 Całe życie otoczona muzyką wciąż szuka własnych ścieżek i pomysłów na świeży, odkrywczy pop, w którym spełni twórcze ambicje. Coraz bardziej samodzielna, świadoma i ukształtowana artystycznie śmiało deklaruje, że nawet w dążeniu do perfekcji trzeba czasem wyluzować, wyhamować i cieszyć się chwilą, bo los jest nieprzewidywalny, a ostatnie słowo zarówno zawodowo, jak prywatnie i tak ma przeznaczenie
Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Kiedy, po dziecięcej przygodzie z piosenkami o Puszku Okruszku i Ojcu Wirgiliuszu, zaczęła kiełkować świadoma decyzja, że chce Pani związać swoje życie zawodowe ze śpiewaniem?
- Trudno powiedzieć, kiedy naturalny zew przekształcił się w świadomą decyzję. Okres śpiewania dziecięcego, choć owocny w skutki, był krótką przygodą w moim życiorysie, ale cały czas żyłam z myślą, że chcę dalej śpiewać. W momencie, gdy zaczęłam próbować własnych sił jako trochę zbuntowana nastolatka, czułam, że to moja pasja i że chcę, żeby to było samodzielne i miało taki kształt, jak sobie wyobrażam. To był bardzo fajny okres wspólnego komponowania piosenek z własnym zespołem, prób w domu kultury - czas pełen emocji i nadziei, choć pewnie też braku świadomości, jak wyobrażenia o przygodzie, która się zaczyna, wypadną w zderzeniu z rzeczywistością. Jak nagrywałam pierwszą płytę, miałam już świadomość, że to nie jest tylko i wyłącznie zabawa, ale ciężka praca. Dobrze, że się chce i lubi śpiewać, bo praca powinna sprawiać przyjemność, ale przy tym ważne, by zdawać sobie sprawę, że to ma dalsze konsekwencje, że są słuchacze, krytyka, rozumiana jako weryfikacja przez ludzi i przez czas, występy, podczas których trzeba się swoimi piosenkami obronić. Okazało się, że wcale nie jest to taka lekka praca, jakby się mogło wydawać. Wymaga wiele czasu i emocji. Wtedy dotarło do mnie, że przede mną długa droga dojrzewania, chociaż podczas tego dojrzewania powstawały płyty, które odnosiły sukcesy, więc tym większym wyzwaniem było świadome znalezienie w tym wszystkim siebie.
Co było największym zaskoczeniem wśród niespodzianek, jakie przyniosła konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością?
- Na pewno jednym z takich zaskoczeń było zdanie sobie sprawy, że nie zawsze istnieje sprawiedliwość. O sukcesie nie zawsze decyduje to, czy ktoś coś umie, że jeden jest lepszy, a drugi gorszy. Weryfikuje to cały szereg innych czynników: szczęście, koniunktura, gusta, snobizmy... Najtrudniejsze było to, że pewne rzeczy były odbierane inaczej, niż tego chciałam - byłam wpisywana w pewne konwencje czy, mówiąc innymi słowy, komiksy, o których teraz śpiewam. Czasami człowiek ma zupełnie inne intencje, a zupełnie inaczej jest odbierany. I tu kolejna praca, żeby wszystko było spójne, żeby udało się przekazać to, co ma się do przekazania, a po drodze nie zbić z tropu słuchacza. A tak naprawdę nie do końca od nas to zależy. Dziś już wiem, że wstępując na własną drogę, trzeba liczyć się z taką niesprawiedliwością.
Uroki show biznesu. Czy trudno dziś znaleźć sobie na polskim rynku muzycznym własne miejsce, w którym można poczuć się komfortowo, mając poczucie, że robi się coś zgodnego z własnymi ścieżkami rozwoju, a zarazem coś, co ma szansę na dobrą sprzedaż?
