 Odnalazł szczęście, ale pozostał buntownikiem, wyczekującym rewolucji serc i dusz. Ceni wolność, ale dawne rockandrollowe życie zastępuje dojrzałym albumem solowym, bo tylko we własnych projektach może w pełni wyrażać artystyczne "ja" i podążać za tym, na co ma wilczy apetyt
Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Zanim powstała 5. płyta solowa "Kalejdoskop" i 7 płyt z Wilkami, były w Pana muzycznej karierze epizody z zespołami: Gniew, Nieustraszeni Łowcy Wampirów, Madame, Made in Poland, Opera. Jak daleką drogę przeszedł Pan muzycznie od tych początków z perspektywy lat?
- Niewątpliwie najważniejszym zespołem był dla mnie zespół Madame, z którym założyliśmy muzyczny obóz pracy, grając przez 3 lata właściwie codziennie po 10-12 godzin. Ten okres najwięcej mi dał; najwięcej się wtedy nauczyłem, nawet o sobie, bo dowiedziałem się, jaką muzykę chcę grać. Cały czas eksperymentowaliśmy z dźwiękiem i ze słowami. To były piękne czasy, kiedy w Stodole gromadziło się środowisko artystyczne, nie dość że wielopokoleniowe, to jeszcze wielobranżowe: starsi jazzmani, młodzi gniewni rockmani typu zespół Kult, grający zimną falę Madame, artrockowy Collage, Zbyszek Hołdys z Perfectem. To był bardzo twórczy czas, w którym rodzili się nowi artyści: zespoły, fotograficy, malarze. Wszystko to w jakiś magiczny sposób się uzupełniało, przepływ informacji i wiedzy ogólnej o sztuce był wtedy szeroki. Żałuję tylko, że dziś młodzi muzycy są pozbawieni takiej atmosfery tworzenia. Wraz z systemem zlikwidowano kluby studenckie, znikły dotacje, a same kluby nastawiły się na działalność komercyjną, a nie artystyczną, obejmującą opiekę nad twórcami. Wypada bardzo żałować, bo na pewno nie pomogło to rozwojowi młodych polskich talentów. W tej chwili w środowisku artystycznym wszyscy jesteśmy rozbici, nie mamy swoich miejsc spotkań.
Oczywiście był też krótki epizod z Operą - całą Republiką bez Grzegorza Ciechowskiego - dla mnie przeżycie bardzo urocze i fajne, bo było spotkaniem z zespołem, na którym się wychowałem - jednym z nielicznych na tyle oryginalnych, że jeśli słychać w jego muzyce coś podobnego, to inspiracje, a nie gotowe matryce. Z kolei Gniew był dla mnie o tyle ważny, że stawiałem w tym zespole swoje pierwsze kroki muzyczne. Właściwie wówczas zdecydowałem, że chcę zostać muzykiem, chociaż utwierdziłem się w tym w zespole Madame, gdy zacząłem jeździć w trasy koncertowe. Pojawiły się pierwsze pieniądze, za które mogliśmy kupować własne struny czy pałki do perkusji, a czasy były ciężkie i trzeba było zamawiać takie akcesoria u prywatnych wytwórców, a na instrumenty zapisywać się lub dostawać spod lady. Wspominam te czasy z rozrzewnieniem, bo wtedy muzykę grali tylko ci, którzy naprawdę ją kochali. Nie było celebrytów i wszystkich, którzy tylko zaśmiecają polską kulturę swoimi niewybrednymi gustami.
Co przesądziło o tym, że po tylu próbach z Wilkami poczuł Pan, że to jest to?
