Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

MARIA CZUBASZEK- Jedno, co warto, to uśmiać się warto


Wyszła za mąż, ale nie wraca - odwrotnie niż w napisanych przez siebie słowach piosenki "Wyszłam za mąż, zaraz wracam". Fanka wyścigów Formuły 1, określa siebie mianem "autorki rozrywkowej". Kobieta o niewiarygodnym wręcz dystansie do siebie i do świata

Rozmawia BARBARA MITKOWSKA

Czy w najczarniejszych snach widziała się Pani tańczącą na lodzie i ścigającą się w rankingach z Jolą Rutowicz?
- Jedyne wyścigi, jakie uznaję, to wyścigi samochodowe Formuły 1. To jest to - jedyny sport, który mnie kręci! Oglądam te wściekle warczące bolidy razem z mężem, to nasza wspólna pasja. Gdybym była dużo młodsza, to bym zrobiła wszystko, żeby raz się takim bolidem przejechać. Bo my z mężem wyznajemy zasadę: przez sport do kalectwa. Nie lubię chodzić, żadnego sportu nie uprawiam. Któryś z prezydentów, bodajże Truman, powiedział, że dożył osiemdziesiątki dzięki temu, że palił i pił whisky, a żadnego sportu nie uprawiał. Ja whisky nie lubię, ale papierosy... bardzo.
A wracając do Joli Rutowicz. Dopiero podczas gali pokonkursowej okazało się, że wśród nominowanych w programie Szymona Majewskiego jest właśnie ona. Wiedziałam, że będzie Kazia Szczuka, pani Senyszyn, Dorota Wellman, Tomek Karolak (zbieżność nazwisk z moim mężem absolutnie przypadkowa), Rafał Bryndal i inni. Nikt nam nie powiedział, że będzie Jola Rutowicz. Była to dla nas niespodzianka, bo te programy, po których ludzie głosowali, nagrywano z każdym z nas oddzielnie.

Nie wiedziała Pani, z kim Pani walczy?
- To by niczego nie zmieniło, ale okazało się dla nas kompletnym zaskoczeniem. A największym, jak się okazało, dla niej. Pani Jola była przekonana, że to program typu Viva Najpiękniejsi. Dopiero Tomek Karolak uzmysłowił jej w czasie gali, że to program Viva Nie Najpiękniejsi, a ona w tym momencie, jak myślę, poczuła się nieswojo. Nawet chciała wyjść podczas nagrywania. Stałyśmy wszystkie razem i pani Jola ruszyła do wyjścia, chyba dlatego, że miała bardzo krótką sukienkę i chciała zaprezentować te swoje rzeczywiście zgrabne nogi. Publiczności coś się od życia należy, więc ja to doskonale rozumiem, że pani Jola postanowiła się przejść i te nogi widzom pokazać. W połowie drogi z nieznanych mi przyczyn przerwała swój show, a potem, kiedy się okazało, że w kategorii Nie Najpiękniejszych kobiet, mimo że mam znacznie od niej krótsze nogi, wygrałam, to się obraziła. Już było nieistotne, że przegrała w rankingu na Nie Najpiękniejszą, ważne było, że w ogóle przegrała. A ona z zasady nie lubi przegrywać.

A czy dla Pani dużym zaskoczeniem było zaproszenie do tego konkursu?
- Gdy zadzwoniła do mnie pani z programu Szymona Majewskiego, nie zaskoczył mnie fakt, że zapraszają mnie do telewizji, bo ciągle mnie tam zapraszają. Wyczułam jednakże, że ta pani jest jakaś jakby speszona i nie wiedziałam, o co chodzi, tym bardziej, że Szymona Majewskiego znam od stu lat. Wprawdzie on tyle lat nie żyje, ale ja żyję, więc można powiedzieć, że go znałam wcześniej, niż się urodził. Ta pani zaczęła się bardzo krygować i w końcu zapytała, czy się nie obrażę, że jestem nominowana w kategorii Nie Najpiękniejsi. A ja na to: wreszcie odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Sama przecież mówię o sobie: stara, ale jara. Trzy paczki dziennie. Teraz na spotkaniach autorskich podkreślam, że wygrałam nawet z Jolą Rutowicz i zostałam "Nie Najpiękniejszą Polką 2010". To jeden z nielicznych tytułów, jakie mam. Bardzo jestem z tego lauru dumna.