- Wydaje mi się, że nie jest to łatwe, zwłaszcza, że - jak powiedziałam - wiele zależy od szczęścia, koniunktury, w której też dostrzegam trudny do uchwycenia element czegoś, co akurat wisi w powietrzu, przesądzając o tym, że dana piosenka w tym momencie odnosi sukces, a za trzy lata przeszłaby niezauważona, bo inne jest nastawienie społeczne, tendencja myślenia o muzyce. To trochę pytanie: czy łatwo jest mieć szczęście, a tu odpowiedź jest niemożliwa, bo to nie zależy od nas. Ale jeśli chce się być uczciwym w stosunku do samego siebie, warto być cierpliwym, pewnym siebie i tego, co się chce osiągnąć artystycznie, a przede wszystkim słuchać własnej intuicji, bo doradców wokół na różnych etapach jest tak wielu, że trzeba być odpornym na ich podszepty. Trzeba mieć wizję i nawet, jeśli w pewnym momencie spotyka się ona ze ścianą, to nie warto iść na kompromisy, bo choćby efekt pracy nie okazał się od razu sukcesem koniunkturalnym, to może z czasem zostanie doceniona obrana droga, zaplecze, jakie udało się artystycznie stworzyć, i konsekwencja. A jeśli w pogoni za szybkim sukcesem i pierwszym miejsce na listach przebojów popełni się błędy, to ciągną się one za nami niechlubnie, co wcale nie jest pomocne.
Patrząc na Pani karierę, trzeba chyba przyznać, że szczęścia nie zabrakło?
- Bywało różnie. Wcale nie uważam, że wszystkie rzeczy, które odniosły w moim przypadku sukces, były najlepsze. Często zawodowo towarzyszą mi momenty poczucia niesprawiedliwości, kiedy mam wrażenie, że ludzie nie do końca podążają za tym, co robię. Często podczas koncertów spotykam się z reakcjami pozytywnego zaskoczenia, kiedy słuchacze spodziewali się zupełnie innego występu, a otrzymali nową jakość. Jednak mimo wrażenia, że kojarzone ze mną jest nie do końca to, co bym chciała, robię to, co lubię, i nic innego do szczęścia mi nie potrzeba.
Jaką widzi Pani zasadniczą różnicę, gdy cofnie się Pani pamięcią o 14 lat do czasu dorosłego debiutu płytą "Światło" i zestawi tamtą Natalię Kukulską z dzisiejszą?
- Z jednej strony zazdroszczę sobie pewnych rzeczy z tamtego okresu, a z drugiej strony cieszę się, że jestem już gdzie indziej życiowo i artystycznie. Wtedy nie byłam świadoma wielu rzeczy, dziś jestem o tę wiedzę bogatsza. Pewnie brakuje mi z tamtego okresu wielkich nadziei i spontanu, choć to akurat nie w sferze muzycznej, bo dziś jestem mniej zachowawcza niż wtedy. To tak jak z patrzeniem na zdjęcie legitymacyjne: z niedowierzaniem, co się miało wtedy na głowie i w głowie, i z pewną zazdrością, bo człowiek był młodszy, bardziej nieograniczony w swoich planach i nadziejach. Z drugiej strony widzi się rzeczy, które utwierdzają w przekonaniu, że dobrze, że ten etap mamy za sobą.
Dziś widzi Pani siebie jako dojrzałą, w pełni ukształtowaną artystkę?
- Chyba nigdy nie można tak siebie postrzegać, bo o dojrzałości można rozmawiać dopiero z perspektywy. Oczywiście widzę różnicę między tym, jaka byłam, a jaka jestem dzisiaj, ale o dojrzałości może będę miała coś do powiedzenia za 20 lat, gdy z bagażem spojrzę na podejmowane przed laty decyzje i dokonywane wybory. W byciu muzykiem cenna jest umiejętność niezatracenia w sobie dziecka, w sensie otwartości, swego rodzaju naiwności, ale tylko pod warunkiem, że towarzyszy temu świadoma praca twórcza ze wszelkimi konsekwencjami. Uczymy się i rozwijamy całe życie, więc nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję, że jestem w takim miejscu, że już nic nie chcę zmieniać. Dziś bardzo identyfikuję się z niezwykle bliską mi płytą "CoMix", z której jestem dumna, ale za 10 lat będę inną osobą i nie wiem, co wtedy będę o niej myślała. Zweryfikuje to czas. Publiczność też dorasta i zmienia się razem ze mną albo zostaje na różnych etapach mojej twórczości z albumami, które odpowiadają ich gustom i emocjom. I ja tego nie mam prawa krytykować, bo rzeczy, które mnie przestały się podobać, których dziś już nie czuję, mogą być dla wielu ludzi wartościowe i znaczyć dla nich wiele, podobnie jak dla mnie, kiedy je tworzyłam.