- Gdy skończyła się przygoda z Madame, miałem sporo swoich kompozycji, które były inne niż to, co robiłem z Madame, ale nie aż tak bardzo, więc z marszu postanowiłem nagrać płytę, którą przygotowywałem w głowie kilka lat. Utarło się, że to najlepsza płyta w moim życiu, a zarazem najlepsze Wilki. Ja bym się z tym nie zgodził, bo wtedy to jeszcze nie do końca były Wilki. Tak naprawdę płytę nagraliśmy we dwójkę, z Mikisem, który doszedł w zasadzie, jak płyta była gotowa, a mnie brakowało tylko gitar. Nawet sam je nagrałem, ale wiedziałem, że mogą być lepsze, gdy uświetni to gitarzysta. Także z Wilkami jest o tyle ciekawa sprawa, że moja pierwsza płyta z zespołem była właściwie pierwszą solową, a dopiero druga - bardzo niepochlebnie przyjęta przez dziennikarzy - była de facto płytą Wilków. I tak się dzieje w moim życiu bardzo często. Moja publiczność nie do końca jest zadowolona, kiedy oddaję moją muzykę - nawet po części - Wilkom. Zdecydowanie woli, jak wszystko robię sam. To właśnie moje solowe płyty cieszą się największym uwielbieniem.
A nie jest trochę tak, że fani cenią twórczość Roberta Gawlińskiego w ogóle, nie dzieląc jej na zespołową i solową?
- Nie, myślę, że w większości rozróżniają te dwie ścieżki. Zresztą zależy, o jakich fanach mówimy. Ja w ogóle unikam tego słowa. Dla mnie fan to ktoś, kto tnie się żyletką, jak ktoś źle powie o artyście. Wolę mówić o sympatykach. Moi wielbiciele w większości mają po trzydziestce, w związku z czym na szczęście nie tną się żyletkami na mój widok, ani nie robią innych głupot. Choć nie ukrywam, że wielkim zdziwieniem był dla mnie fakt, że pierwsza płyta Wilków najszerszym echem odbiła się wśród nastolatek.
Co najbardziej różni solowe albumy od płyt nagrywanych z Wilkami?
- Wilki, szczególnie te po come backu, nagrywały płyty w bardzo prosty sposób, tak jak robili to Rolling Stonesi czy Springsteen. Pracujemy nad materiałem w sali prób, ja piszę w międzyczasie teksty, piosenki dojrzewają, aż w końcu wchodzimy do studia i je nagrywamy. Na płytach Wilków bardzo mało jest obróbki komputerowej. W moich solowych projektach zdecydowanie więcej jest elektroniki, więcej też przechodzą zabiegów czysto technicznych w ramach produkcji i postprodukcji. Po drugie, zasadniczo inna jest forma wypowiedzi. Na mojej ostatniej płycie jest tylko jedna piosenka o miłości, i to też dalekiej od dosłowności. Utwory moje i zespołu dotyczą innych problemów i wartości. Twórczość Wilków utrzymana jest w duchu hippisowskim, co daje bardzo fajną mieszankę, której nie zamierzam zmieniać. Na zarzuty, że cały czas gramy z Wilkami to samo, odpowiadam, że w podobnej sytuacji lider AC DC odparł: "Tak, gramy to samo, ale jesteśmy AC DC i gramy w jedyny sposób na świecie". I to samo mogę powiedzieć o muzyce Wilków.
Ale są tematy zarezerwowane dla zespołu, a odrębne na albumy solowe?
- Zdecydowanie. Mówiąc z przymrużeniem oka, nie wyobrażam sobie, żeby Wilki nagrały piosenkę o globalnym ociepleniu, natomiast płyta solowa ma to do siebie, że mogę na niej opowiadać o wszystkim, o czym chcę. Jak mnie najdzie ochota, to zaśpiewam piosenki Jaremy Stępowskiego i to będzie mój projekt, pod którym się podpisuję, pozbawiony brandu pod tytułem Wilki, marki, która powinna kojarzyć się z określonym gatunkiem muzyki czy stanowiskiem światopoglądowym. Na solowych albumach mogę na chwilę zwariować.
Dawniej bywało punkowo, mocno i krzykliwie, dziś przyszedł czas na wyciszenie, dojrzałość, akustyczne, łagodniejsze brzmienia, a mimo to śpiewa Pan o potrzebie rewolucji. Cały czas w środku siedzi buntownik, tyle że bunt inaczej się wyraża?
