajnie było w szkole?", odpowiada: "W porządku". To pytanie zamknięte. A trzeba zadać otwarte. Zapytaj go tak, żeby on musiał odpowiedzieć całym zdaniem, a nie tylko tak lub nie. Problem w tym, o czym już mówiłam, że rodzice nie rozmawiają ani ze sobą, ani z dziećmi. Brakuje nam szacunku dla starszych i dla dzieci.

Gdy w zeszłym roku była dyskutowana ustawa o przemocy w rodzinie, była Pani w Sejmie?
- Tak, chodziłam doradzać w komisjach sejmowych i senackich. Posłowie pytali, dlaczego ustawa o przemocy w rodzinie, przecież przemoc jest wszędzie. Mówiliśmy jednym głosem przepraszamy bardzo, pierwsze trzy lata życia dziecko spędza w rodzinie, a gdy już chodzi do szkoły, to z niej wraca. I tak najwięcej czasu spędza w domu.

A tam dostaje lanie. Dlaczego wciąż są w Polsce ludzie, którzy uważają, że klaps to nie bicie?
- To kwestia tradycji i wychowania. To brak szacunku dla drugiego człowieka. Już nie mówię o braku szacunku dla dziecka jako dla człowieka, to niedostatek naszych relacji międzyludzkich. U nas panuje przekonanie, że najlepiej komuś przyłożyć, ubliżyć, dokuczyć, bo wtedy będziemy silni i na pewno będziemy mieli rację. A to nieprawda. Ja wychodzę z założenia, że przede wszystkim trzeba pracować z dziećmi. Jeśli chcemy mieć światłe pokolenie, to trzeba edukować. Następne, wyedukowane, może będzie już inne.

Pani uczy rodziców. Z jakim skutkiem?
- Rodzice obstają przy swoich racjach, klapsy to często jedyna forma edukacji, którą uznają. Nawet senatorowie mówili: "Jak przyłożę, to się nic nie stanie". Ja tłumaczę, dlaczego nie można podnosić ręki na dziecko. Homofobia, rasizm - wszyscy się oburzają, a bicie dzieci - nikt się nie oburza. A z tego powinno się robić aferę. Niestety, u nas afera jest dopiero wtedy, kiedy jakaś Wioletka zostanie zabita przez tatusia. Wtedy wszyscy ubolewają, wszyscy są przeciw.

Bardzo często dzieci są ofiarami rodziców, mam na myśli nie tylko sytuacje ekstremalne, lecz codzienne. Oglądając "Supernianię", miałam wrażenie, że trzeba robić pranie mózgu nie dzieciom, lecz rodzicom.
- Ma Pani rację. Ale to jest błędne koło. Bo jeżeli chcemy wprowadzić w szkole przedmiot wychowanie do życia w rodzinie, natychmiast napotykamy opór, słysząc, że to nie sprawa szkoły, tylko rodziców. Wtedy pytamy: a czy wy rozmawiacie o tym z dziećmi? No nie, bo to trudny temat. I koło się zamyka. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo chcemy wychować. Ludzi, którzy będą w przyszłości podejmować świadome decyzje, którzy potrafią zadawać pytania i wsłuchiwać się w odpowiedzi, czy barany, za przeproszeniem. A szkoła? Teraz się zdarza, że uczeń, który mówi w szkole, że ma inne poglądy, dostaje za to dwójkę. Szkoła nie ma prawa karać za poglądy. Młodzież nie pyta, nie szuka, bo po co ma to robić. I rodzice, i szkoła mówią: "Masz robić tak, jak ja ci mówię". Dają dziecku komunikat: "Nie masz prawa mieć własnego zdania, będziesz dorosły, to będziesz myślał". A wtedy jest za późno, już nie myśli, bo się nie nauczył.

W telewizji dobrych programów o wychowaniu dzieci jest jak na lekarstwo, a za to mamy zatrzęsienie seriali.
- Programów jest sporo, w radiu i w telewizji, ale to nie są popularne tematy. Reklamodawca za to nie zapłaci. Tu jest problem. Telewizja publiczna, czyli misyjna, powinna mieć obowiązkowo programy edukacyjne dla rodziców, a nie ma. Dziś nie ma pieniędzy, a za parę lat będziemy za to płacić my wszyscy.