Jak ważne w pracy muzyka jest łączenie wartości artystycznej z zabawą i radością, jakie dają proces twórczy oraz późniejsza promocja?
- Nie ukrywam, że promocja daje mniej radości (śmiech). Ale też jest naturalną częścią pracy związanej z procesem wydawniczym każdego nowego albumu. Ja zawsze traktuję płytę i wydarzenia związane z jej promocją jako całość. Ważne są dla mnie teledyski - teraz przygotowuję klip do kolejnego singla "Wierzę w nas" i osobiście jestem w pracę nad nim mocno zaangażowana: napisałam wspólnie z Bartkiem Prokopowiczem scenariusz. Wtedy mogę bawić się formą wizualną, graficzną na podstawie tego, co stworzyłam muzycznie. Jeżeli muzyk przestaje się muzyką bawić i cieszyć, to jest to jego koniec. Trudno mi wyobrazić sobie gorszą sytuację niż praca twórcza wykonywana mechanicznie, będąca tylko procesem okupionym zasadami. Mnie to - mam nadzieję - akurat nie grozi. Prędzej co innego niż brak radości spowoduje, że przestanę śpiewać, ale tego też nie biorę pod uwagę, bo nie wyobrażam sobie, jak mogłabym odrzucić w swoim życiu muzykę. Jest ona dla mnie tak cudownym przeniesieniem w inny wymiar rzeczywistości i urozmaiceniem, a zarazem ułatwieniem życia, że zupełnie nie widzę siebie bez niej.
Czy ma to przełożenie również na jakość płyty? Energia i emocje towarzyszące pracy nad nagraniem udzielają się słuchaczom?
- Mam nadzieję, że tak. Wychodzę z założenia, że jak robię coś szczerze, z pasją, i potrafię czerpać z tego przyjemność, to jest spora szansa, że trafię na słuchaczy o podobnej wrażliwości, którzy wejdą w moje utwory tak samo głęboko jak ja podczas tworzenia i w podobnych momentach będą odczuwać dreszcze. Przy tym muzyka, tak jak każda sztuka, ma to do siebie, że nie sposób dogodzić każdemu. Ale też nie o to chodzi. Dlatego zastanawianie się dla kogo się nagrywa, do kogo płyta ma trafić, jaki będzie odbiór, nie jest rzeczą dobrą, bo można się na tym nieźle wyłożyć. A tak mamy przynajmniej poczucie, że byliśmy prawdziwi, i większą satysfakcję, jeżeli to zdobywa słuchaczy.
Jeśli nie o konkretnym odbiorcy, to może myśli Pani podczas pracy nad materiałem o sukcesie komercyjnym? Czy dziś równie silnie dochodzi do głosu pytanie: czy to się sprzeda?
- Skłamałabym, mówiąc, że nie. Zawsze jest nadzieja, że kolejny nagrywany album spodoba się ludziom, a w efekcie się sprzeda. Nie zawsze mam szansę wysłać sygnał, że nowy album jest taki, a nie inny, i dotrzeć do tych, do których bym chciała, ale zawsze jest nadzieja, że to, co mnie wydaje się muzycznie ciekawe i poruszające, poruszy też większą rzeszę ludzi. Dobra sprzedaż jest zawsze powodem do radości, ale nie wpływa na mój sposób patrzenia na tworzenie płyty. Nie dobieram piosenek pod kątem masowego słuchacza, bo wtedy musiałabym się ograniczyć do robienia rzeczy bezpiecznych, które odpowiadałyby gustom przeciętnego odbiorcy. Nawet jeśli byłyby takie ogólne zasady stworzenia piosenki pod zbiorową publiczność, to daje to znikomą satysfakcję, bo wyklucza autentyczne emocje. To, co robię, najbardziej weryfikują koncerty. Jeżeli piosenki, które śpiewam na scenie, często słyszane po raz pierwszy, "działają", to reakcja publiczności pokazuje mi sens takiego myślenia o muzyce.