- Przez wiele lat się nie buntowałem, bo uważałem, że bunt po prostu mi nie przystoi. Mam zdrową, szczęśliwą rodzinę, pieniądze. Czegóż jeszcze można chcieć od życia? Natomiast nagrywając "Kalejdoskop", zdałem sobie sprawę, że mimo wszystko bardzo dużo rzeczy w otaczającym nas świecie najzwyczajniej mnie wkurza. Wkurzają mnie koncerny farmaceutyczne, systemy totalitarne czy uzurpowanie sobie prawa do bycia policjantem świata przez Stany Zjednoczone. To wszystko prowokuje do napisania tekstów, które niekoniecznie muszą skupiać się na miłości. Dlatego postanowiłem opisać tym razem ciemną stronę ludzkiej natury - tę prawdziwą, bo tylko bywamy dobrzy, a w głębi jesteśmy źli.
Częściej toczy Pan wojnę z systemem, zjawiskami społecznymi, czy z samym sobą i swoją naturą zła, opisaną w jednej z piosenek?
- Zawsze interesowało mnie to, co siedzi w środku człowieka. Zjawiska socjologiczne nigdy nie pociągały mnie na tyle, żeby o nich pisać. Zresztą buntownicy zawsze w Polsce byli i chętnie wyrażali swój sprzeciw wobec systemu. Najśmieszniejsze przy tym jest to, że ostatnio w mediach wypowiadają się członkowie zespołów, które swego czasu grały na rautach rządowych. To oczywisty dysonans, ale z drugiej strony nie można uogólniać, bo nie wszyscy, którzy na tych rautach grali, darzyli szacunkiem tych, dla których grali. Być może czasem musieli, bo była to przepustka do występów publicznych. Co ciekawe, na spotkania takie zapraszane były zespoły debiutujące na festiwalu w Jarocinie, niemające nawet nagranej płyty: Tilt, Madame, Randez-Vous obok takich grup, jak Lady Pank czy Maanamu, zespołów znanych i uznanych, bardziej komercyjnych w owym czasie. Dziś zastanawiające jest, że w Polsce tak wielu młodych ludzi piętnuje artystów za komercję, tymczasem oni sami przeciwko niczemu się nie buntują. Są w podziemiu, bo wydaje im się, że wystąpienie w telewizji strasznie ich skazi, ale z drugiej strony marzą o tym, żeby puściło ich radio RMF czy Zet.
Świat w tekstach albumu "Kalejdoskop" przepełniony jest pesymistycznymi wizjami i mrocznymi obrazami. Piosenki wypełniają grzesznicy, "żywioły, które ciągną na dno", "życie ostre jak nóż", "tajemnice zranionych dusz"... Jest w tym świecie szarych dni miejsce na dobro, światło i szczęście?
- No pewnie. Bez tego nie mogłoby powstać nic pozytywnego. Nic, co daje otuchę i nadzieję.
Pan nadal poszukuje swojego szczęścia, czy już je odnalazł?
- Ja całe życie poszukuję Boga, natomiast szczęście odnalazłem. Odkryłem miłość, która jest uczuciem wyższym niż fascynacja seksem czy oczarowanie. Udało mi się odnieść duży sukces w Polsce, cały czas czerpię zadowolenie z pracy zawodowej. Pod tym względem czuję się cool.
W tekstach piosenek dużo jest symboliki, nawiązań biblijnych i literackich, widać zamiłowanie do fantastyki. To też ucieczka w inny, nierzeczywisty świat?
- Na pewno tak jest. Poza tym nie lubię tekstów dosłownych. Oczywiście są w Polsce mistrzowie w tego rodzaju pisaniu, na przykład Maciej Maleńczuk. Niesamowicie podobają mi się teksty Grzegorza Kaźmierczaka z Variété, który niesie palmę pierwszeństwa w rockowej poetyce polskiej sceny muzycznej. Sztuką jest bowiem coś więcej niż zgrabne pisanie pod publiczkę, które zdarza się również tym wielkim.
