 Po trzydziestu latach życia na obczyźnie wrócił do Polski, którą nazywa swoim domem, choć nie odżegnuje się od tego, co zostawił za oceanem. Niedawno wydał płytę. Koncertuje. Ma wierną publiczność. I, jak sam mówi, niczego by w swoim życiu nie zmienił
Rozmawia EWA DERLATKA
3 września wydana została Pana nowa płyta, której jeszcze niestety nie miałam możliwości słyszeć. To prawda, że znajdują się na niej zupełnie nowe utwory?
- Płyta ta była już raz nagrana w Ameryce, 22 lata temu. Kiedy przyjechałem do Polski, żadne media nie były nią zainteresowane. "Jak to?" - pytali. "Przyjeżdża pan z Ameryki i nie rapuje, nie klnie po amerykańsku? Proponuje pan poezję, w dodatku Norwida? Kto to kupi?". Jednak po 22 latach udało mi się dojść do porozumienia z Polskim Radiem. Płyta jest w pewnym sensie moją reakcją na "brukowość" i "marność" w mediach, którą niektórzy nazywają muzyką. Materiał, jaki znajduje się na płycie, to zarejestrowane przedstawienie teatralne. Najważniejszy utwór na niej - "Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej" - znany jest już niektórym słuchaczom. Śpiewałem go w Polsce i w Ameryce, dla jednych i drugich, i wszędzie wywoływał dreszcze. Niektórzy mówią o nim: "Popiół i diament", ponieważ był głównym mottem filmu o tym tytule. Również włączyłem go do przedstawienia teatralnego, jakie reżyserowałem w Chicago.
Czy takie nagrania pochłaniają dużo czasu?
- Jeśli się coś kocha, to czasu się nie liczy. Zmieniona została całość - i tekst mówiony, i muzyka. Nagrywaliśmy tę płytę w największe lipcowe upały. Temperatura sięgała 35?C, a my siedzieliśmy w studiu nagraniowym od ósmej do piętnastej. Do ostatnich chwil było dużo pracy, ale warto było.
Co konkretnie znajduje się na płycie?...
- Na płycie zamieszczonych zostało 15 wierszy recytowanych z muzyką. Znajdują się 3 pieśni: "Do kraju tego", "Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej" i "O Jezu, Jezu". Jest też "Fortepian Chopina" i wstrząsający rapsod "Niewola". To moja osobista interpretacja tego, czego sam doznałem i co czuję. Myślę, że z tego również powstanie spektakl teatralny, tak jak to było w pierwowzorze. Chciałem złożyć uszanowanie i przełamać atmosferę głuchoty młodego pokolenia wobec geniuszu tej poezji. Jako przedstawiciel pokolenia wieku dwutysięcznego, jako "późny wnuk", któremu sam Norwid dedykował swą poezję, pisząc: "Ciesz się, późny wnuku/Jękły głuche kamienie/Ideałsięgnął bruku".
W międzyczasie był Pan jeszcze na premierze filmu o sobie w Londynie...
- To prawda. Miało to miejsce 27 sierpnia. Ten film to dokument długometrażowy do 55 min., zrealizowany i wyreżyserowany przez Iwonę Sadowską. Oprócz Londynu przedstawiony będzie w Oslo i w Paryżu. Głównie chodzi tu o zbadanie reakcji widzów, zanim zostanie przedstawiony na Festiwalu Filmów Dokumentalnych. W Warszawie ma być wyświetlany w listopadzie. Tytuł to "Wolność jak płomień". To historia mojego życia z udziałem wielu przyjaciół.
Od lat fascynuje Pana poezja. To prawda, że nawet na wagary chodził Pan z tomikiem poezji?
- Tak, to prawda.
Dlaczego tak bardzo ukochał Pan Cypriana Kamila Norwida?
- Hmm... Ukochałem również poezję wielu innych poetów. Kiedy miałem 18 lat, zacząłem jeździć na ogólnopolskie konkursy recytatorskie. Trzeba było uczyć się wierszy. Wybierałem klasyków, bo wtedy chciałem zabłysnąć brzmieniem głosu. Później zrozumiałem, że najważniejsza jest interpretacja. Aby się jej nauczyć, trzeba do danego wiersza, do jego słów i tematu, jaki porusza, po prostu dorosnąć. Inaczej mówiąc - nauczyć się jego mądrości. Jeśli chodzi o poezję Norwida, jego geniusz zachwycił przecież nie tylko mnie.
