 Ceniony aktor teatralny i filmowy. Uwielbiany przez kobiety za czar i urok osobisty. Od siedmiu lat twardą ręką rządzi w Teatrze Narodowym, za co został doceniony kolejną kadencją. Zajęcie to dostarcza mu tyle adrenaliny, że bez żalu zrezygnował z hazardu i wyścigów
Rozmawia BARBARA MITKOWSKA
Aby obejrzeć spektakl w Teatrze Narodowym, trzeba z dużym wyprzedzeniem polować na bilety. Cieszą się Państwo ogromnym powodzeniem u publiczności.
- Nie wypada mi się z tym nie zgodzić, a kupowanie biletów do teatru z wielotygodniowym wyprzedzeniem to rzecz zwyczajna. Myślimy o tym, by sprzedawać bilety z wyprzedzeniem półrocznym, tak jak to praktykuje londyński Nathional Theatre. Widzowie lubią zaplanować pójście do teatru. Wyczekiwany spektakl traktują odświętnie.
Powodzenie teatru to także Pana sukces. Jak Pan to zrobił?
- Ja nie zrobiłem, to czas zrobił. Udało mi się zbudować zespół i pogodzić interesy kilkudziesięciu indywidualności, wielu wybitnych twórców. Artyści nie zawsze potrafią tworzyć zespołowo, nam się udało tego dokonać i co ważne, przy jednoczesnym zachowaniu dobrej, koleżeńskiej atmosfery, a nie przy pomocy strzelania z bata.
Pozwala Pan swoim aktorom grać w serialach?
- Jak mógłbym nie pozwolić, skoro sam grywałem. Jeśli to nie koliduje z ich grą w teatrze, to grają. Teraz rynek daje aktorom mnóstwo możliwości zarabiania pieniędzy, szczególnie w większych ośrodkach.
Kto jest w teatrze najważniejszy: aktor czy reżyser ?
- Najważniejszy jest widz. Pierwsze pytanie, jakie pada w kasie, to nie, co gramy, a kto gra. Jak grają aktorzy znani z telewizji, kina i gazet, to publiczność kupuje bilety. Może się to nam podobać lub nie, ale tak jest.
Reżyser dawniej był kimś w rodzaju kapitana okrętu, który płynął pod pełnymi żaglami wśród sztormów. W tej chwili mamy do czynienia tylko z budowniczymi okrętu. Z tymi, którzy uważają, że muszą koniecznie zrobić inny okręt niż ten, który dobrze płynie, i muszą przepłynąć w wannie ten sam odcinek, który kiedyś przebywało się okrętem.
Chcą szokować widzów?
- Wszyscy kombinują, jak przejść do historii. Ja to troszeczkę trywializuję, ale generalnie teraz wszyscy zajęli się przechodzeniem do historii, zamiast zwykłą pracą. Już studenci kombinują, jak przejść do historii. Życie galopuje, mamy mało czasu, w związku z tym najsilniejszym elementem artystycznym w ostatnich latach było szokowanie.
Dlaczego właśnie w latach 80. i 90. teatr starał się szokować?
- Teatr funkcjonuje tylko w czasie teraźniejszym, więc to czas wymuszał pewne rzeczy. W kryzysie teatru lat 80. i 90. dorosła silna generacja młodych, zdolnych i mniej zdolnych. Trafili na czas końca wieku, a każdy przełom wieku to dekadencja. Hasło wolności, a szczególnie wolności twórczej, pada wówczas na podatny grunt. Wtedy obowiązywało i nadal obowiązuje, z czym nie do końca się zgadzam. Wolność tylko wtedy ma smak, gdy ma ograniczenia. Natomiast wolność bez ograniczeń to anarchia, a anarchii już nie lubię. Publiczność też. Bardzo wyraźnie po anarchii przełomu wieków zaczyna tęsknić i wracać do uporządkowanego świata. Podoba się to, co jest uporządkowane.
Skąd Pan to wie ?