Czuje się Pan poetą na tyle, żeby wyrażać się w tekstach niezależnie od twórczości muzycznej?
- Czasami zapisuję jakieś 3 zdania, których nigdy później nie wykorzystuję w tekstach, a mimo to gdzieś te wersy zostają. Jest tego trochę, ale myślę, że na dobry tomik by nie wystarczyło. Dlatego w tym sensie nie mogę uważać się za poetę. Natomiast kilka tomików można by wydać ze wszystkich moich płyt. I kilka tekstów byłoby naprawdę wartościowych.
Więcej frajdy sprawia komponowanie czy układanie tekstu do muzyki, bo rozumiem, że taka jest kolejność?
- Komponowanie jest dla mnie jak skok do basenu w upalny dzień i przepłynięcie pierwszych 50 m, natomiast następne 300 m to jest tekst.
Swego rodzaju dopełnienie przyjemności?
- Dopełnienie, ale i trochę więcej pracy. Mając doświadczenie, piosenki komponuje się dosyć łatwo. Oczywiście są tacy, którzy nie powinni się za to zabierać, bo robiąc to dla pieniędzy, tylko kaleczą polską muzykę.
W jakich warunkach Pan tworzy i w jakich okolicznościach pojawia się inspiracja?
- Nie ma na to reguły. Czasem niespodziewanie przyjdzie do głowy refren, który zaraz zapisuję, albo pomysł na melodię, którą gram, jak tylko wracam do domu. Zasadniczo to przede wszystkim kwestia inspiracji. Czasem po prostu coś takiego, co przepływa przez jednych ludzi, a przez innych nie, sprawia, że chcę usiąść do gitary i zaśpiewać coś, co dosłownie wyrywa mi się z klatki piersiowej. Wtedy powstają najlepsze rzeczy. I tak dzieje się też z tekstami. Piosenkę "Grey" z ostatniej płyty napisałem z marszu, improwizując w domu w święto Wielkanocy, i niewiele potem poprawiałem. Podobnie bardzo lubianą przeze mnie piosenkę "Tuareg" napisałem w 5 min. i ilekroć ją gram, czuję jakąś pierwotną moc, witalność. Dużo sympatii mam też dla "Miriam", która powstała też szybko, ale już w nie tak kosmicznym tempie, i była trochę zmieniana w porównaniu z pierwotną wersją.
Właśnie "Anioł Miriam" nawiązuje do miejsc "złej części miasta, gdzie nawet Bóg rzadko zagląda już", gdzie "kończy się blichtr, zaczyna życie ostre jak nóż". Jak czas dzieciństwa i młodości wspomina dziś chłopak z Grochowa, któremu "Grzesiuk śpiewał do snu"?
- Wolność powinna się zawsze dobrze kojarzyć. To był czas braku jakichkolwiek obciążeń i zobowiązań codzienności. Jeżeli lata młodości wspomina się źle, to znaczy, że się spieprzyło życie. Późne lata mogą być równie piękne, ale nikt nie chciałby, żeby były takie same. Tylko my sami możemy postarać się, żeby - niezależnie od okoliczności - wypełnić dany nam czas jak najlepiej, aby nie żałować przeszłości, lecz chętnie wracać do niej we wspomnieniach.
Jak ten okres hippisowskich dni w szemranych kręgach Warszawy ukształtował Pana jako artystę i człowieka?
- Jeżeli ważne są wspomnienia, to znaczy, że wydarzenia z tego okresu w istotny sposób nas ukształtowały. Pamiętam imprezy na podwórku czynszowej kamienicy u kolegi, który mieszkał na warszawskiej Pradze. To niezapomniane klimaty, które miały w sobie wiele romantyzmu. Mimo naszej cudacznej - w oczach chłopaków z Pragi - odmienności: długich włosów, skórzanych spodni, kolorowych trampek, nigdy nie spotykaliśmy się z przejawami niechęci. Przeciwnie, wszelkie kontakty były na zasadzie wzajemnego szacunku. Przy tym na Pradze spotkałem więcej intelektualistów niż w kafejkach w centrum, gdzie przesiadują dziś elity warszawskie, ludzie w gruncie rzeczy nieciekawi, ubrani u tych samych projektantów, niemający krzty polotu, mówiący rzeczy, których potem żałują. A robią wiele, by przenieść się do Warszawy. Przykładem zespół Strachy na Lachy, który wydał teraz bardzo dobrą płytę, ma przebojowy utwór i kto wie, może się tu przeniosą, bo bardzo trudno im będzie wrócić do undergroundu.
