 Kojarzony bardziej po głosie, niż z wyglądu. Prowadził audycję "60 minut na godzinę", był twórcą niezwykle popularnego "Polskiego zoo". Pisarz, satyryk, dziennikarz, zapalony kolekcjoner książek
Rozmawia BARBARA MITKOWSKA
Wielu autorów skarży się, że ciężko im idzie pisanie. Opowiadają, że są dni, gdy udaje się im napisać zaledwie jedną stronę albo tylko jedno zdanie. Tymczasem Pan tworzy codziennie 10-15 stron, a Pański rekord to 23 strony. Dochodzą jeszcze teksty do gazet, felietony i recenzje książek. Wiersz satyryczny potrafi Pan napisać "od ręki". Jak to Pan robi?
- Zawsze wstawałem o świcie i pisałem, bez względu na okoliczności. Moja metoda to zapisać jak najwięcej myśli, pomysłów, nie ostatecznie, bo uważam, że na poprawki i końcowy szlif przychodzi czas później, gdy ogarniam całość utworu. Ten system mi się sprawdza. Mam też szczęście do dobrych redaktorów w wydawnictwach. Kocham zabawę słowem.
Był Pan dyrektorem pierwszego programu Polskiego Radia...
- Trzy lata temu, potem trafiłem do TVP jako doradca. W efekcie rok temu na fali farfałszczyzny wywalono mnie z telewizji i skasowano audycje w radiu, i po raz pierwszy od stanu wojennego jestem bezrobotny.
I co dalej?
- Nie będę udawał, że się z tego cieszę, ale przeżyłem gorsze rzeczy. Jestem optymistą i uważam, że może jeszcze uda mi się coś zrobić w radiu i telewizji. Moje życie układa się w systemie siódemkowym - siedem lat chudych, siedem tłustych. Teraz, według mych wyliczeń, trwa siódemka chuda, więc wszystko jest w porządku. Plusem obecnej sytuacji jest to, że odpoczywam po olbrzymim stresie, który mi towarzyszył, gdy bawiłem się w urzędowanie. Mam też czas na wyjazdy do egzotycznych miejsc, nurkowanie w rafach koralowych, które uwielbiam, i pisanie książek.
Pracę stracił Pan nie po raz pierwszy. Po 13 grudnia 1981 roku wyrzucono Pana z trzeciego programu Polskiego Radia, a prowadził Pan wtedy niezwykle popularną audycję "60 minut na godzinę".
- Przeżycie było traumatyczne. Z dnia na dzień znalazłem się na dnie. W sobotę 12 grudnia byłem autorem kultowej audycji, współpracownikiem gazet i telewizji, miałem własny kabaret. W niedzielę 13 grudnia decyzją generała Jaruzelskiego, wprowadzającą stan wojenny, byłem już nikim, bezrobotnym, niezdolnym do służby w jednostce zmilitaryzowanej Polskie Radio.
Audycja "60 minut na godzinę" zdobyła miliony zagorzałych słuchaczy, znałam takich, którzy ustawiali sobie dzień tak, by jej nie przegapić.
- Tak rzeczywiście było. Mimo zakusów komuny, by ją zdjąć, nadaliśmy ponad 400 programów. Nie tylko moja w tym zasługa. Pomysł audycji powstał u progu roku 1974. Zaczynałem z Janem Kaczmarkiem jako felietonistą, Krzysztofem Materną jako prezenterem i Jackiem Fedorowiczem. Początkowo nie wiedzieliśmy, co Jacek będzie robił, miał być jednym z prowadzących, ale szybko stał się lokomotywą programu. Potem doszli Andrzej Zaorski i Tadeusz Ross, a Kaczmarek przyprowadził swoich wrocławskich kolegów z Waligórskim i młodą lekarką - Ewą Szumańską. Ja wyhodowałem sobie Krzysztofa Jaroszyńskiego. Pracowaliśmy razem przez 7 wspaniałych lat, tylko Materna wykruszył się po pół roku.
W stanie wojennym stworzył Pan kabaret objazdowy, co pozwoliło przetrwać Panu i wielu artystom bojkotującym reżimowe media. Potem wrócił Pan do radia i do telewizji. W latach 90. powstało "Polskie zoo", które było bardzo popularne, choć nie wszystkim się podobało. Był Pan wtedy fanem Lecha Wałęsy i niektórzy mieli to Panu za złe.
- Nie ukrywałem nigdy, że byłem zafascynowany Wałęsą, ale nie mogę się zgodzić, że byłem bezkrytyczny wobec ówczesnej władzy. Cotygodniowy program satyryczny na bieżąco komentujący politykę siłą rzeczy pewne sprawy upraszczał, ale przecież powstawał w czasie naszej raczkującej demokracji i my wszyscy, politycy i satyrycy, dopiero tej demokracji się uczyliśmy.