- Chodzę do teatru, nie tylko do mojego. Oglądam przedstawienia nie tylko premierowe, ale i tuzinkowe, i widzę zwykłą publiczność. Nawet taką, która czasami przychodzi do teatru, a nie wie, na co przyszła. Nie układam hierarchii widzów, jest różna widownia. Gramy "Śluby Panieńskie". Mam największą frajdę, gdy przychodzi młodzież licealna, taka, która jest początkowo zdezorientowana. Mówią wierszem, w miarę upływu przedstawienia, gdy już złapią konwencję, zaczynają się dobrze bawić. Szli z nastawieniem na "nie", to się czuje. I nagle ktoś im udowadnia, że można mówić o uczuciach, a nie tylko o nich informować. Albo widzę na początku przedstawienia widownię niebieską od włączonych komórek, a po 10 minutach już ciemność i wpatrzonych w scenę ludzi. To znaczy, że sztuka ich zainteresowała i przestali wysyłać SMS-y.
Powiedział Pan w którymś z wywiadów, że publiczność "zwiedza" aktorów. Co to znaczy?
- Publiczność kocha aktorów znanych z telewizji, kina i gazet. Wystarczy zrobić przedstawienie objazdowe, małoobsadowe, góra cztery osoby, ale pod warunkiem, że są to gwiazdy. Jeździmy po kraju i zarabiamy pieniądze. W tej chwili takich trup jeżdżących po Polsce jest kilkadziesiąt. Gwiazdy grają przedstawienia lepsze, gorsze, najczęściej lekkie. Nazwałem to zjawisko "widownia, która zwiedza aktorów". Nie należy tego lekceważyć, aktorzy ciężko pracują na to, by być eksponatami do zwiedzania.
Czy nie żałuje Pan, że został dyrektorem Narodowego? Jest Pan nim od 7 lat, a w tym roku wiosną dostał Pan nominację na kolejnych pięć.
- Czasami rzeczywiście żałuję, bo odbywa się to ze szkodą dla mojego aktorstwa. Natomiast adrenalina na stanowisku dyrektora nie da się porównać z pracą ani aktora, ani reżysera. Żyję na wysokich obrotach. Chciałem adrenaliny, to ją mam.
Nigdy w życiu nie stawałem do żadnego konkursu, nie ubiegałem się o nic, wybierano mnie i podejmowałem wyzwanie.
Czy to, że jako dyrektor Narodowego zagrał Pan u Grzegorza Jarzyny w "T.E.O.R.E.M.A.C.I.E" w Teatrze Rozmaitości, wynikło z tęsknoty za graniem, czy z tego, że chciał Pan się spotkać z tym reżyserem?
- Chciałem zaznać niezwykłej frajdy bycia tylko aktorem. Odpowiadać tylko za siebie, za nic więcej. Nie brać odpowiedzialności zbiorowej. Już reżyser odpowiada za całość przedstawienia, a dyrektor za wszystko. To nie jest narzekanie, ja to lubię. Chciałem także pracować z Jarzyną. Uważam go za wybitnego reżysera, a rola była interesująca.
Zagrał Pan w "Kanale" Wajdy, mając 13 lat, i następnym razem u tego reżysera, po 50 latach, generała w filmie "Katyń". Miał Pan świadomość, że to szczególny film?
- Tak. To jeden z tych filmów, w których się gra na zasadzie powinności czy rodzaju jakby spłacania długu wobec własnej rodziny. Przecież Wajda z takiej samej potrzeby robił ten film. Przy "Kolumbach" to czułem i teraz, przy "Katyniu". Człowiek się wtedy nie zastanawia, gra czy nie gra, wchodzi w jakąś rzeczywistość, na tradycji której się wychowywał, która mu towarzyszyła całe życie. To jest powinność.
Zagrał Pan wspaniale, to odruchowe cofnięcie się było wstrząsające, to moim zdaniem, majsterszyk, najlepsza scena w tym filmie.