Mówi Pani żartem czy serio?
- Jak najbardziej serio. Wygrać, w moim wieku, z Jolą Rutowicz?! To naprawdę sukces.

Dlaczego Pani zainteresowała się popkulturą i zaczęła o tym pisać?
- Nigdy się tym nie interesowałam, natomiast w pewnym momencie radio mi zaproponowało "Bieg przez plotki". Robiłam to przez kilka lat, a gdy mi w końcu podziękowano, dostałam podobną propozycję z Wirtualnej Polski. I teraz w każdy piątek przeglądam prasę kolorową i tabloidy. Najpierw z wielką niechęcią, trochę odrzucało mnie od tych pisemek, ale powoli okazało się, że dzięki nim dowiaduję się rzeczy, do których bym sama w życiu nie doszła.

Serio?
- Tak. Oglądam czasem telewizję i w życiu bym nie pomyślała, że Kasia Cichopek jest naszą wielką aktorką. A właśnie w tych pismach kolorowych przeczytałam, po literkach, trzy razy sprawdzając, bo wydawało mi się, że wzrok mi już zupełnie wysiadł, że, "nasza wielka aktorka, Katarzyna Cichopek...". Mnie to umknęło po prostu. Podobnie zresztą jak to, że wspaniali i utalentowani są na przykład bracia Mroczkowie.

Oni o sobie takie opinie czytają, ale chyba sami w to nie wierzą?
- Mam nadzieję. Ale oglądałam program Kuby Wojewódzkiego i jeden z tych braci, kiedy Kuba Wojewódzki powiedział, że piszą o nich drewno, że w ogóle nie są aktorami, odpowiedział zupełnie poważnie - cytuję z pamięci: "Rzeczywiście, na początku byliśmy tacy, bo wzięli nas z ulicy i byliśmy bardzo niedobrzy. Ale pracujemy nad sobą i teraz jest już dużo lepiej". "Teraz - chciał się upewnić Wojewódzki - jesteście już dobrymi aktorami?". "Dużo lepszymi" - zapewnił Mroczek. "Tylko bardzo bym prosił widzów, żeby na razie nie mierzyć nas tą miarą co Gene’a Hackmana czy Ala Pacino". No i w tym momencie odpadłam.

Może on to powiedział z przymrużeniem oka, przecież Hackman i Pacino mają Oskary?
- Niestety. To nie był żart. Ale, szczerze mówiąc, ja tym młodym tego zazdroszczę. Tej pewności siebie. Moje pokolenie tego nie ma.

W Pani słuchowiskach radiowych "Na wyspach Hula-Gula", "Serwus, jestem nerwus", "Dzień dobry, jestem z kobry" grali Irena Kwiatkowska i Janusz Gajos...
- Pracowałam przez piętnaście lat z panią Ireną Kwiatkowską, z Dobrowolskim, z Pokorą. Co jakiś czas w moich audycjach pojawiali się Piotrek Fronczewski, Janusz Gajos, Marek Kondrat. Miałam przyjemność pracować z naprawdę bardzo dobrymi aktorami. I cały czas podkreślam, że zaistniałam jako autorka głównie dzięki nim. To nie jest z mojej strony fałszywa skromność. Notabene parę dni temu czytałam wywiad z Markiem Kondratem, w którym mówi "Byłem aktorem przeciętnym". I dlatego, słuchając naszych młodych gwiazdek i gwiazdorów, nierzadko znanych głównie z jednej roli w jednym serialu, którzy pytani, jak sobie dają radę z tą popularnością, z tym - w domyśle - talentem, odpowiadają, że to jest wliczone w ich zawód, że na początku było trudno, ale teraz dają radę, to, sorry, znowu odpadam. To znaczy nawet rozumiem, że im się wydaje, że są wielkimi aktorami. Bo mają rację. Wydaje się im. Natomiast dziwi mnie, co o nich wypisują w tabloidach i w pismach kolorowych.