W Stanach reżyserował Pan sztukę pod tytułem "Norwid".
- W setną rocznicę śmierci "The Norwid Society", przy University of Ilinois w Chicago, zorganizowano światową konferencję poświęconą jego poezji, a profesor Tymoteusz Karpowicz napisał sztukę pod tytułem "Norwid" i oddał mi jej reżyserowanie. Brało w niej udział 5 polskich aktorów, a jej premiera odbyła się 24 października 1983 roku. Przyjechało na nią 300 "norwidologów" z całego świata. Wówczas w Polsce trwał jeszcze stan wojenny, toteż nie wypuszczono 14 zaproszonych gości - polskich "norwidologów".
Pięknie opowiada Pan o poezji. Sam jako poeta zadebiutował Pan w 1963 na łamach "Nowin Rzeszowskich" i zdobył nagrodę w Turnieju Jednego Wiersza. Pamięta Pan, jaka to była nagroda?
- Nagrody niestety nie pamiętam. Zresztą wówczas nie ona była najważniejsza, ale to, by w ogóle być, i by zaistnieć.
Swego czasu wykonał Pan wiersz Jana Pawła II, do którego muzykę napisał Mariusz Dubrawski.
- Tak, to piękna muzyka. Ten wiersz to "Tworzywo". Wybrałem akurat ten, ponieważ uznałem go za najpiękniejszy. Często śpiewam go na koncertach.
Skąd czerpie Pan inspiracje do życia, do dalszego tworzenia?
- Nie wiem. Może właśnie z miłości do życia. Może z miłości do obłoków, może do natury (śmiech).
A z Bieszczad?
- O Bieszczadach kiedyś często śpiewałem. Tam dorastałem jako młody buntownik, a obecnie często zajeżdżam do Wetliny i medytuję na Caryńskiej Górze.
Jeśli pytają, skąd Pan jest, to co Pan odpowiada?
- Na szczęście dożyliśmy takich czasów, że można mieć dwa adresy. Mój adres jest od paru lat w Polsce, jednak moje dorosłe życie spędziłem w Ameryce. To ponad 30 lat! Można mieć dwie matki i obie kochać. Mam nadzieję, że dałem tego wyraz w piosenkach, w wierszach, które mówię, i które piszę. W końcu powróciłem do korzeni, bo kto ich nie ma, nie jest w stanie rozwinąć gałęzi. Moje korzenie to Polska.
Wędrował Pan szlakiem Mickiewicza. Po co? Co było celem i efektem tej wędrówki?
- Po prostu byłem zaproszony na koncert do Wilna. Przy tej okazji szedłem śladami Adama Mickiewicza, zapoznając się z obrzędami "Dziadów", które opisał w dramacie pod tym tytułem. A w celi, gdzie Mickiewicz pisał wyznania księdza Piotra, wymyśliłem nową nazwę dla mojego zespołu "Imię Jego 44".
Jakie znaczenie ma dla Pana wiara i czy myśli Pan, że w ogóle ma ona duże znaczenie dla ludzi? I jeszcze jaka to jest wiara, w co?
- Ten, kto nie wierzy, nie czuje słońca. Nie czuje dotyku miłości. Ma powłokę zwaną ciałem, lecz nie ma duszy. Żyć bez duszy, to jakby być klockiem zbutwiałego drewna, niesionym przez prąd rzeki w niewiadomym kierunku. Wiary nie dzielę. Wiara jest jedna. A w kogo lub w co się wierzy? Nie znam odpowiedzi. Tym zajmuje się religia.
A dlaczego zmieniał Pan miejsca zamieszkania w Stanach?
- W Ameryce jest inaczej - ludzie przenoszą się co najmniej 4 razy w życiu ze względów rodzinnych, pracy, a głównie ze względów ekonomicznych, bo łatwo sprzedać dom, zarobić na nim i urządzić nowy. Moje zmiany miały podobny cel. Moim ostatnim miejscem w Stanach prawie od 10 lat jest Kalifornia. Tam są przyjaciele, mikroklimat, normalni ludzie, przepiękne zachody słońca i jego odbicie w oceanie... Kaniony i wiara w to, że jutro będzie tak samo.
Mimo że jak Pan już mówił, wrócił Pan do korzeni, to ciągle gdzieś Pan wyjeżdża. A już wydawało się, że pozostanie Pan z nami, ale to chyba mylne wrażenie...
