Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

TOMASZ RACZEK - Iść za marzeniem


Już jako 19-latek zadbał o swoją przyszłość: zakradł się na korytarze przy ul. Woronicza i polował na Zygmunta Kałużyńskiego. Udane "łowy" otworzyły mu drzwi do show-biznesu, a współprowadzenie "Pereł z lamusa" zapewniły miejsce w historii telewizji

Rozmawia BARBARA MITKOWSKA

Każdy fachowiec przyznaje, że miał swego mistrza. Pańskim był Zygmunt Kałużyński. Długo Pan go szukał?
- To on mnie znalazł. Oczywiście znałem go wcześniej jako krytyka filmowego z "Polityki" i z telewizyjnego programu "XYZ" oraz "Sam na sam". Był moim idolem, ale nie miałem okazji poznać go osobiście. Los mi sprzyjał, bo gdy byłem studentem pierwszego roku Akademii Teatralnej przyszła do nas Anna Barcikowska, reżyserka programu "Warianty", która poszukiwała młodych ludzi do tej audycji. Wybrana osoba miała dyskutować właśnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Na próbę do telewizji zaproszono czterech studentów. Ja byłem jednym z nich.

Dlaczego Zygmunt Kałużyński wybrał właśnie Pana?
- Bo ja bardzo chciałem, żeby właśnie mnie wybrał, i pojechałem do telewizji z chytrym planem. Postanowiłem go zagadać, a jednocześnie być sobą, nikogo nie udawać, no i zaprezentowałem się wtedy jako osobnik trochę przemądrzały i odrobinę agresywny, i rzeczywiście zagadałem go. Miałem wtedy 19 lat.

Kałużyńskiemu spodobał się taki wyszczekany studencik?
- On szukał partnera, który potrafiłby z nim walczyć na ekranie, a nie potakiwacza. Poza tym chyba dostrzegł we mnie bratnią duszę człowieka niepokornego, bo sam taki był. Wybrał mnie na swojego ekranowego rozmówcę. I tak się zaczęło. Zygmunt Kałużyński wprowadził mnie w 1976 roku do telewizji.

Proszę powiedzieć, czego Pan się od niego nauczył.
- Najpierw terminowałem u pana Zygmunta jak u mistrza, a potem uczyłem się od przyjaciela, bo z czasem serdecznie się zaprzyjaźniliśmy. Współpracowaliśmy w telewizji przez 30 lat. Byłem też jego redakcyjnym kolegą w "Polityce" i "Wprost". Wspólnie napisaliśmy osiem książek.
Pan Zygmunt był moim telewizyjnym ojcem chrzestnym, od niego uczyłem się, jak mówić, jaka powinna być forma, treść i atmosfera programu. Nauczyłem się też, że krytyk powinien być człowiekiem niepokornym, trochę takim o statusie "wariatuńcia", nie do końca serio. W pracy i życiu kieruję się prawami Kałużyńskiego, a oto jedno z nich: "Staraj się, żeby nie traktowano Cię zbyt poważnie, wtedy możesz powiedzieć więcej i szczerzej". To się sprawdza.

Stworzyliście znakomity duet dwóch spierających się krytyków filmowych, a program "Perły z lamusa", emitowany w latach 90., uczył kochać kino nas wszystkich.
- Nasze rozmowy o filmach były realizowane w TVP 2 przez 10 lat i w plebiscycie "Polityki" czytelnicy uznali je za jeden z najważniejszych programów telewizyjnych 40-lecia. Początek był przypadkowy. W roku 1989 zostałem zastępcą dyrektora telewizyjnej Dwójki. Wpadłem na pomysł, żeby zaprosić Zygmunta Kałużyńskiego do prowadzenia cyklu filmowego, takiego przeglądu klasyki kina. Kałużyński miał poprzedzać wybrane przez siebie filmy krótkim wprowadzeniem. Zgodził się, ale powiedział, że sam gadać "do rury", czyli do kamery, nie będzie, zdecydowanie potrzebuje rozmówcy.