Na spotkaniach autorskich zapowiadają Panią: dziennikarka, pisarka, poetka i satyryczka.
- Ja to wszystko prostuję. Nie jestem dziennikarką. Byłam na wydziale dziennikarskim, ale go nie skończyłam, bo po czwartym roku uciekłam do radia. To, że trzy moje książki wydano, nie znaczy, że jestem pisarką. Pierwsza z nich była zbiorem moich słuchowisk radiowych, drugiej w ogóle nie pamiętam - to był chyba wypadek przy pracy, a trzecia była zbiorem wywiadów, które robiłam dla "Przekroju". Na potrzeby edycji książkowej dorobiłam trochę rozmów, m.in. z politykami. A poetką? Napisałam niechętnie, na życzenie męża muzyka, kilkanaście tekstów piosenek. Ale w życiu nie napisałam wiersza.

"Wyszłam za mąż, zaraz wracam" znają wszyscy. Piosenka jest świetna.
- Bo Ewa Bem pięknie ją zaśpiewała. Ale teksty poetyckie to pisali Osiecka i Przybora. A ostatnio pisze takie m.in. Andrzej Poniedzielski.

To jak Panią określić?
- W telewizji mnie o to pytali, gdy zaczęli mnie zapraszać. Żeby podpisać na paseczku pod obrazkiem. Od momentu, gdy jestem silnie dorosła i to nie jest dwuznaczne, "ustaliłam", że jestem autorką rozrywkową. Głupie? Może. Ale głupoty to moja specjalność. Chyba lubię udawać głupszą, niż jestem.

A czego Pani nie lubi?
- Wracać do przeszłości. Historii nigdy nie lubiłam. Co było, minęło. Nawet, a może zwłaszcza, w moim życiu. W związku z tym mam ostatnio problem, bo na życzenie Wydawnictwa "Pruszyński i spółka" Artur Andrus robi ze mną wywiad rzekę. Wypytuje mnie o różne rzeczy i daty. I okazuje się, że jedną z niewielu dat, które pamiętam, to 1410. A ze swojego życia, oprócz daty urodzenia, o której stale, niestety, ktoś mi przypomina, to żadnych. Trochę mnie to martwi. Ale tak naprawdę to jedyne, co mnie martwi, to nieludzkie traktowanie zwierząt przez ludzi. To jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny, temat, na który nie potrafię żartować. Bo z wszystkich innych, to uważam, że jedno, co warto, to uśmiać się warto.

Porozmawiajmy o Pani planach na przyszłość...
- Jakich planach? Mnie jutro może szlag trafić. Każdy musi umrzeć, a ja już tyle lat żyję, że to w każdej chwili może się mi się przydarzyć. Nigdy niczego nie planowałam. Zawsze uważałam, a czym jestem starsza, to w tym przekonaniu coraz bardziej się utwierdzam, że życie to przypadki. Jak słyszę te hasła "weź życie w swoje ręce", to... Można sobie je wziąć, a ono wyleci między palcami. Nigdy nie brałam swojego życia w swoje ręce, samo się układało.

Praca w radiu była przypadkiem?
- Nigdy sama nie szukałam pracy w żadnej redakcji. Byłam na studiach dziennikarskich i przyszedł pan z radia. Powiedział, że tworzy w I Programie biuro reklam i szuka ludzi na etat. Ponieważ studia dziennikarskie mnie rozczarowały, to była wtedy politologia, czasy komuny, więc natychmiast się zgłosiłam jako jedyna. Rzuciłam studia i poszłam na etat. Zaczęłam pisać reklamy w rodzaju "Chcesz mieć motorower, to sobie kup!", a ponieważ byłam w redakcji najmłodsza - choć trudno w to uwierzyć, byłam kiedyś młoda - byłam również "podaj, pozamiataj" m.in. przy "Kabareciku reklamowym" reżyserowanym przez Jurka Dobrowolskiego. Pisanym przez świetnych autorów i w wykonaniu świetnych aktorów. W pewnym momencie Dobrowolski namówił mnie, żebym sama napisała coś śmiesznego. Z wielką nieśmiałością spróbowałam, dzięki bardzo dobrym aktorom jakoś wyszło, i tak to się zaczęło. Potem przyszła propozycja z redakcji rozrywki radiowej trójki. I zaczął się najfajniejszy okres w mojej pracy. Pisanie do ilustrowanego "Tygodnika Rozrywkowego", potem do "Ilustrowanego Magazynu Autorów".