- Przyznam się Pani, że znam takich, którym się nie podobało. Część Polonii amerykańskiej mnie zdyskwalifikowała za ten odruch, ponieważ bohaterski polski generał nie powinien mieć takiego odruchu. Sądzę, że oczekiwali stereotypu, że szli z krzyżem w ręce i różańcem w drugiej, śpiewając "Jeszcze Polska nie zginęła". Wajda zresztą też miał wątpliwość, czy tak to zagrać. Wybroniłem to, tak chciałem to zagrać. Teraz żartuję, że mam specjalność aktorską oficerowie przedwojenni i mowy pogrzebowe.
Jest Pan zadowolony z tej roli?
- Bardzo.
A z jakich jeszcze?
- Z Ryszarda III. Zagrałem go w teatrze u Dejmka. Cenię "Kolumbów" i śląskie filmy Kutza oraz "Poślizg" i "Wielka wsypę" w reżyserii Łomnickiego.
Pan lubi hazard?
- Już go nie potrzebuję. Kiedyś grałem na wyścigach, teraz chodzę tam bardzo rzadko, nudzę się. Czasami zdarza mi się pójść do kasyna, trzy razy w roku, gdy naprawdę mam wolne. Najśmieszniejsze jest to, że od czasu, gdy zostałem dyrektorem, adrenalina towarzysząca grom hazardowym okazała się o wiele niższa od tej, którą mam na co dzień w teatrze. W związku z tym wyścigi i kasyna mnie już nie ciągną. Poker? Czasami w lecie, w ramach wakacji. W tym gabinecie dyrekcyjnym mam i wyścigi konne, i kasyno, i poker.
Niedawno zagrał Pan w Teatrze Polonia z Beatą Ścibakówną. Dlaczego u Jandy i czy trudno gra się z żoną?
- Ci, którzy pracują u mnie, nie obsadzają mnie w reżyserowanych przez siebie sztukach, bo trudno się pracuje z aktorem, który jest jednocześnie pracodawcą. Byłem trochę niedopieszczony jako aktor i jak dostałem ciekawą propozycję, to bardzo chętnie z niej skorzystałem. Zagrałem z żoną, bo na tym etapie naszego małżeństwa było to już możliwe. To zabawne, bo dotychczas wydawało mi się, że to będzie szlachetne i wspaniałe, jak nie będę w żaden sposób pomagał żonie. Ona naprawdę do wszystkiego dochodziła sama. A się czego nie tknęła, to i tak mówili, że jej załatwiłem, więc pewnie trzeba było jej załatwiać. Popełniłem taktyczny błąd. Żartuję oczywiście. Liczy się to, co myśli ona. A Beata ma pełną świadomość, że do wszystkiego doszła absolutnie sama, a małżeństwo ze mną, przynajmniej w początkowym okresie, nie było pomocą, tylko przeszkodą. Zdarzało się, że ją z tego powodu skreślano z obsady. Ja pracuję z żoną tylko wtedy, gdy nie mam najmniejszych wątpliwości, że rola jest dla niej, że nie ma lepszej kandydatki. W mojej reżyserii Beata zagrała trzy razy przez 15 lat.
Dlaczego zrezygnował Pan z roli w serialu "Sprawa honoru"? Był Pan świetny jako Czesław i widzowie żałowali, że Pan już nie gra.
- Ja nie zrezygnowałem, mnie zabili. Troszeczkę temu pomogłem, bo zawsze się boję, gdy mi proponują pracę w serialu, żeby on nie stał się tasiemcem. Nie przyjmuję ról w serialach ze względów artystycznych, ale i taktycznych, bo seriale niosą niebezpieczeństwo zakorzenienia się. Długi czas grania w takich tasiemcach powoduje niewątpliwie straty artystyczne. Gra się w kółko to samo. Mój rekord to 12 odcinków. Siłą tego zawodu jest to, że daje możliwości bezustannej zmiany, rozwijania swoich umiejętności. Trzeba się uczyć do końca życia.
Kiedy Pan nauczył się płakać na zawołanie?
- Po 30 latach pracy w zawodzie.
Dlaczego nie lubi Pan Internetu?
