Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

DANIEL OLBRYCHSKI - Z talentem trudno się ukryć


Jestem silny. Jestem bardzo silny, a jeszcze do tego jestem słaby. W związku z tym jakie to cudowne, że miałem szczęście i możliwość zagrać ludzi, którzy byli uosobieniem siły i słabości

Rozmawia EWA PLOPLIS-OLCZAK

Jest Pan niekwestionowaną gwiazdą kina i teatru. Ma Pan ogromny dorobek artystyczny. W ilu filmach i ilu sztukach grał Pan?
- W tej chwili nie umiem tego powiedzieć. Cały czas gram. Co jakiś czas trzeba dane weryfikować. Moja żona, która od kilkunastu lat jest moim menadżerem, a od kilku lat żoną, co jakiś czas te dane uaktualnia. Wie Pani, aktorzy mają strasznie wybiórczą pamięć. Żeby ośmielić się grać, trzeba znać na pamięć tekst, tak żeby nie myśleć, jakie słowo będzie następne, czyli trzeba umieć tekst nieomal jak pacierz. Wtedy dopiero można bawić się grą. To wymaga kilkuset powtórzeń. Zajmuje to potworną ilość czasu. Uczę się tekstów w najrozmaitszych okolicznościach, nawet jeżdżąc konno. Jeszcze trudniej to przychodzi, jeśli się gra w obcych językach. W filmie często się zdarza, że gra się z dnia na dzień. Czasami zmiany tekstu dostaje się późno w nocy. Tak bywa nawet w wielkich, profesjonalnych produkcjach, np. przy produkcji filmu "Salt" z Angeliną Jolie. Idąc do łóżka w hotelu w rezydencji na Manhattanie, słyszałem szelest wsuwanej koperty pod drzwi mojego pokoju. I znowu zamiast iść spać, musiałem uczyć się tekstu i wargi wprowadzać w ruch. Tak, mówię wargi, bo jest to także pamięć mięśniowa. To zabiera tyle czasu. Tyle książek można by w tym czasie przeczytać. Tyle miłych rzeczy zrobić. Tyle butelek wina wypić. Ale taki to zawód. Nikt nie wymyślił lepszego sposobu. Nie mamy pamięci bardziej wyćwiczonej niż normalni ludzie. No, może troszkę, więc pamiętanie, w ilu filmach zagrałam, nie zajmuje mojej pamięci. Zapominam nazwiska, twarze. Mam bardzo szczególny rodzaj pamięci, który musi obejmować wiele godzin tekstów, ról, wierszy klasycznych i filmów, których muszę się uczyć często z dnia na dzień. W związku z tym musi być ktoś, kto porządkuje tę wiedzę. W moim przypadku jest to moja żona.

Proszę opowiedzieć o swoich ostatnich i obecnych rolach.
- Obecnie mam luksus, że nie muszę uczyć się żadnego tekstu. Nie gram i nie przygotowuję się do roli w żadnym filmie. Stosunkowo niedawno skończyłem zdjęcia do "Bitwy Warszawskiej" Jurka Hoffmana. W minionym roku w kraju robiłem także "Czas Honoru". W 2009 roku zagrałem po angielsku w filmie "Salt" z Angeliną Jolie. Po rosyjsku grałem w filmie Sołowiowa "Adnoklasniki r.u.", po francusku i trochę po węgiersku w filmie Miklosa Jancso "Szlag trafił sprawiedliwość". To był pracowity rok. Obecnie z ogromną przyjemnością kilka razy w miesiącu, gram w sztuce Woody Allena w teatrze u Michała Żebrowskiego. W minionym roku, chopinowskim, brałem udział w kilku koncertach poetyckich, np. w Bielsku, gdzie recytowałem moje ukochane wiersze, m.in. Norwida. To praca połączona z dużą przyjemnością. A ostatnio Marta Meszaros zaproponowała mi interesującą rolę w filmie o Marii Skłodowskiej-Curie.

Od wierszy wszystko się zaczęło...
- Tak. Recytację wierszy polubiłem już w szkole jako uczeń. Później w Młodzieżowym Studiu Poetyckim Andrzeja Konica. W latach 60. i 70. było to moim sposobem na utrzymanie rodziny, bo w tym czasie z filmu i z teatru wyżyć się nie dawało. Najbardziej popularni aktorzy zapraszani byli do Empików i domów kultury. Ze wzruszeniem wspominam, jak publiczność po zaspokojeniu swojej ciekawości jak się pojedynkowałem, czy jak wbijano mnie na pal, zasłuchiwała się w Norwida, Mickiewicza, Słowackiego, Herberta, potem w Miłosza. Teraz też czasem biorę udział w takich koncertach i robię to z wielką przyjemnością, chociaż nie jest to już konieczność finansowa.