Gdyby dzisiaj dostał Pan propozycję tworzenia podobnego programu, to pewnie by Pan z niej skorzystał, pomimo czekającej Pana ciężkiej pracy?
- Teraz są trudne czasy dla kabaretu, a dla politycznego szczególnie, bo życie go czasem przerasta. Wystarczy obejrzeć transmitowane w TV komisje śledcze. Poza tym telewizje zdominowały programy rozrywkowe, które są kabaretami tylko z nazwy, i nie wiem, czy ludziom chciałoby się jeszcze myśleć. A czy w ogóle chciałbym robić program na bieżąco komentujący politykę? Nie wiem - pociągają mnie sprawy głębsze, mniej doraźne, a czy jest miejsce na kabaret ponadczasowy, jak kiedyś Starsi Panowie?
Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że "nie kupuję Szymona Majewskiego". Dlaczego?
- Być może dlatego, że jest coś takiego, jak pokoleniowe poczucie humoru. To dotyczy nie tylko Szymona Majewskiego, ale całego kabaretu. Przez całe lata obowiązywała w tym młodym kabarecie zasada, żeby trzymać się jak najdalej od bieżących problemów kraju, a dawać jak najwięcej zgrywy, bezproblemowych aktorskich skeczów. Wygłupy na scenie mnie mierżą, są jak zgrzyt noża na szkle. Mojemu pokoleniu o coś chodziło, wypluwaliśmy dusze, a estetyka młodego kabaretu przypomina harcerskie ognisko.
Czy szczupły student historii, pojawiający się z początkiem lutego 1968 roku z kartką w ręku na scenie "Egidy", wiedział, że ten debiut odmieni całe jego życie?
- Bez kontaktu z Pietrzakiem, z tym środowiskiem nie byłoby Nadredaktora Wolskiego, "Sześćdziesiątki", "Polskiego zoo", książek i felietonów. A może i by były, ale z pewnością inne. Błahe. Ostrożne. "Zawsze warto rzec durniowi, że jest durniem", to jeden z motywów, które zaszczepił mi Pietrzak.
Nadal co tydzień występuje Pan na scenie w kabarecie u Jana Pietrzaka i komentuje bieżącą sytuację, ale satyrykiem czuje się Pan - jak zapewnia w wielu wywiadach - w coraz mniejszym stopniu, bardziej jest Pan pisarzem i publicystą.
- Występuję "Pod Egidą", bo to wyjątkowe miejsce. Ciągle mówimy tam o ważnych sprawach i wciąż przychodzą na nasze występy ludzie, którzy tego oczekują. Na innych estradach już mnie nie ma, bo nikt mnie nie zaprasza. Teraz stawia się na ludzi młodych i z innym poczuciem humoru.
Ale to młodzi są też czytelnikami Pana książek. Na spotkania z Panem w Empikach i bibliotekach przychodzi bardzo dużo ludzi młodych.
- Rzeczywiście, na spotkania ze mną przychodzi więcej ludzi młodych niż starszych. Znają mnie głównie poprzez książki, ale także jako twórcę telewizyjnych szopek noworocznych. Cieszę się, że do nich trafiam.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że szczególnie ceni sobie zdanie swojego syna i młodszej siostry, którzy szczerze mówią, co myślą o Pańskich najnowszych tekstach.
- Tak, daję im moje książki do przeczytania jeszcze przed publikacją, chociaż oboje mieszkają za granicą, dzięki Internetowi mogą poznawać moje książki jako pierwsi. Oboje mają cechy dobrego krytyka, najpierw chwalą, a potem wytykają błędy.
Jest Pan z pokolenia ludzi, którzy jeszcze uczyli się wierszy i prozy na pamięć. Potrafi Pan cytować całe strony Trylogii, co wzbudza podziw.
- Żeby pisać, trzeba najpierw coś przeczytać. Znam na pamięć poezję Mickiewicza i Wyspiańskiego. Byłem zauroczony Mrożkiem i Gombrowiczem. Moje ulubione lektury to w kolejności: "Kwiaty polskie", "Mistrz i Małgorzata" i "Kubuś Puchatek". Staram się czytam maksymalnie wiele z tego, co się ukazuje. Na mojej szafce nocnej stale leży stos książek do przeczytania.
Chodziły plotki, że dobudował Pan bibliotekę do domu, bo książki się nie mieściły.
- Nie ja, tylko moja żona, bo to ona była "kierownikiem budowy". Prawdą jest, że gdy budowaliśmy nowy dom najpierw powstał projekt biblioteki, a potem pozostałe części. To bardzo wysoki, bardzo duży pokój z antresolą i półkami na ścianach, od podłogi po sufit. Mam blisko 10 tys. książek i wciąż znoszę do domu kolejne.
Fot. Kapif 
|