Ma Pani nagrane te pierwsze i kolejne swoje audycje?
- Ależ skąd. Nie mam takiej potrzeby. Pewnie gdzieś są w archiwach radiowych, ale ja do tego nie wracam.

Ale swoje występy w telewizji Pani ogląda? W "Drugim Śniadaniu Mistrzów" na przykład. Albo program "Taka miłość się nie zdarza", poświęcony Pani i Pani mężowi?
- Nie oglądałam. Przysięgam. Mój mąż mówi, że pod tym względem jestem nienormalna. Może... Mnie to w ogóle nie interesuje. Nigdy nie oglądam żadnego programu telewizyjnego ze sobą. Nie cierpię siebie na ekranie. Nie słucham swoich piosenek.

Nie ogląda też Pani siebie w roli seniorki rodu w serialu "Spadkobiercy", o którym pewien krytyk napisał: "Wśród aktualnych propozycji serialowych polskich stacji telewizyjnych błyszczy niczym diament w popiele".
- W życiu nie oglądałam, ale przyznaję, że ten serial mnie kręci na zasadzie ciekawostki. Jest to jedyny serial w pełni improwizowany, w którym wykonawcy nie mają napisanych kwestii, tylko po prostu normalnie rozmawiają. Własnymi "tekstami." Duży stres, ale i świetna zabawa. Bawią się, na szczęście, nie tylko występujący, ale chyba i oglądający. "Spadkobiercy" nagrywani są bowiem w warszawskim kinie "Bajka" z udziałem publiczności. I sądząc po reakcjach, to "żre". A tak przy okazji, od kiedy biorę w tym udział, stałam się rozpoznawalna na ulicy. A na spotkaniach autorskich, które miewam w bibliotekach dużych i małych miasteczek w całej Polsce, wszyscy pytają o ten serial.

Dlaczego prowadzi Pani bloga?
- Bo mam podpisaną umowę z Wirtualną Polską. Nie po to żyję, żeby pisać, tylko po to, żeby żyć. Żyjemy z mężem na bieżąco, nikt w to nie wierzy, ale my naprawdę nie mamy żadnych oszczędności. Często pożyczam pieniądze. Nie byłam bogata z domu, pieniądze mnie się nie trzymają. W czasach mojej młodości nie było nawyku inwestowania, oszczędzania. Wierzyliśmy, że jak będziemy starzy, to dostaniemy emerytury i na życie starczy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakie to będą emerytury, jak zmienią się ceny i ile to wszystko będzie kosztowało.

Na spotkaniach autorskich często pada pytanie: Skąd Pani bierze natchnienie?
- Odpowiadam, że w ogóle nie wierzę w natchnienie, natomiast pomysł rodzi mi się w głowie wtedy, kiedy leżą trzy niezapłacone rachunki i dzwoni telefon z redakcji, pani Mario, na wczoraj miał być tekst! Wtedy siadam do komputera i piszę. I wtedy muszę mieć pomysł.

Jan Pietrzak, legendarny satyryk i niedoszły prezydent RP, mawia, że kabaret się skończył. Co Pani na to?
- Że nie bywa, niestety, na przeglądach kabaretów, które co roku  się odbywają. W Ełku, w Bogatyni, Lidzbarku Warmińskim. Rybniku, Piotrkowie Trybunalskim, czy Zielonej Górze. Nie mówiąc już o Pace w Krakowie. Na wielu z tych przeglądów mam przyjemność być jurorką i uważam, że kabaret się nie skończył. Jest mniej polityczny, ale to nie znaczy, że gorszy. Czasem wprost przeciwnie. Bywa dobry, a nierzadko bardzo dobry. Moje ulubione kabarety, które na przeglądach już się "nie ścigają", to "Hrabi" z rewelacyjną Asią Kołaczkowską - moją wnuczką zresztą we wspomnianych "Spadkobiercach", "Kabaret Moralnego Niepokoju" oraz "Nowaki".