Jakie jest Pani rozumienie udanego popowego kawałka?
- Każdy gatunek ma swój pop - piosenki na tyle melodyjne czy niezanurzone w gatunku, że stają się hitami. Całe pojęcie muzyki rozrywkowej sprowadza się do pojęcia popu, choć niestety słowo to zostało mocno wypaczone. Mimo pejoratywnych skojarzeń dobry pop istnieje, choć faktycznie jest go nieco mniej niż kiedyś. Dobra piosenka popowa może być świeża, niebanalna, dobrze wykonana i wyprodukowana, z dobrą, mocną melodią. Może eklektycznie czerpać z różnych gatunków, bo wbrew pozorom w popie można sobie pozwolić na bardzo wiele, i za to cenię pop. Uważam, że popowy kawałek może być wartościowy i mieć swój przekaz, choć jest kojarzony z piosenkami płytkimi. Zresztą po pop sięgają najwięksi twórcy. Co to znaczy dobry pop, chyba najlepiej pokazał Quincy Jones.
Czy zatem można przebić się z własnym pomysłem, idąc nieco pod prąd, a zarazem wpisując się w nurt pop?
- Jak najbardziej. Takim przykładem jest dla mnie Roisin Murphy, która proponuje piosenki melodyjne, o ciekawych brzmieniach, z dużą dawką elektroniki, czy Beady Belle, śpiewająca piękne piosenki bardziej przyklejone do jazzu, ale oderwane od niego do tego stopnia, że radykalni jazzmani obrazili by się, słysząc, że ktoś przyporządkowuje ją do tego gatunku. Ich kawałki może nie stały się wielkimi hitami, ale to już kwestia nieprzepustowości naszych mediów.
O "Sexi Flexi" powiedziała Pani przewrotnie, że płycie brakuje pewnej dozy tandety, która pozwala pozostać w środku, czyli podobać się ogółowi. Idąc za ciosem, czego brakuje najnowszemu "CoMixowi"?
- Było to raczej przypuszczenie. A "CoMixowi" myślę, że nie brakuje też niczego, co najwyżej trochę promocji, żeby się sprzedać (śmiech).
Artystycznie efekt jest taki, jak miał być?
- Tak, zresztą w przypadku "Sexi Flexi" tak samo. Tyle że nie ma to przełożenia na szerokie gusta naszego społeczeństwa i to wcale nie dlatego, że do niewielu ludzi mogłoby dotrzeć to, co im proponuję, lecz dlatego, że jestem wkładana w pewne schematy i oczekuje się ode mnie czegoś innego. Tylko szeroko rozumianych hitów. Media boją się ryzykować promowaniem mniej oczywistej muzyki. Ostatnio nagrałam mocno popową piosenkę "Wierność jest nudna", promującą film "Och Karol 2" i stała się hitem, jest w czołówkach list przebojów. Coś, w co wkładam mnóstwo serca, nie ma szansy na tak szeroką promocję, ale nie poddaję się, robię dalej swoje i podążam za głosem serca. Poza tym uważam, że mniej banalny pop też ma szanse się podobać, ale znacznie mniejsze ma szanse się przebić przez popularne media. Duże nadzieje wiążę teraz z piosenką "Wierzę w nas", która jest mi bardzo bliska i wyjątkowa, bo na płycie mało jest miłosnych piosenek, a ta jest osobistym wyznaniem, więc ciekawa jestem jej odbioru.
"CoMix" to własny pomysł na pop, będący stylistycznym miksem gatunkowym. A jaki miała Pani pomysł na komiks w warstwie tekstowej, tematycznej?
- Piosenkę w ogóle łatwo porównać do komiksu, bo zawsze jest to pewna historia, która wywołuje obrazy i zachęca do wizualizacji świata, w który przenosi nas muzyka. "CoMix" też taki jest - to ciąg opowieści, czasem bardziej osobistych, czasem bardziej obserwacyjnych lub rozrywkowych, wywołujący skojarzenia obrazowe - wizualizacje. Ale w odróżnieniu od "Sexi Flexi" więcej jest na nim piosenek "cięższych" tekstowo.