- Bo jestem matoł elektroniczny, nawet komórka sprawia mi trudności. Jak nie widzę oczu rozmówcy, nie czuję zapachu, nie czytam mowy ciała, to źle się czuję. Dla mnie coś, co jest tylko płaskim ekranem, deformuje rzeczywistość. Upraszcza, banalizuje, trywializuje - czuję się uboższy, a nie bogatszy. Pozorna wolność, którą daje Internet, jest w gruncie rzeczy potworną indoktrynacją. Człowiek nigdy nie był tak ubezwłasnowolniony, jak przez elektronikę. Internet daje możliwość każdemu frustratowi wylania pomyj w dowolny sposób. Daje złudne poczucie wolności, która przecież nie jest żadną wolnością, bo to wszystko jest kontrolowane. Z moim poczuciem niezależności czuję się osaczony. I dlatego nie lubię Internetu. To jest oczywiście gadanie starucha. Ja zdaję sobie z tego sprawę, pamiętam, jak mój dziadek wyłączał radio, gdy zaczynali nadawać Armstronga, bo dla niego to nie była muzyka. Doceniam zalety Internetu, jak muszę, to korzystam, ale dostrzegam potworne niebezpieczeństwa. Szczególnie ludzi publicznych Internet ubezwłasnowolnia, każdy może o nas napisać jaką chce bzdurę. Na Pudelku czy innym Plotku moja noga jeszcze nie stanęła.
Czy lubi Pan podróże?
- Lubię wyjeżdżać z rodziną. Moja żona jest zapaloną globtroterką. Ja należę do tych szczęśliwców, którzy zwiedzili kawał świata dzięki zawodowi. W latach 90. zjeździłem całą Europę, Stany Zjednoczone, Australię. Wkrótce jadę z "Tangiem" do Sankt Petersburga, już 6. raz. W październiku z T.E.O.R.E.M.A.T.E.M - Belgrad, Dublin, Londyn. I jeszcze w tym roku mam w planach Singapur. A na Boże Narodzenie zaplanowaliśmy z żoną i córką pobyt w Brazylii. Już kupiliśmy bilety.
Proszę powiedzieć, jakie premiery czekają nas w nowym sezonie w Narodowym? I jakie są kryteria doboru repertuaru?
- Jedynym miernikiem, jakiego oczekuje widz, jest jakość. I tego staramy się wszyscy pilnować. Tak jak ubranie może być awangardowym garniturem, frakiem, surdutem, ale musi być naprawdę w najwyższym gatunku.
W nowym sezonie będzie kilka premier. Już za nami wrześniowa premiera "Kreacji" Iredyńskiego, w październiku polska prapremiera sztuki "Kazimierz i Karolina" Odona von Horvata w reżyserii Gabora Zsambeki, a potem "Mewa" Czechowa, "Lorenzaccio" Musseta i "Oresteja" Ajschylosa. Przyszły rok jest rokiem Różewicza. Jerzy Jarocki pracuje nad przedstawieniem poświęconym twórczości Różewicza.
JAN ENGLERT
Urodzony w 1943 roku w Warszawie. W 1964 ukończył roku warszawską PWST. Aktor, reżyser, pedagog, scenarzysta, obecnie dyrektor Teatru Narodowego. W dorobku filmowym ma ponad 100 ról. Debiutował w 1957 roku rolą Zefirka w "Kanale" Andrzeja Wajdy. Zagrał m.in. w filmach "Sól ziemi czarnej", "Perła w koronie", "Kontrybucja", "Noce i dnie", "Lalka", "Kolumbowie", "Magnat". Jego wybitne role teatralne to m.in. tytułowe role w "Hamlecie" i "Don Juanie", wcielił się także w Konrada w "Wyzwoleniu", króla Ryszarda w "Ryszardzie III", Króla Lira w "Królu Lirze". Grał w serialach telewizyjnych, m.in. w "Polskich drogach", "Domu", "Matkach, żonach i kochankach", "Sprawie honoru". Wielokrotnie nagradzany za kreacje aktorskie. Dwukrotnie żonaty. Z pierwszą żoną, aktorką Barbarą Sołtysik, ma troje dorosłych dzieci. Z drugą - Beatą Ścibakówną - córkę Helenkę.
Fot. Stefan Sokołowicz (1), Teatr Narodowy w Warszawie (3) 



|