Gdzie Pani spędza wakacje?
- Od trzydziestu lat "nie prowadzę wakacji". Z Warszawy wyjeżdżam tylko wtedy, kiedy muszę. A na urlopy nie muszę. Więc nie jeżdżę. Dawno, dawno temu, gdy Polacy wypchanymi konserwami i namiotami maluchami jeździli nagminnie do Bułgarii, zdarzało mi się czasem wyskoczyć do Kazimierza nad Wisłą. Nie musiałam brać konserw, bo w barku Domu Prasy, gdzie zawsze mieszkałam, było wszystko. No i dużo bliżej. Do byle jakich podróży, byle dalej od Warszawy, nigdy mnie nie ciągnęło. Uwielbiam Warszawę. Zwłaszcza w sezonach urlopowych. Ale jest jedno miejsce, gdzie bym chętnie pojechała.

To?
- Galapagos.

Bo?
- Ładnie brzmi. Poza tym chciałabym zobaczyć tamtejsze żółwie, a głównie sprawdzić, czy rację miał Andrzej Mleczko, pisząc pod swoim, a moim ulubionym, rysunkiem, że w życiu każdego żółwia przychodzi moment, kiedy musi dać komuś w mordę. Na rysunku Mleczki dał słoniowi.

Ale na Galapagos nie ma chyba słoni...
- Może boją się tamtejszych żółwi? Nikt nie lubi dostawać w mordę. Nawet od żółwia. Nawet, a raczej zwłaszcza, od żółwia z Galapagos. Są podobno olbrzymie. Chciałabym je zobaczyć.

To kiedy na Galapagos?
- Kiedy będzie mnie na to stać. Czyli, jak mawiała moja babcia, na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy. I bardzo dobrze, bo ja naprawdę nie lubię wyjeżdżać z Warszawy.

A jak Pani odpoczywa?
- Gdy nie muszę pisać, lubię czytać. Teraz np. już się cieszę na lekturę "Listów na papierze wyczerpanym" Osieckiej i Przybory. Kupiłam natychmiast po ukazaniu się, a wciąż nie mam niestety czasu przeczytać. Ale zrobię sobie "urlop" i przeczytam w jedną noc, a rano pójdę na Pola Mokotowskie na długi spacer ze swoim pieskiem. A wieczorem puszczę sobie jakiś film mojego ukochanego Woody’ego Allena. To jest mój ulubiony sposób na odpoczynek.

Słyszałam, że na początku małżeństwa kopała Pani męża, choć on - tak na oko - jest od Pani dwa razy większy. I, jak powiada, nie jest typowym bujającym w chmurach muzykiem, tylko zwykłym fizycznym, bo dźwiga te swoje organy Hammonda i dźwiga...
- To prawda, kopnęłam go kiedyś tak mocno, że złamałam mu dwa żebra. Wtedy jeszcze nie był moim mężem, to było na początku naszej znajomości. Emocje były duże. Teraz już nie ma takich emocji. Mój mąż przestał mnie denerwować.

Tak się zmienił?
- Raczej ja tak się zmieniłam.

Dlatego jesteście ze sobą tak długo?
- Głównie chyba dlatego, że się mijamy, a poza tym zawsze powtarzam, że po pierwszym nieudanym małżeństwie nauczyłam się jednego. Przed ślubem trzeba mieć oczy szeroko otwarte, po ślubie przymknięte. Wtedy nie rzucają się w oczy porozrzucane skarpetki, nieumyta po kąpieli wanna czy nieopuszczona deska i zaraz jest łatwiej żyć długo i szczęśliwie.

Fot. KAPiF


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.