Jakie cechy charakteru zdecydowały o Pańskim sukcesie?
- Charakter może będzie na końcu. Najpierw były rzeczy ode mnie niezależne, los, przypadek i szczęście.

Ma Pan przede wszystkim szczęście i talent, czy talent i szczęście?
- Hmm, ta druga wersja, bo gdybym nie miał talentu, nie byłoby o czym mówić. Utalentowanych ludzi jest wielu. Z talentem trudno się ukryć w tak niedużym kraju jak Polska. Trudniej jest zaistnieć w Stanach Zjednoczonych czy w Rosji, gdzie jest większy rynek filmowy. W Nowym Jorku, gdzie moja córka zajmuje się projektowaniem mody, gdy ktoś mówi "jestem aktorem" słyszy "aha, a w jakiej restauracji pracujesz?". Aktorów, którym się udało i są rozpoznawalni, jest mało, pozostali, których jest cała masa, muszą sobie radzić inaczej i pracują często jako kelnerzy czy kierowcy taksówek. Nie wiadomo, czy zabrakło im talentu, czy szczęścia. W moim przypadku talentu nie zabrakło. Już w 16. roku życia okazało się, że Andrzej Konic, który niedawno zmarł i był jakby moim ojcem chrzestnym w tym zawodzie, wybrał mnie spośród tysięcy młodych licealistów do studia poetyckiego. Wybrał kilka osób, m.in.: Magdę Zawadzką, Marka Perepeczkę, Jana Englerta, Witka Dembickiego. Już wtedy widać było, że wszyscy mieliśmy to "coś" niezbędnego w tym zawodzie - talent. Konic miał dobrą rękę. Wszyscy osiągnęliśmy zawodowy sukces.
Miałem dużo szczęścia, ale szczęściu trzeba pomagać, bo można je mieć i go nie wykorzystać. Gdybym np. zlekceważył szkołę - liceum, uważając, że jestem bardzo zdolny i zarabiam już pieniądze w studiu poetyckim, że trenerzy wielu dyscyplin wróżą mi wspaniałą karierę sportową i że szkoła nie jest czymś ważnym...Gdybym w 63. nie zdał matury i nie dostał się do szkoły teatralnej - nie spotkałbym Andrzeja Wajdy, który w 64., na wiosnę, przyszedł do tejże szkoły szukać bohaterów do "Popiołów". Rozminąłbym się z tym filmem. Tak więc z jednej strony przypadek, ogromne szczęście, że w tym miejscu, w tym czasie zdałem maturę, dostałem się do szkoły teatralnej, Andrzej Wajda postanowił zrobić "Popioły" i, mając pierwszą wizję obsady ze znanymi aktorami, bo miał grać Cybulski i Wilhelmi, w pewnym momencie doszedł do wniosku, że zagrają właściwie dzieci. W związku z tym ruszył do szkół teatralnych. Rektor polecił mu mnie, bo uznał, że rola Rafała jest dla mnie. Powiedział to Wajdzie. Wszystko to było zbiegiem przypadków, w którym miałem udział o tyle, że zdążyłem zdać maturę i że w ciągu tego roku w szkole teatralnej rektor mnie wyraźnie zauważył.

Czyli talent, szczęście, praca i...
- Na pewno także uprawianie sportu. To nie chodzi tylko o ćwiczenie mięśni, ale też o kształtowanie charakteru. W zawodzie aktora i sportowca są ważne dwie rzeczy, pozornie się wykluczające, ale takie, które musi mieć i każdy bokser, i każdy aktor. Trzeba mieć wielką pewność siebie. Nie może być dobrym bokserem ktoś, kto wychodzi na ring i boi się lub jest niepewny. Dobrym bokserem jest się wtedy, gdy podchodzi się do walki z myślą, że się "zabije" przeciwnika i wygra. Z myślą, że będzie się mistrzem świata. Nie chodzi o zarozumiałość, ale o wiarę w siebie, w swoje umiejętności. Tak samo jest w aktorstwie. Trzeba być niesłychanie pewnym siebie, żeby ośmielić się wyjść na scenę i powiedzieć do tysiąca osób na widowni "być albo nie być" i wiedzieć: "mam prawo być Hamletem, będę najlepszym Hamletem świata". Ale trzeba umieć się także przyznać do błędów, mieć pokorę wobec czegoś, czego nie umiem. O czym wie mój trener, mój reżyser, wie publiczność, wie mądry krytyk. Trzeba przyjmować z pokorą sprawiedliwe oceny i mieć świadomość tego, że nie jest się doskonałym. "Nie udało mi się zagrać tej sceny w teatrze dzisiaj, jutro zagram ją lepiej". Oczywiście inaczej jest na planie filmowym. Scen filmowych nie da się doskonalić w nieskończoność. Kilka dubli i rezultat zostaje na zawsze.