Czy nie jest tak, że był w Pani karierze czas na autoportret i intymne wyznania, a teraz przyszła pora na komiksową zabawę obrazkami, podpatrywanymi w otaczającej rzeczywistości?
- Może coś w tym jest. Jeśli spojrzeć na moje piosenki z wcześniejszego okresu, było w nich dużo patosu, którego teraz staram się unikać, nie dopuszczając, by przekroczył pewne granice. Udało mi się odejść od piosenki festiwalowej, a w niektórych wczesnych utworach byłam już na granicy. Teraz takie piosenki nie są mi bliskie emocjonalne, nie lubię ich śpiewać. Jeżeli dziś pojawia się w moich tekstach jakaś ważna prawda, to staram się, by była wypowiedziana takim językiem, jakim teraz mówię. Ale nie jest też tak, że teraz opisuję tylko otaczającą rzeczywistość, bo kilka osobistych wyznań na tej płycie również się znalazło. Odchodzę od tego, ale nie uciekłam od tego zupełnie, jak udało się to na ostatniej płycie Monice Brodce, która bawi się tekstami i unika dosłownych wyznań, co mi się akurat bardzo podoba.
Ale ewolucję widać. Prawda, że kobieta zmienną jest, sprawdza się u Pani w odniesieniu do muzycznych inspiracji, twórczości, ale też wizerunku. Jest on spójną częścią każdego kolejnego etapu w twórczości?
- Myślę, że tak, bo, jak wspominałam, dla mnie płyta to pewien projekt, opowieść, której częściami składowymi są teledyski, grafika płyty, wreszcie mój wizerunek. Jestem perfekcjonistką pod tym względem, że staram się, żeby każda płyta była wypowiedzią artystyczną w całości. Myślę, że od płyty "Sexi Flexi" udaje mi się to bardziej niż dotychczas. Nie należę do ludzi, którzy przywiązują się do jednego wizerunku. Lubię się zmieniać, bo to mnie mobilizuje do nowego spojrzenia na siebie, do odkrycia czegoś świeżego, do innej ekspresji. Zresztą sama cenię artystów za to, że potrafią mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Rzeczywiście często zmieniam wygląd, traktuję swoje fryzury jak czapki, a to dlatego, że nie jestem przywiązana do swojego image’u w lustrze.
Bo wierność jednemu stylowi jest nudna?
- Poniekąd, choć tu należy zachować ostrożność, bo styl łatwo pomylić ze stylizacją, a tego bym nie chciała. Mój wizerunek wynika z ewolucji, a nie chęci stylizowania się. Mam nadzieję, że etap przebierania się mam za sobą. Raczej zmieniam się naturalnie. Chyba, że moja kreacja artystyczna będzie wymagała jakiejś odważniejszej formy wyrazu.
Wspomniana "Wierność jest nudna" święci triumfy na radiowych listach przebojów. O ile jednak tytuł przynosi szczęście zawodowo, to prywatnie zasada wydaje się Pani obca.
- To prawda (śmiech). Żartuję, że to przekora losu, że właśnie mnie - z 10-letnim stażem małżeńskim - zaproponowano wykonanie piosenki do filmu "Och Karol 2". To słowa zdecydowanie bardziej pasujące do bohatera niż do mnie, a wiadomo, czego możemy się spodziewać po Karolu.
Z Michałem Dąbrówką jest Pani 10 lat, teraz, dzięki ostatniej płycie, jeszcze bliżej, bo również zawodowo. Wspólna pasja i współpraca przy albumie umacnia związek?
- Nie wiem, czy gdybyśmy nie nagrali tej płyty, nasz związek byłby słabszy, ale to nowe wspólne doświadczenie daje na pewno wiele satysfakcji, że bagaż różnych doświadczeń i dróg zawodowych zaowocował fajnym projektem. A że jesteśmy jednomyślni, nie było żadnego przeciągania liny i mieliśmy przy pracy więcej frajdy niż spięć. Z drugiej strony było to duże wyzwanie pod wieloma względami. Umocniło nas to o tyle, że mamy cudowną pamiątkę ze wspaniałego okresu we wspólnym życiu i tego, co się w nim działo.