Pan spodziewał się sukcesu "Baśki", która stała się wakacyjnym przebojem?
- Tak, napisałem ten utwór w wybitnie dobrym nastroju. Rzadko się zdarza, że skończywszy pracę nad piosenką ma się poczucie, że to wielki przebój. Z "Baśką" tak było. Dziś trudno nam jest zagrać koncert bez tego utworu. Nawet na koncertach solowych, gdzie nie gramy repertuaru Wilków, publiczność domaga się na bis "Baśki". Z drugiej strony wciąż na około słyszę pytania, czy się nie wstydzę takiego grania, czy mi nie obrzydła.
No właśnie, niewątpliwie wywołała podział na tych, którzy mogą słuchać jej na okrągło, i na tych, którzy widzą w niej jakiś wyłom w repertuarze Wilków...
- To ciekawe, bo jak "Baśkę" zaczęły grać wszystkie stacje, koledzy muzycy bez wyjątku gratulowali mi superpiosenki. Kiedy po miesiącu okazało się, że jest hitem, bez którego nie ma grilla, zdecydowanie zmieniły się opinie na temat płyty.
Najnowsza płyta, mimo urlopowych okoliczności powstawania w Grecji, nie ma piosenek, które byłyby pewniakami na przeboje...
- Nie mam pojęcia, bo tego nigdy nie da się zaplanować, można jedynie przeczuwać, natomiast ta płyta nie powstała, aby mieć przeboje. A urlopowa otoczka? Dlaczego nikt nie zarzuci Chopinowi, że większość utworów tworzył na południu Francji albo w Paryżu? Nie uważam, żeby to była płyta wakacyjna. Sądzę, że to jeden z najlepszych albumów, jakie udało mi się w życiu nagrać, zarówno pod względem tekstów, jak i muzycznie. Tyle, że to płyta dojrzała, dla dorosłych ludzi i wyrobionych słuchaczy. To nie jest płyta do zakochania się od pierwszego przesłuchania, trzeba mieć czas, żeby smakować dźwięki, dać się im poprowadzić, posłuchać historii, które opowiadam.
A co takiego ma w sobie sama Grecja, którą nie po raz pierwszy wybrał Pan, żeby oderwać się od świata i komponować w spokoju?
- Grecja ma w sobie jakąś wyjątkową atmosferę spokoju, a jednocześnie radości. Oczywiście tam, gdzie jest ciepło, świeci słońce, ludzie są bardziej wyluzowani i uśmiechnięci. Do tego na wyciągnięcie ręki ma się przepiękne unikalne zabytki, które na każdym kroku przypominają, że to kolebka cywilizacji europejskiej. Trudno udawać, że takie miejsce nie istnieje, i mówić, że się woli Mazury. Rozumiem, że na Mazurach można fajnie spędzić czas i sam doskonale się tam bawię, ale jednak zobaczyć Akropol to coś zupełnie innego. Tam domy mające 300 lat są zamieszkane i nie są niczym niezwykłym, a wiele zabytków ma 3 tys. lat.
Kolekcjonowanie mieczy to sposób na relaks czy również wynik zamiłowania do historii i tęsknota za czasami, gdy świat wyglądał inaczej?
- Lubię białą broń, bo wydaje mi się najszlachetniejszym ze wszystkich rodzajów broni. Dziś byle zasraniec może zastrzelić wysportowanego, zdrowo żyjącego, kochającego fizkulturę mężczyznę, a kiedyś byłby tylko byle zasrańcem.