Czyli też perfekcjonizm w tym, co się robi?
- Trzeba robić wszystko tak, jak w danej chwili umiemy najlepiej. Ale potem ma się świadomość, chociaż jest już za późno, że można było jeszcze inaczej, jeszcze lepiej. Aktor sam wie, lepiej od krytyka, jak zagrał. Jestem bardzo surowy wobec tego, co zrobiłem przed chwilą. Natomiast mniej surowy wobec tego, co zrobiłem np. 30 lat temu.

Odtwarzał Pan niezapomniane role, m.in. Kmicica, Hamleta, Makbeta czy Otella, które są marzeniem każdego aktora. Pana talent bardzo szybko rozkwitł.
- Jeśli zagrałem dobrze i Hamleta i Kmicica, to zawdzięczam to talentowi i pracy. Ale to wszystko mogło się też nie zdarzyć. Gdybym nie spotkał na swojej drodze Hanuszkiewicza, nie zagrałbym Hamleta. Kiedy mi to zaproponował, byłem w odpowiednim wieku do takich ról. Wkrótce posypały się następne szekspirowskie role. Gdyby Jerzy Hoffman nie był we wspaniałej formie i nie kręcił akurat najpierw "Pana Wołodyjowskiego", a potem "Potopu", nie przypadło by mi w udziale nieprawdopodobne szczęście, że - grając Hamleta w Teatrze Narodowym - równocześnie grałem najpiękniejszego bohatera Trylogii. W tym czasie miałem idealny wiek do tych ról. Tak więc szczęście mi bardzo pomogło.

Jednak studia aktorskie ukończył Pan dopiero w minionym roku, w wieku 65 lat. Nie musiał Pan tego robić. Czy to nowy rozdział w życiu? Czy chce Pan rozpocząć karierę pedagoga?
- Z pierwszego roku studiów aktorskich zabrał mnie Wajda. Po "Popiołach" wróciłem grzecznie studiować, jednak sypały się propozycje ról, jedna za drugą. Nie ukończyłem studiów, bo ciągle grałem i to zajmowało mi czas. Dwa lata temu Andrzej Strzelecki zaproponował mi pracę ze studentami na uczelni. Dziwne, że poprzedni rektorzy, moi koledzy: Łomnicki, Łapicki, Englert, nie proponowali mi tego. Za granicą proponowano mi współpracę gościnnie jako pedagoga we Włoszech, Francji i w Moskwie. W Polsce nikt. Dopiero Strzelecki zaproponował mi, żebym poprowadził kurs mistrzowski, ale jako gość. Potem powiedział, że chciałby, żebym był etatowym wykładowcą, członkiem grona pedagogicznego z prawem głosu w różnych ważnych sprawach. Do tego potrzebny był dyplom. Pomyślałem, że to kolejne wyzwanie od losu, może zabawne w moim wieku, ale poważne. A skoro mam trochę czasu...Przy okazji odświeżę sobie, przed egzaminami u wspaniałych profesorów  swoją wiedzę. Dzięki spotkaniu w życiu tak wielu wybitnych ludzi, przeczytaniu tylu książek, mam także wiedzę teoretyczną i teraz ona się przydała. Wiedziałem, że w moim życiu zawodowym została jeszcze jedna przeszkoda, której nie przeskoczyłem. Pomyślałem: "trzeba wrócić i ją przeskoczyć". Zawsze przyświecała mi myśl, że "w życiu koniecznie trzeba coś ścigać; ideę, myśl, a choćby zająca" - to Mickiewicz. Nawet wtedy, kiedy nie wiedziałem jeszcze, kto to napisał. Od czasów, kiedy byłem sześcioletnim chłopcem.