Czyli pierwszy wspólny projekt muzyczny z mężem to raczej efekt przyciągania się podobnych wrażliwości niż wzajemnego inspirowania odmiennymi pomysłami i spojrzeniami na twórczość?
- Wzajemna inspiracja z całą pewnością była, ale mimo że przeszliśmy z Michałem różne drogi, jesteśmy z tego samego świata. Mamy podobne myślenie o muzyce, podobny gust, poczucie piękna. Przy tym cały czas się uzupełniamy i inspirujemy. Ja zaczęłam słuchać więcej muzyki jazzowej, instrumentalnej; Michał - wokalnej, soulowej. To nas na co dzień wzbogaca. Gdy przy pracy słuchaliśmy różnych brzmień, w tym samym momencie mówiliśmy: "To jest to". Zresztą okazało się, że mamy wiele wspólnych fascynacji z dzieciństwa, np. zespół Depeche Mode.
Studio w domu to pewnie duże ułatwienie, ale czy nie niesie ryzyka zatarcia granic między pracą a życiem prywatnym?
- Te granice zacierają się u nas od zawsze. Nie da się do końca odciąć życia rodzinnego, czasu spędzanego z dziećmi od spraw zawodowych, wyłączając się całkiem od muzyki. Te sfery bardzo się mieszają w naszym życiu, bo nie da się zamknąć studia, zmienić tematu i zapomnieć o muzyce.
Jak wiele jest w Pani przypadku prawdy o stereotypie artysty oderwanego od rzeczywistości? Dzieci, codzienne sprawy skutecznie sprowadzają na ziemię z artystycznych wyżyn?
- Oj, zdecydowanie tak. Oboje jesteśmy bardzo zaangażowani w lekcje, dojazdy i ćwiczenia na zajęcia w szkole muzycznej syna, który jest w 4. klasie. Do tego dochodzą zupełnie inny świat pięcioletniej dziewczynki i zwykłe, codzienne obowiązki, które mnożą się, jak się ma studnię bez dna w postaci domu. Czasami życie przypomina szarpaninę, bo chcemy połączyć jego prozę z pasją i spełnieniem zawodowym, mając poczucie, że nic nie umyka w życiu rodzinnym.
Nowa płyta zawsze burzy pewną stabilizację, co wiąże się z promocją, teledyskami, trasą koncertową...Co pomaga utrzymać równowagę i zyskać poczucie, że warto przez to przejść? Co najbardziej uskrzydla muzyka?
- Myślę, że najbardziej uskrzydlają momenty, kiedy widzę, że ludzie wychodzą z koncertu inni, poruszeni, mają dobry humor, są pozytywnie nastrojeni i dają mi odczuć, że na nich pozytywnie wpłynęłam. Dla mnie to wielka satysfakcja. Po każdym takim koncercie jestem mocno naładowana energetycznie. Zresztą samo muzykowanie bywa przeżyciem metafizycznym. Przy płycie "CoMix" tym, co dało nam poczucie, że roczna dłubanina w studiu ma sens, jest np. opinia naszych kolegów z branży, bo - nie ma co ukrywać - każdy z nas oprócz tego pracuje z różnym muzykami, artystami i byliśmy bardzo ciekawi ich recenzji. Jeżeli od ludzi, na których opinii nam zależy, dostajemy mnóstwo spontanicznych SMS-ów albo sygnałów, że nie przestają słuchać naszej płyty, to gdyby płyta miała powstać choćby tylko dla tych budujących opinii, to byłoby warto. Opinie fanów też są ważne, ale bardzo cieszy każdy nowo zdobyty słuchacz. Nie wspomnę o radości i satysfakcji, jaką ta płyta dała naszym dzieciom. Musimy się tym cieszyć, bo ten okres zaraz minie, wkroczą w etap buntu i postrzegania rodziców jako obciach, ale na razie mamusia i tatuś są najwspanialsi, więc cieszymy się tą chwilą (śmiech).