I Pan nim został?
- Nie od razu. O sobie nie myślałem. Wspólnie z Zygmuntem usiedliśmy w moim gabinecie przy Woronicza i sporządziliśmy listę około 30 kandydatów, którzy mogliby spierać się z nim na wizji, ale on do każdego zaczął zgłaszać zastrzeżenia. Lista robiła się coraz krótsza. Powiedziałem: "Panie Zygmuncie, zaraz zabraknie nam kandydatów i Pan będzie w końcu musiał sam mówić do tej "rury". A on na to: "Wcale nie, przecież mogę rozmawiać z Panem". I poprowadziliśmy ten cykl razem.

Czy tylko Zygmunt Kałużyński był dla Pana mistrzem?
- W szkole teatralnej wiele nauczyłem się od Krzysztofa Teodora Toeplitza, który wykładał u nas historię filmu. Ceniłem go bardzo jako dziennikarza piszącego świetne teksty. Posługiwał się wizytówką, na której były tylko jego imiona, nazwisko i numer telefonu. Nic więcej. Zrobiło to na mnie wrażenie, tym bardziej, że wówczas wszyscy pisali sobie na wizytówkach mgr, inż., dr, red. Pomyślałem, że jest człowiekiem nietuzinkowym, i że ja kiedyś też chciałbym mieć taką wizytówkę. By o tym, kim jestem, świadczyły moje dokonania, a nie tytuły.

Gdyby Pana poproszono o zrobienie listy 10 najlepszych filmów, to jakie obrazy by się na takiej liście znalazły?
- Błąd w założeniu. Nie zgadzam się na takie listy, bo powinnością krytyka filmowego jest napisanie rzetelnej recenzji, a nie narzucanie komuś swego zdania, tworzenie jakichś list przebojów czy szufladkowanie czyichś dokonań. Zygmunt Kałużyński napisał: "W każdym filmie, nawet najgorszym, można znaleźć choćby jedną scenę, jeden strzęp dialogu lub ujęcie, które ma w sobie oryginalną wartość, i dla niego warto obejrzeć całą, niedobrą resztę". I ja się z tym trochę zgadzam. Każdy z nas powinien zrobić własną listę.

Uparcie powrócę do swego pytania. Jakie filmy lubi Pan najbardziej, jakie gatunki Pan preferuje?
- Lubię filmy związane z wodą, to moja pasja. Nigdy nie mieszkałem nad morzem, ale zawsze chciałem być marynarzem, pływać po morzach i oceanach świata. I udało mi się zrealizować moje marzenie. Gdy zaistniała możliwość pływania, zrezygnowałem z pracy w zespole filmowym "Oko", gdzie byłem kierownikiem literackim, i przez cały rok 1987 pływałem na "Batorym" jako etatowy oficer do spraw rozrywki. I to było wspaniałe. Wiem już, że w każdym wieku i na każdym etapie życia trzeba dążyć do realizacji marzeń. Bo nic w życiu nie daje większej siły i satysfakcji niż poczucie, że zrealizowało się marzenie.
A co do filmów, bardzo lubię film Felliniego "E la nave va" ("A statek płynie") i Wolfganga Petersena "Das Boot" ("Okręt"). Podobała mi się też komedia Johna Watersa "W czym mamy problem" z Kathleen Turner, a już szczególnie emanacja anarchii wyzierająca z każdego kadru w tym filmie. Widocznie siedzi we mnie mały anarchista. Nawiasem mówiąc, w Zygmuncie Kałużyńskim też siedział anarchista. I to anarchista dużego formatu. Lubił niszczyć ogólnie przyjęte schematy i stereotypy. Ja też lubię, chociaż jest też we mnie dobrze wychowany chłopiec.

Odważył się Pan trzy lata temu przyznać publicznie do tego, że jest gejem. A potem wraz ze swoim partnerem Marcinem Szczygielskim głosami czytelników "Gali" zostaliście wybrani parą roku. Warto było się przyznawać?
- Warto. Przyznanie się do faktu bycia homoseksualistą daje wolność, wtedy nie trzeba udawać, wykręcać się, kłamać. Okazuje się, że odwaga jest zawsze premiowana i daje wielki szacunek. Od czasu ujawnienia mojej orientacji seksualnej częściej niż poprzednio podchodzą do mnie obcy ludzie, głównie mężczyźni, choć jest i trochę kobiet. Mówią "dzień dobry", uśmiechają się, podają mi dłoń i deklarują, że szanują mnie za odwagę. Tego się nie spodziewałem w takiej skali. Myślę, że choć Polska jest postrzegana jako kraj konserwatywny, to w swoim rdzeniu jest tolerancyjna. Tu przecież nigdy nie było stosów.