- Wieczny włóczęga chce Pani powiedzieć... Ale czyż nie jest to fascynujące? Uwielbiam tę "włóczęgę". Lubię jeździć, poznawać nowe horyzonty, i lubię latać z miejsca w miejsce. Takie jest życie wędrownego artysty. Nie mamy jednego etatu i jednego teatru. Musimy dotrzeć tam, gdzie są ludzie, którzy chcą usłyszeć nasze pieśni, i chwała im za to. Koncertuję przez 3 miesiące, przelatuję około 20 tys. mil samolotem i wracam do Polski, gdzie też są wspaniali słuchacze moich pieśni. Odwiedzamy się nawzajem. Mam tu też przyjaciół i rodzinę oraz swoją publiczność, która przedłuża pamięć o mnie, przychodząc na koncerty.
Czy gdyby mógł Pan cofnąć się czas, zmieniłby Pan coś w swoim życiu?
- Nie ma takiej potrzeby. Akceptuję moje grzechy, jeśli takie mam. Ale przecież przez zło uczymy się dobra.
Mimochodem weszliśmy na ścieżkę wspomnień... Wykorzystując to, chciałabym zapytać o jedno wspomnienie. Jak doszło do wspólnego zaśpiewania razem z Marylą Rodowicz piosenki "Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma"?
- Agnieszka Osiecka, mieszkając obok mnie, przyszła któregoś dnia i mówi, że miała sen. Że jeździłem na białym koniu i rozdawałem ludziom szczęście. I pokazała mi ten tekst. A ja już wtedy wiedziałem, że wylecę z Polski i nie wrócę prędko. Nie miałem czasu. Powiedziałem więc do Agnieszki, aby zaprosić Marylę, i tak to się zaczęło.
Czy zmienił się Pan wraz ze swoim repertuarem?
- Człowiek dorasta do siebie i do świata. Dobrze jes,t jeśli ma się coś do powiedzenia. Trzeba się zmieniać i szukać zmian. To rozwija. Jednakże mój repertuar składa się z tego, z czego publiczność mnie pamięta - "Anna", "Jaskółka uwięziona", i z tego co stworzyłem w Ameryce, czyli płyty nieznanej w Polsce "Niczyj". Wydałem również książkę z moimi wierszami "Piszę pamiętnik Artysty", którą może ludzie poznają, bo już jest w sklepach. Najważniejszy w życiu artysty jest rozwój i to, aby nie tkwić w tym samym miejscu przez wieki.
"Co jest urokiem tego życia"?
- To wiersz złośliwy, sarkastyczny, zaczepny. Nie chcę udzielać odpowiedzi na to pytanie. Czekam, jak odbierze to czytelnik.
Czy joga i medytacja pomagają w osiąganiu celu?
- To temat rozległy, dużo by mówić. Dla mnie właśnie to jest urokiem mojego życia.
Co jest Pana celem teraz? Nie czuje się Pan już "Niczyj"?
- To piękny wiersz Juliana Tuwima. Bardzo się cieszyłem, że jeszcze go nikt nie odkrył. Śpiewam go, bo tak czuję.
Dyplomatyczna odpowiedź... Ubolewa Pan tylko chyba nad częstotliwością polskich nagrań w polskich stacjach radiowych? Ale publiczność na koncerty przychodzi?
- Już nie wierzę w Polskie Nagrania, które wyrządziły krzywdę wszystkim wykonawcom. Na szczęście nie jesteśmy już teraz uzależnieni od systemu, który nas grabił z własnego głosu za pośrednictwem jedynego w Polsce monopolu, jakim były Polskie Nagrania. Żałuję i ubolewam nad niektórymi stacjami radiowymi czy telewizyjnymi, które należą do zachodnich korporacji i dyktują taką muzykę, jaką w danym momencie sprzedają polskiemu słuchaczowi. Liczy się sprzedaż. A to, czy ktoś kręci tyłkiem, czy trzyma się za krocze, podnieca maluczkich. Mówi się, że to taki trend. Polska muzyka, jej wykonawcy i twórcy nie liczą się. Na całym globie nie spotkałem zjawiska, aby grano tyle polskiej muzyki, co w Polsce muzyki z innych krajów. U nas puszczany jest cały miszmasz tego świata.
Fot. Wojciech Kusiński 
|