W piosence "Będzie jak ma być" śpiewa Pani: "Nic mnie nie goni/Wiem dokąd iść/nie zmieni tempa nikt/Już odnalazłam/Właściwy rytm". Na czym on polega?
- Chodzi o priorytety, które mi ten rytm wyznaczają. Wiem, co jest dla mnie najważniejsze i w każdej chwili jestem w stanie dla tego rzucić wszystko. Wiem o co, po co i dla kogo się staram. Mój rytm to uzupełnianie się szczęścia domowego, wynikającego z posiadania rodziny, dzieci z pasją. Jeżeli te dwa bieguny cały czas pozostają w dobrej odległości od siebie, to jest to największa harmonia, jakiej mogę sobie życzyć. Wtedy czuję się spełniona. Mam poczucie, że nie ma co wariować z pośpiechem, zbyt dużymi oczekiwaniami, nerwami z błahych powodów, bo to do niczego nie prowadzi. Wiem, dokąd zmierzam i czuję, że nic nie zbije mnie z tropu w tym moim, mówiąc banalnie, podążaniu za głosem serca.
A z boku daje o sobie znać przekonanie, że "Nie muszę być każdego dnia/Idealną"...
- Zdecydowanie. Życie wiele razy pokazało mi, że nie wszystko ode mnie zależy i że nie jestem w stanie pewnych spraw przeskoczyć. Mam prawo się mylić, mieć gorsze dni, a przy tym nie mogę mieć o wszystko do siebie pretensji. To ciągła walka z własnym perfekcjonizmem. Każdy ma obraz idealnego siebie, ale mam wrażenie, że nie każdego dnia trzeba w 100 proc. dążyć do tego ideału. Nawet te szare, puste dni na oddech są potrzebne - choćby po to, żeby docenić dni, kiedy coś dobrego się dzieje, kiedy możemy coś od siebie dać albo otrzymać.
W ustach perfekcjonisty to dość mocne słowa. W tej samej piosence równie odważnie deklaruje Pani, że nie chce żadnej rewolucji, ale brak rewolucji nie wyklucza ewolucji, zwłaszcza w twórczości. Jakim torem będzie podążać Pani kariera?
- Myślę, że żadna moja płyta nie była rewolucją w stosunku do poprzedniej, choć wiele osób odcina "Sexi Flexi" od mojego wcześniejszego dorobku. Myślę, że to nie do końca tak. Ta płyta na pewno się wyróżnia, ale cała moja droga stanowi ewolucję. Nagrywanie płyty ma sens tylko wtedy, kiedy ma się na nią pomysł i kiedy może być ona inna od wcześniejszej. Jednak zdecydowanie nie chcę robić dużego cięcia i wchodzić do zupełnie obcego mi rejonu. Co będzie tym pomysłem, na którym zbuduję kolejny album, na dziś nie potrafię powiedzieć, bo żyję jeszcze płytą "CoMix". Zwłaszcza że po pierwszym singlu promocja płyty została przerwana z powodów rodzinnych. Teraz wracam do tematu i mam zamiar go dalej wyczerpywać.
"Będzie jak ma być/Tego już nie zmienię/Choćbym dała wszystko albo nic/Ostatnie słowo ma/Moje przeznaczenie. Czy zdanie się na los nie stoi w sprzeczności z taką dawką samodzielności, jaka towarzyszyła pracy nad ostatnim albumem?
- Nie, ponieważ mogę być w pełni samodzielna, podejmować decyzje, ale pewne rzeczy nie zależą ode mnie. Z każdym krokiem z determinacją dążę do szczęścia i spełnienia, ale co mi stanie na drodze - tego nie przewidzę. Tak jak ostatnio w moim życiu wydarzyło się coś, na co nie było miejsca, na co nie byłam i nigdy nie byłabym gotowa, chociaż robiłam wszystko, żeby się nie wydarzyło - mówię o śmierci mojego taty. Nie mam pojęcia, co jeszcze los może mi podsunąć, ale wierzę, że warto podążać własną drogą, robiąc to, co się czuje. Mimo że i tak będzie jak ma być - jak w piosence.