Po tylu latach w trasie koncertowanie nadal sprawia przyjemność?
- Są momenty, kiedy już trochę mi się nie chce, ale teraz, jak mam nowy skład, granie sprawia mi większą frajdę niż przed 5 laty. Grać w składzie, w którym każdy muzyk jest wielką indywidualnością, to zupełnie inny rodzaj emocji i energii, a do tego wielkie wyzwanie. To przede wszystkim świetni muzycy i sprawdzeni ludzie.
A jak koledzy z Wilków traktują Pana czasowe skoki w bok przy okazji solowych płyt?
- Wszyscy jesteśmy kumplami, a do tego dorosłymi ludźmi, którzy mają swoje cele i drogi artystyczne. Ja jako artysta też nie mogę być więziony. Mam w głowie mnóstwo pomysłów, które chciałbym zrealizować sam. I myślę, że za rok zespół Wilki będzie koncertował okazjonalnie, żeby nie stracić ze sobą kontaktu. Na razie nie będziemy nagrywać płyty. Płytę trzeba dopieścić, żeby okazała się wydarzeniem artystycznym albo sukcesem komercyjnym. Z tego względu postanowiliśmy zrobić sobie małą przerwę. Zresztą, wszyscy muzycy biorą udział w odrębnych projektach, w których też się realizują artystycznie. A ja cały czas gram koncerty promujące "Kalejdoskop".
Czy w grę wchodzi też jakiś duet, których przybywa ostatnio na muzycznej scenie? Marzy się Panu, żeby wystąpić z jakimś artystą?
- Wielu jest takich, z którymi chciałbym napić się kawy, zjeść obiad i posiedzieć przy koniaku. Tyle, że nagrywanie duetów ma sens wtedy, gdy jest wspólna emocjonalna więź. Wspólny projekt musi jednoczyć, a na naszym rynku nie widzę takich perspektyw. No bo co wniósłby duet: Robert Gawliński i Edyta Górniak? Wartość takiego zestawienia jest wątpliwa. Ale oczywiście są duety wybitne, choćby "Miss Sarajevo" - przepiękny utwór śpiewany przez Bono i Pavarottiego, który wzrusza i w którym o coś chodzi, bo jak wiadomo miał on na celu sprzeciw wojnie na Bałkanach.
Jakie pomysły muzyczne kiełkują już w głowie na przyszłość?
- Chciałbym spróbować akustycznego grania solowego, nad którego formą stale się zastanawiam. Mam różne pomysły, których nie chciałbym zdradzać, bo doświadczenie w branży muzycznej podpowiada mi, żeby powstrzymać się od opowiadania o tym, co, mam nadzieję, nastąpi w przyszłości.
Robert Gawliński
Ur. się w 1963 r. w Warszawie. Wokalista, kompozytor, autor tekstów. W wieku 7 lat zaczął występy w konkursach muzycznych. Jako 19-latek rozpoczął karierę rockową. Po debiucie w zespole Gniew występował z takimi formacjami, jak: Nieustraszeni Pogromcy Wampirów, Opera, Madame, Made in Poland. W 1992 r. pierwszą płytę nagrały Wilki, z którymi Robert Gawliński związał się na stałe, wydając z zespołem dotychczas 7 albumów. W międzyczasie, począwszy od 1995 r., nagrał 5 płyt solowych. Najnowszym autorskim projektem jest "Kalejdoskop", wyprodukowany przez Leszka Biolika, który ukazał się w kwietniu. Teledysk do singla "Grzesznicy", promującego album, nakręcił reżyser obsypanego nagrodami "Rewersu" Borys Lankosz. W 1998 r. muzyk wcielił się w postać Edwarda Stachury w filmie "Wojaczek". Jest też twórcą muzyki do inscenizacji "Hamleta" Tomasza Mędrzaka w Teatrze Ochota, w której użyczył głosu Duchowi Ojca.
Fot. Jacek Poremba/EMI 



|