Czy w Polsce nadszedł już czas, by geje i lesbijki wyszli z ukrycia?
- Nie wiem. Nie jestem i nie zamierzam być rzecznikiem gejów, ujawnienie się to indywidualna decyzja każdego z nich. Ja myślałem o tym dość długo, a okazja nadarzyła się, gdy mój partner, Marcin Szczygielski, napisał świetną książkę. Przeczytałem "Berka" i zachwyciłem się. Poczułem dumę, że to właśnie Marcin ją napisał, i w przedmowie do niej postanowiłem poinformować czytelników, że autor jest moim partnerem życiowym od 15 lat. Oczywiście, najpierw powiedziałem mu o moim zamiarze. Zapytał tylko: "Czy jesteś tego pewny?". A gdy usłyszał, że tak, powiedział, że też o tym myślał i z entuzjazmem się zgodził, byśmy się ujawnili. Początkiem walki o prawo do życia w zgodzie ze swoją tożsamością musi być jej ujawnienie. Teraz to w pełni rozumiem, lecz musiałem do tego dojrzeć. Nie chodzi o afiszowanie się tym, że jest się gejem, lecz o wyjście z ukrycia i rezygnacja z życia w podwójnej moralności.

Książka Marcina Szczygielskiego wyszła w Pańskim Instytucie Wydawniczym "Latarnik" im. Zygmunta Kałużyńskiego. Miał Pan za mało pracy dziennikarskiej i postanowił założyć własne wydawnictwo, by sobie dołożyć obowiązków?
- Pracy miałem i mam sporo, ale zawsze byłem zatrudniony u kogoś, co mnie męczyło, bo jestem człowiekiem dążącym do totalnej wolności. Wiele lat pracowałem w wielkich korporacjach wydawniczych, m.in. jako redaktor naczelny wprowadzałem na polski rynek "Playboya". Byłem trybikiem w maszynie i naprawdę źle się z tym czułem. Pamiętam, gdy jeszcze żył Zygmunt Kałużyński, odwiedzałem go po pracy i przez pierwsze minuty odreagowywałem przy nim stresy, aż któregoś razu on zapytał: "Dlaczego nie otworzysz własnej firmy?" Rzucił pomysł, który zrealizowałem. W 2002 roku otworzyłem niewielkie wydawnictwo i od razu wiedziałem, że będę wydawał książki poświęcone mediom i pisane przez ludzi mediów. I to się udało. Pierwszą wydaną przez nas książką był "Pamiętnik Orchidei" Zygmunta Kałużyńskiego. Teraz wydajemy m.in. książki Beaty Pawlikowskiej, Jerzego Gruzy i oczywiście Marcina, i moje.

Jak Pan odpoczywa?
- Słuchając muzyki klasycznej w domu, na dobrym sprzęcie. Mój ojciec był pianistą i miłość do muzyki wyniosłem z domu rodzinnego. Po Zygmuncie Kałużyńskim, który był melomanem, odziedziczyłem kilkadziesiąt tysięcy starych płyt. W samochodzie zaś słucham muzyki rozrywkowej. Lubię też spacerować z moimi psami.

A filmy? Jest Pan krytykiem filmowym i dyrektorem kanału filmowego w telewizji. Czy oglądanie filmów nie jest dla Pana przyjemnym odpoczynkiem?
- Oglądanie filmów nie jest już dla mnie rozrywką. Nie jestem normalnym widzem, mam już to skrzywienie zawodowe i widzę, jak to jest zrobione, denerwuje mnie tandeta, bylejakość. Rzadko też chodzę do kina, wolę oglądać filmy na wideo lub w komputerze. Dzieje się tak głównie ze względu na brak czasu. A najbardziej nie lubię, gdy bez uzasadnienia dla rozwoju akcji reżyser rozciąga film. Nawet najlepszy nie powinien trwać dłużej niż półtorej godziny. Moim zdaniem można w tym czasie zmieścić arcydzieło.

Fot. Piotr Furman


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.