 Włoska gwiazda Sophia Loren opowiada o swoich pierwszych krokach stawianych w aktorstwie oraz wykorzystaniu jej zdjęcia w kalendarzu Pirelli
Chciałem zacząć od słów podziwu dla pani, zawsze uśmiechniętej, pogodnej, pełnej życia i pięknej. Z czego czerpie pani siły?
- Z pewnością wiele siły i wsparcia daje mi rodzina, która zawsze jest przy mnie. Jak w każdej rodzinie czasami nasze zdania co do różnych spraw, problemów są podzielone, ale kiedy potrzebuję wsparcia, zawsze mogę na nich liczyć. Żyjemy w świecie, który ceni młodość i związane z nią przymioty: energię, przebojowość, otwartość na zmiany. Bolejemy, gdy z wiekiem czas powoli pozbawia nas atrybutów młodości. Najważniejsza jest pogoda ducha i tylko od nas zależy, czy ją zachowamy. Mnie się udało.
Magazyn "People" uznał panią za jedną z najpiękniejszych i odpornych na upływ czasu kobiet na świecie. Włoski tygodnik "Gente" poinformował, że 72-letnia Sophia Loren pojawi się nago w przyszłorocznym wydaniu kalendarza Pirelli. Czy prawdą jest, że pokaże pani swoje ciało po raz pierwszy?
- Nigdy wcześniej nie zdecydowałam się na pokazanie własnego ciała, ponieważ bardzo chroniłam swoją prywatność. W tej chwili nie mogę ani zdementować, ani potwierdzić publikacji w "Gente", ponieważ jestem związana tajemnicą. Mogę powiedzieć, że moje zdjęcie zostanie zamieszczone w kalendarzu Pirelli, i tak jak napisał "Gente", będę w diamentowych kolczykach, ale czy nago - dowiecie się państwo za jakiś czas.
Czy uroda pomaga pani w pracy?
- Z pewnością tak. Czy zaniedbana i bez talentu kobieta mogłaby być światowej sławy aktorką? Nie ma co ukrywać, że producenci w pierwszej kolejności biorą pod uwagę wygląd.
A jaka jest pani recepta na udane życie?
- Ile jest ludzi na świecie, tyle jest recept na udane, wygrane życie. Każdy z nas postępuje według własnych reguł i brak możliwości ich realizowania powoduje, że zatracamy sens naszego istnienia, jednocześnie ponosząc klęskę. Ja również tworzę swój przepis, w którym regularnie dodaję nowy składnik mikstury, aby nie było ono ciągiem powtarzających się elementów. Nie ma istoty ludzkiej, której celem nie byłoby dążenie do szczęśliwego życia. Wszyscy życzymy sobie, aby mieć je jak najdłużej. W dzisiejszych czasach rozmyślając o takiej egzystencji mamy na myśli dobrobyt, rodzinę, bliskich. Jednak są ludzie, którzy odnajdują szczęście w zupełnie innych dziedzinach życia. Zresztą radość jest wartością, która ma dla każdego człowieka inne znaczenie.Wydaje mi się, że aby zaznać tego najpiękniejszego uczucia, trzeba nosić to szczęście w sobie.
Jaka jest Pani rada dla kobiet myślących tylko o karierze?
- Popularność to miła rzecz przez pierwsze dwa miesiące. Według mnie w karierze najważniejszy jest profesjonalizm. W to, co się robi, trzeba włożyć całą siebie.
Jako dziecko startowała pani w konkursach piękności.
- Tak. Już od 13 roku pracowałam jako modelka w miejscowości, w której mieszkałam (Pozzuoli). Kiedy miałam 15 lat, wzięłam udział w konkursie piękności "Królowa morza". Pamiętam, że byłam ubrana w suknię zrobioną z różowej firanki i zapastowane na biało buty, które zostały pożyczone od sąsiadki. Ponoć zachwyciłam jury i zostało mi przyznane pierwsze miejsce. Otrzymałam piękną nagrodę, która teraz mnie śmieszy, a był nią bilet kolejowy do Rzymu i 35 dolarów.
Wykorzystała pani ten bilet?
- Nie zastanawiałam się nawet przez pięć minut. Spakowałam walizki, wsiadłam w pociąg do Rzymu i nigdy więcej już nie powróciłam do Pozzuoli.
Jak się pani odnalazła w Rzymie?
- Początki były trudne. Moje nowe życie w Rzymie zaczęłam od poszukiwania pracy w kolejnym konkursie piękności, który był organizowany przez mojego przyszłego managera i męża - Carla Ponti. Zajęłam tylko drugie miejsce, ale Carlo zaoferował mi niewielką rolę w swoim filmie. Po tym krótkim epizodzie spodobało mi się aktorstwo i postanowiłam zostać aktorką.
Jak wspomina pani swój debiut przed kamerami?
- Zadebiutowałam w 1949 roku, w obrazie Felliniego pt. "Luci del Varietr" oraz w amerykańskiej wersji "Quo Vadis".
A dzięki któremu filmowi zyskała pani sławę?
- Popularność zawdzięczam Vittorio de Sice i aktorowi Marcello Mastroianniemu, z którymi nakręciłam aż osiem filmów. Widzowie bardzo ciepło mnie przyjęli dzięki roli w filmie "Małżeństwo po włosku".
Jak to jest być pierwszą nieanglojęzyczną aktorką, która otrzymała Oscara?
- To wspaniałe uczucie. Jest mi bardzo miło, że moja wieloletnia praca została doceniona. Podczas swojej kariery otrzymałam wiele nagród, ale Oscar jest dla mnie największym wyróżnieniem.
Dlaczego nie wystąpiła pani nigdy na deskach teatralnych?
- Przy każdym wywiadzie dziennikarze zadają mi to pytanie. Mam lęk przed występowaniem na scenie przed publicznością.
A próbowała pani kiedyś swoich sił w teatrze?
- Tak, z okropnym skutkiem dla mnie i dla publiczności. Wyszłam na scenę, spojrzałam na publiczność i cały tekst wyleciał mi z głowy. Nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa i chciałam się zapaść pod ziemię. Po kilku minutach zeszłam ze sceny i nigdy więcej już się na niej nie pokazałam.
Wiadomo, że interesuje się pani polityką. A czy nigdy żadna opcja polityczna nie chciała wykorzystać słynnej gwiazdy filmowej do swoich doraźnych celów?
- Zdarzało się bardzo często, że dostawałam propozycję od różnych partii politycznych, aby ich promować, brać udział w kampaniach itp. Interesuję się polityką, ale nie mam zamiaru nigdy swoją osobą wspierać jakiejś opcji. Ja jestem aktorką, a nie politykiem.
Jakie są pani marzenia?
- Moje życie uważam za cudowną bajkę, w której udało mi się spełnić wszystkie marzenia. Kilka lat temu marzyłam o tym, aby spotkać się z Janem Pawłem II. Udało się. Teraz chciałabym również się spotkać z Benedyktem XVI, ale to już nie jest marzenie, bardziej chęć poznania następcy wielkiego papieża Polaka.
Z pewnością jeszcze nie jest czas na podsumowanie pani życia, ale zapytam: czy pani otrzymała od życia to, czego oczekiwała?
- Myślę, że tak. Będąc dzieckiem z biednej rodziny nawet nie marzyłam, że dojdę tak daleko. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy pomagali mi na mojej długiej drodze.
Rozmawiał Rafał Szwajkowski |