Czym jest dla Pana aktorstwo ?
- Trudno powiedzieć, że jest to zawód jak każdy inny. Nie mówię, że jest to ważniejszy zawód np. od zawodu chirurga. Ale to jest zawód, który trzeba kochać. W życiu najwięcej czasu spędzamy w pracy. Dalej są pewnie sen, miłość, ukochane zwierzęta, przyjaźnie, czytamy książki, upijamy się, jak nam zdrowie dopisuje. Natomiast praca zajmuje nam najwięcej czasu. Więc jest to cudowne, że ma się zawód, który sprawia tyle radości, że można powiedzieć, że jego wykonywanie to cudowna zabawa. Moja praca, sprawiająca mi ogromną przyjemność, jest przy okazji fantastyczną psychodramą. Jest cudownym lekarstwem na to, co przeżywamy w życiu osobistym. Każdy z nas miewa czasem w życiu jakiś stres, czasem przeżywamy tragedie, ale mimo tego musimy wyjść na scenę i grać. Wtedy zawód staje się ratunkiem i lekarstwem na nasze problemy. I to jest fantastyczne. My nie potrzebujemy psychiatrów, psychologów. Bóg dał nam szczęście, że możemy grać. Zdarzyło mi się tak w życiu, że odchodziła ode mnie ukochana kobieta, a ja wtedy grałem w komedii Fredry "Mąż i żona", i grałem zdradzanego męża. Hanuszkiewicz i koledzy myśleli, że zrezygnuję z grania, bo widzieli, jaki dramat przeżywam. Ale okazało się wręcz przeciwnie. Nie mogłem doczekać się występu. W życiu prywatnym cierpiałem strasznie. Jednak gdy wchodziłem na scenę, partnerzy, tekst, rola i cudowna publiczność dawały mi szczęście. Jean-Paul Belmondo stracił córkę, spłonęła żywcem w paryskiej kamienicy. A wieczorem grał komedię Moliera...

Może to nie tylko zawód, lecz także siła, którą Pan posiada?
- Wie Pani, to jest paradoksalne. My aktorzy jesteśmy osobami pełnymi paradoksów i tylko dlatego warto na nas patrzeć. Wydaje mi się, że ludzie w ogóle są pełni sprzeczności i paradoksów, i raptem w nas odnajdują siebie. My mamy tego w nadmiarze. Dobra literatura pozwala nam to pokazać. Czasami ogromną siłę, a czasami wielką kruchość. Mówi Pani, że jestem silny. Tak, jestem silny. Jestem bardzo silny, a jeszcze do tego jestem słaby. W związku z tym jakie to cudowne, że miałem szczęście i możliwość zagrać ludzi, którzy byli uosobieniem siły i słabości.

Zagrał Pan jedną z głównych ról w filmie "Salt" Phillipa Noyce’a. Rzadko zdarza się, aby polscy czy słowiańscy, czy nawet europejscy aktorzy grali główne role w hollywoodzkich produkcjach filmowych. To sukces...
- Amerykanie mają wielu własnych dobrych aktorów, duży własny rynek filmowy. Zresztą tak jest w każdym kraju. Nie można mówić, że jeśli polski aktor nie zrobił kariery w amerykańskim filmie, to jest niewystarczająco dobry. A czy De Niro albo Depardieu potrafiliby zagrać Gustawa Konrada? Repertuar polski najlepiej grają polscy aktorzy. To odnosi się do aktorów w większości krajów. Jedynie brytyjscy aktorzy nie mają bariery językowej i mogą grać w amerykańskich filmach.