W takim momencie życiowym zapewne trudno jest koncertować, myśleć o promocji czy dalszych planach muzycznych. A może się mylę? Może ucieczka w muzykę pozwala przestać rozpamiętywać, odczuwać pustkę?
- Muzyka bardzo pomaga, bo angażuje moje emocje i niesamowicie wciąga. Na różnych etapach życia i w różnych chwilach jestem w stanie w nią wejść, co daje mi ukojenie i jest dużą odskocznią od codzienności, a nawet ucieczką od problemów i trosk.
Na pewnym etapie postanowiła się Pani zmierzyć z legendą Anny Jantar. Jak podchodzi Pani do twórczości mamy i czy trudno było się przełamać, żeby wziąć na warsztat jej piosenki? Czy nagrania są próbą podtrzymania pamięci o niej na scenie muzycznej, czy raczej sentymentalną podróżą?
- Długo do tego dojrzewałam. Na mojej trzeciej solowej płycie "Autoportret" pojawiła się piosenka "Tyle słońca". Wiedziałam, że kiedyś to musi nastąpić. Do pewnego czasu miałam postanowienie, że nie chcę być konfrontowana z mamą, bo to może być źle odebrane, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że wygląda to tak, jakbym się odżegnywała od niej, nie ceniła jej, uciekała, a to nie było prawdą. Ta piosenka była moją próbą pojednania się z tym tematem. Najważniejszym projektem oprócz koncertu "Tyle słońca" w 2000 roku, do którego zaprosiłam różnych wykonawców, była nagrana w 2005 roku płyta "Po tamtej stronie", na której przedstawiłam swój subiektywny obraz mojej mamy. Wybrałam ulubione piosenki i zdjęcia, i sama nagrałam kilka utworów w wersjach, w jakich je czułam. Wydaje mi się, że mam do tego prawo. Napisałam osobisty i trudny dla mnie tekst - utwór "Po tamtej stronie". To był mój mały hołd, którego potrzebowałam psychicznie, a zarazem zamknięcie i podsumowanie tego tematu. Chociaż raz na jakiś czas wykonuję na koncertach jej utwory. Na przykład ostatnio w koncercie Anny dla Anny na zaproszenie Ani Dymnej, której trudno byłoby odmówić.
Czy wspomnienie o tacie też upamiętni Pani w formie muzycznej?
- Kompozycje taty na pewno będą żyły swoim życiem, śpiewane przez różnych wykonawców, w tym przeze mnie, bo i dla mnie tata napisał wiele piosenek. Na pewno chciałabym, żeby ukazała się nowa, ładna składanka z piosenkami taty, bo ta, którą wydał Universal, już się wysprzedała.
Wspomniała Pani o udziale w koncercie fundacji Anny Dymnej, w tym roku zaangażowała się Pani również w realizację kalendarza Dżentelmeni, który wzbogacił się o ladies - piękne, z charyzmą, o wielkim sercu. Na takie inicjatywy zawsze jest czas? Szczytny cel to przesądzający argument?
- Wszystko zależy, na jaki moment trafi propozycja. Nie sposób wyliczyć akcji charytatywnych, w których brałam udział. Niektóre z nich bardzo mnie angażowały, na przykład jako ambasador UNICEF pojechałam do Angoli z programem "Szkoły dla Afryki". Prawie codziennie dostaję propozycje uczestnictwa w rozmaitych akcjach dobroczynnych i naprawdę niesamowicie trudno jest odmawiać, ale tak naprawdę to konieczne, bo z powodzeniem mogłabym rzucić wszystko, oddając się dobroczynności, a i tak nie starczyłoby na wszystko czasu.
Jakie w takim razie są kryteria selekcji?
- Czasami decyduje czas, innym razem cel, ale to ciężkie decyzje, bo jak wybrać między pomocą biednemu a pomocą choremu? Wtedy, gdy cel jest równorzędny, staram się wybierać te akcje, które niosą ze sobą dodatkowo wartość artystyczną. 








|