Jakie największe błędy popełniają rodzice?
- Nie traktują swojego potomka z szacunkiem, niezależnie od tego, czy ma tydzień, czy 18 lat. Bardzo wielu rodziców nie szanuje swoich dzieci. Robią i mówią rzeczy, których nigdy by nie zrobili i nie powiedzieli w stosunku do dorosłego. To jest podstawowy grzech rodziców. Druga rzecz to uznanie, że jakoś to będzie, że dziecko jakoś się wszystkiego dowie, że jakoś wyrośnie, że oni tak naprawdę niewiele muszą. Jeśli dziecko ma jedzenie, pokój i babcię, a czasem z nim pójdą do kina, to wszystko będzie dobrze. Nie wkładają żadnego wysiłku. A wychowanie dziecka to praca, to odpowiadanie na milion pytań dziennie, czasami trudnych, czasami niewygodnych, czasami głupich. To poświęcanie czasu, uwagi, skupianie się na tym, co dziecko mówi. Rozmowa z dzieckiem. Zaspokajanie wszystkich jego potrzeb. Niestety, są rodzice, którzy tylko kupują uwagę dziecka. To ci, którzy sami nie mieli, ale ich dziecko będzie miało. Oni nie byli, a ich dziecko pojedzie. To są ci, którzy starają się zabezpieczyć przyszłość swego potomka dobrami materialnymi, nie dając mu kompletnie nic, co można nazwać dobrą emocją. A jeśli są emocje, to niedobre - pretensje typu: ja dla ciebie żyły sobie wypruwam, a ty masz to w nosie.

Może rodzice zatracili instynkt wychowawczy?
- Ja bym to nazwała intuicją w wychowywaniu. Gdzieś to zatraciliśmy. Mam konto na facebooku, a tam 15 tys. Fanów. Większość to kobiety. Siedzą ze mną, gadają, żartujemy. Z tych rozmów wiem, że wielu rodziców idealnie zajmuje się swoimi dziećmi tak gdzieś do trzeciego roku życia. Potem oczekuje, że jakoś to będzie.

Dlaczego tak się dzieje?
- Rodzicom się wydaje, że dzieci już wychowali. Dzieci poszły do szkoły, więc wychowuje je szkoła, środowisko, telewizja. Pytam: "A co dzieci jedzą?" "A to, co jest w domu". "A co Twoje dziecko robi w swoim pokoju?" "Nie wiem, coś tam przy komputerze". "A co robi po lekcjach?". "A chodzi na jakieś zajęcia pozalekcyjne". Co na tych zajęciach robi - to już ich nie interesuje. A bycie rodzicem to nie jest tylko fizjologia i biologia.

Są zapewne tacy, którzy chcieliby być dobrymi rodzicami, ale mają świadomość, że nie są. Co Pani by im powiedziała?
- Jak już mają świadomość, że by chcieli, to już jest bardzo dużo. Jeśli chcieliby mieć wsparcie, to mogą mieć. Poradników jest zatrzęsienie. Gdy urodzili się moi synowie, była jedna książka: "Dziecko" Benjamina Spocka. Teraz są póły książek. Ja nie mówię, że wszystkie trzeba znać, ale choć jedną, raz na rok, warto kupić i przeczytać.

Jaki jest odzew czytelników na Pani książki?
- Moja pierwsza książka "I ty możesz mieć superdziecko" to abecadło dla rodziców, którzy nic wcześniej nie czytali. Podobnie druga. Sprzedawały się świetnie. Następnych nie miałam czasu pisać. Irena Stanisławska zadawała mi pytania i nagrywała. Ja mówiłam, mówiłam, mówiłam, a ona to spisywała. Matki mi mówią, że czuć w tych książkach emocje. Mają wrażenie, że z kimś rozmawiają, że rady są proste, zwyczajne.

Czy w Pani domu bywał karny jeżyk, taki jaki pokazywano w telewizji?
- Nie, absolutnie. Karny jeżyk nie jest karą. Widzowie to tak postrzegali, a to kilka minut odosobnienia, czas wyciszenia dla matki i dla dziecka, by uspokoić emocje. W moim domu nigdy nie był stosowany. Ja jestem gadułą i lubię rozmawiać. Z moimi synami gadaliśmy i teraz, gdy są dorosłymi ludźmi, nikt ich nie przegada. Mieli ogromny trening w argumentowaniu, w szukaniu odpowiedzi, w znajdowaniu rozwiązań.

Były jakieś błędy wychowawcze w Pani wykonaniu?
- Oczywiście, że były. Każda matka je popełnia. Jak synowie byli mali, byłam nadopiekuńcza. Wydawało mi się, że jak się przewrócą, to będą nieszczęśliwi, a ja sobie z tym nie poradzę. Gdy syn miał 5 lat, przyszedł z przedszkola i zażądał od swojego taty, by poszedł z nim na plac zabaw. Bo co z tego, że on umie pisać, czytać i liczyć, a nie umie pluć. A chłopcy w przedszkolu umieli i to była wartość. I poszli uczyć się pluć. Miałam mieszane uczucia. Moim synom czytaliśmy książki, potem sami czytali, chodzili do teatru. Byli dziwni, bo wśród ich kolegów nie było to normą. Mnie w dzieciństwie czytano książki, więc i ja je czytałam swoim dzieciom.

Miała Pani szczęśliwe dzieciństwo?
- Tak. Miałam bardzo dobre dzieciństwo. Żyłam w domu kobiet. Był tata oczywiście, ale poza nim trzy dorosłe kobiety. Jak miałam problem, to zawsze mogłam porozmawiać o nim z mamą, ciocią albo babcią, bo zawsze któraś była w domu. Miałam wrażenie, że jak coś mówię, to zawsze któraś mnie słucha. Od dziecka rosłam w przekonaniu, że to, co mówię, jest ważne. Wyrastałam w poczuciu, że jestem osobą ważną.