Reżyser potrzebował aktora, który mówi biegle po rosyjsku i angielsku. Proszę opowiedzieć, jak doszło do zagrania przez Pana w tym filmie?
- Na to złożył się szereg przypadków. Po pierwsze, musiałem mieć około sześćdziesiątki, bo zagrałem człowieka w takim wieku. Producentom, a zwłaszcza reżyserowi, chodziło o to, aby zagrał tę rolę ktoś z tej części świata. Reżyser kończył szkołę filmową w Australii. Rektorem tej szkoły był Jerzy Toeplitz, który po haniebnym 1968 roku musiał emigrować z Polski i założył szkołę w Australii. Równie wspaniałą jak łódzka filmówka. Z pod jego ręki wyszli wybitni australijscy reżyserzy, którzy stali się potem wspaniałymi hollywoodzkimi twórcami, m.in. Philliph Noyce. Reżyser znał mnie, bo uczył się na filmach Wajdy, które pokazywał im Toeplitz. I jeszcze jeden, kolejny przypadek. Gdy Noyce przygotowywał się do "Salt", spotkał na Broadwayu Andrieja Konczałowskiego, który - na marginesie - dziesiątki lat przyjaźni się ze mną, i zrobił na moje zaproszenie w teatrze w Warszawie Króla Leara. Otóż Noyce zapytał Konczakowskiego, czy jest w Rosji aktor około sześćdziesiątki, mówiący dobrze po angielsku, sprawny fizycznie. Konczałowski mu odpowiedział, że w Rosji może niekoniecznie, ale jest w Polsce Olbrychski, który mówi świetnie po angielsku i dobrze po rosyjsku. Andriej dał mu mój telefon. Potem jeszcze spotkali się ze mną producenci. Zagrałem jedną scenkę. Sprawdzono jaki jest mój angielski i jak mam zamiar zagrać tę rolę. Po spotkaniu z reżyserem i młodymi producentami zapadła decyzja. Jeszcze zanim odleciałem do kraju. Ale potem trzeba było udowodnić, że się na tę rolę zasłużyło. Sądząc po amerykańskiej prasie, udało mi się, bo recenzje miałem świetne.

Miał Pan także szczęście spotkać w swoim życiu wielu wybitnych ludzi...
- To prawda. Spotkałem w życiu wspaniałych ludzi i chłonąłem to, co oni mówili. Najpierw rodzice. Później Wajda, Dygat, Konwicki czy Brandys. Moi przyjaciele: Bułat Okudżawa, Wysocki czy Hanuszkiewicz. To mnie kształtowało. To był mój uniwersytet.

Czy czuje się Pan spełniony zawodowo? Czy raczej wszystko, co najlepsze, jest jeszcze przed Panem?
- To, co w życiu zawodowym udało mi się zrealizować, było jak piękna bajka. To było coś nadzwyczajnego. Coś, o czym nawet nie marzyłem, kiedy zaczynałem swoją karierę aktorską. Teraz, każdego dnia uważam, że już nie przebiję tego, co zrobiłem przedtem. Ale los robi niespodzianki i tym trzeba się umieć cieszyć, tak samo jak kilkadziesiąt lat temu. Strasznie się cieszę, że "załapałem się" na rolę Bogarta, partnerując Kubie Wojewódzkiemu. Gra on tak, jakby Woody Allen napisał sztukę dla niego. Bardzo żałuję, że zdjęto mi Króla Leara. Myślałem, że będę go grać może przez dziesięć lat. Niestety, decyzja ratusza, czy to pani Hanny Gronkiewicz, czy jej urzędnika od spraw kultury, uniemożliwiła mi to. Dziwne, bo sztuka była sukcesem Teatru na Woli. Szkoda, bo od lat w teatrach nie gra się nic szekspirowskiego. Wielki Lear w reżyserii Andrieja Konczałowskiego z kompletem widowni, ze stojącą owacją publiczności po każdym spektaklu. To haniebna decyzja, która była szkodą nie tylko dla mnie, lecz także dla kultury Warszawy, o którą podobno pani prezydent tak szalenie dba. Król Lear miał być tą sztuką, w której mógłbym grać przez wiele lat z ciągle odmładzającą się obsadą aktorską. Ale jak widać bywa i tak, że nawet najszczęśliwszy układ planet może zniszczyć czyjś brak wiedzy, dyletantyzm czy kompleks.
Co dalej może mnie czekać? Zdrowia należy mi życzyć. Bardziej życzyłbym sobie żyć dwa razy dłużej, w tych domach, które teraz mam, z tą żoną, pieskiem, kotami, koniem, niż żeby jeszcze coś więcej zagrać. Może będę uczył. Może to powinno być moim zajęciem na resztę życia. Tylko jest z tym jeden problem: ja się bardziej denerwuję o swoich studentów, niż o siebie samego. Naprawdę. Przed każdą premierą śpię dobrze. Przed spotkaniem z kolejną gwiazdą, z którą mam grać, także. Ale nie mogłem spać przed egzaminami moich studentów. Po raz pierwszy w życiu denerwowałem się bardziej o nich niż o mnie i moje role. Chciałbym żyć dłużej. Wszystko zdarzyło się tak szybko. Ale to jest niemożliwe. Czas za szybko płynie. Nie mogę powiedzieć, że cieszę się, że się starzeję. W sprawach oczywistych nie będę się spierał. Chciałbym jedynie opóźnić starość. Chociaż ze wszystkim, co jest w moim życiu, ona też może być piękna.


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.