Gdy się Pani rozwiodła, szybko znalazła sobie drugiego męża.
- O nie, wcale nie szukałam. Sam się znalazł. Zawsze uważałam, że kobieta sobie poradzi bez mężczyzny. Dla mnie mężczyzna jest partnerem, a ja nie jestem do niego dodatkiem. Bardzo wiele kobiet myśli, że są dodatkiem do mężczyzny, często nie mają poczucia swojej indywidualności. A przecież kobiety lepiej sobie radzą bez mężczyzn niż mężczyźni bez kobiet.

Popiera Pani feministki?
- Znam takie, które robią złą robotę i zachowują się w sposób skandaliczny. Nie chciałabym spotkać ich na swojej drodze. Mam niezbyt dobre doświadczenia z feministkami, z ich agresją. Ja nie uważam się za feministkę, a o prawa kobiet walczę i o tym mówię.

Zaczepiają Panią ludzie na ulicy?
- Zawsze. Moja rodzina, synowie, ludzie, którzy nie doświadczają popularności, uważają, że najlepiej iść pół kroku za mną. Słyszą szepty: "widziałaś, widziałeś?". Niedawno jechałam do Rybnika. Wsiadłam do przedziału, gdzie siedziała dziewczyna, zwyczajnie, fajnie nam się gadało. I przychodzi konduktor. Sprawdza bilet, patrzy na mnie i mówi: "A to Pani jest ta słynna superniania". Ja na to, że nie wiem, czy słynna, ale Superniania. Zamykają się drzwi, a dziewczyna: "To Pani jest tą Supernianią? Ja nie mam telewizora i nigdy Pani nie widziałam, ale koleżanki w pracy oglądały ten program i wiem o Pani wszystko". Ludzie, którzy mnie rozpoznają, zawsze są mili. Nie zdarzyło mi się nigdy, żeby ktoś do mnie podszedł i powiedział, że robię coś głupiego czy złego.

Niektórzy mieli Pani za złe, że poważna niania brała udział w "Tańcu z gwiazdami".
- A dlaczego? Od tańca rozumu przybywa. Namawiam rodziców i dzieci na zajęcia ruchowe, bo to rozwija drugą półkulę mózgu. Ludzie, którzy tańczą, mają bardziej podatny umysł na nowe doświadczenia. A tym, o czym pisze plotkarska prasa, tym ciemnogrodem postanowiłam w ogóle się nie zajmować. I tego się trzymamy razem z mężem.

Czasami napiszą coś miłego, na przykład, że odchudziła się Pani 20 kilo. To pociecha dla wszystkich zrzucających wagę, że jednak można.
- Odchudziłam się 18 kilo przez pół roku na diecie Ducana. Trzy kilo na miesiąc to żaden wielki sukces. Odchudzaliśmy się razem z mężem, wspieraliśmy się wzajemnie.

Z mężem, Robertem, jesteście prawie nierozłączni, na ten wywiad też przyszliście Państwo razem.
- Mąż bardzo mnie wspiera. Pełni rolę mojego menadżera i asystenta. Świetnie gotuje. Bardzo dużo czasu spędzamy razem, chodzimy do kina, teatru i opery, podróżujemy. Z tym że nie samolotem, bo ja panicznie boję się latać. Oboje lubimy gry planszowe. Ja uwielbiam scrabble i puzzle.

Czyta Pani opinie o sobie na forach internetowych?
- Czytam, jeśli nie wszystko, to zdecydowanie większość wypowiedzi na forach. Są one różne, ale ja skupiam się tylko na głosach merytorycznych. Jeśli ktoś nie ma argumentów i wyrzuca swoje frustracje, jad i żółć, to ja się tym nie przejmuję. Stwierdzam ten fakt i nic więcej. Lubię Internet, mam dwa konta na facebooku. (Dwa i pół - dodaje pan Robert, mąż pani Doroty. - Mieszkasz w Internecie.)

Wiem, że teraz jeździ Pani na spotkania z rodzicami i dziećmi, w przedszkolach, szkołach i kinach. Można też Pani słuchać w radio i oglądać w audycji "Świat według dziecka". Podobno szykuje się kolejny nowy program z Pani udziałem?
- Mam maraton spotkań. Dwa razy w tygodniu jadę gdzieś w Polskę. A w telewizji przygotowuję program o szkole, inny niż poprzednie. Wymyślony przez nas, nie z importu. To będzie publicystyka z tzw. Wyższej półki. Ja się śmieję, że to coś między Drzyzgą a Pospieszalskim. Będą tam poruszane poważne, często kontrowersyjne tematy. Chciałabym, żeby to był taki kij w mrowisko w polski system oświatowy. Premiera 15 kwietnia w TVN Style. Audycja będzie emitowana raz w tygodniu.

Fot. KAPiF


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.