Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

PAWEŁ MAŁASZYŃSKI - Mnie interesuje aktorstwo, a nie show


Jest jednym z najzdolniejszych aktorów młodego pokolenia. Choć fani uważają go za symbol seksu, sam nigdy nie widział siebie w takiej roli. O kreacjach filmowych, dochodzeniu do sławy i rodzinie opowiada Paweł Małaszyński

Ostatnie dwa lata to dla Pana nieprzerwane pasmo sukcesów. Zagrał Pan w dwóch seriach "Oficera", w trzech seriach "Magdy M.", wkrótce na ekrany kin wejdzie film "Świadek koronny", w którym gra Pan główna rolę, a telewizja wyemituje "Tajemnicę twierdzy szyfrów". Czy sukcesy zawodowe oraz fakt, że stał się Pan jednym z najpopularniejszych polskich aktorów, zmieniły Pana życie?
- Nie. Oczywiście mam więcej pracy, dostaję więcej propozycji, ale poza tym moje życie się nie zmieniło.

Jest Pan doceniany nie tylko przez reżyserów, lecz także, a może przede wszystkim, przez publiczność. Przypadł Panu tytuł "Najpiękniejszego" w konkursie "Vivy!" i otrzymał Pan nagrodę w plebiscycie "Kogo kocha Elle".
- Co do tytułu "Najpiękniejszego" -  najpierw byłem bardzo, bardzo zaskoczony, a potem poczułem się skrępowany. Nigdy nie widziałem siebie w roli sekssymbolu czy najpiękniejszego Polaka. To było dziwne uczucie.

Paparazzi i plotkarskie pisma dały Panu spokój?
- Nie jestem interesującym obiektem dla paparazzich. Dali mi spokój. Ale prawdę mówiąc, nie zastanawiam się nad tym, nie śledzę plotkarskich rubryk w prasie.

Czy to prawda, że odmówił Pan udziału w programie "Taniec z gwiazdami"?
- Prawda. Mnie interesuje aktorstwo, a nie show. Nie czuję się dobrze w rozrywce tego typu i nie jest mi to do niczego potrzebne.

Pieniądze Pana nie skusiły? Podobno w tym programie można sporo zarobić...
- Nie skusiły.

W "Oficerach" grał Pan w kilku scenach, można rzec -  ekstremalnych. Grand był torturowany... Czy trudno jest grać w takich scenach?
- Nie odczuwałem strachu przy tym całym katowaniu Granda. Nie korzystałem z pomocy kaskadera, więc to mnie ciągnęli uwiązanego na linie do quada, a potem podpalili. Pomimo to, tak jak już mówiłem, nie bałem się. Myślałem tylko o tym, żeby nakręcone zdjęcia były realistyczne.

"Oficerów" i pierwszą serię oraz połowę drugiej serii "Magdy M." reżyserował Maciej Dejczer. Ten bardzo wymagający reżyser mówi o Panu w samych superlatywach: zdolny, pracowity, ambitny...
- Faktycznie, Maciej Dejczer jest bardzo wymagającym reżyserem, bardzo wymagającym człowiekiem. Ale udało nam się znaleźć wspólny język i dobrze nam się razem pracuje. Na planie "Oficerów" sprzeczaliśmy się ze sobą. Na planie "Magdy M." już się rozumieliśmy. Obaj jesteśmy bardzo zaangażowani w to, co robimy. Obaj staramy się zrobić wszystko jak najlepiej, a jak wiadomo wspólny cel łączy ludzi.

A jak udało się Panu pogodzić pracę na planach dwóch seriali: "Magdy M." i "Oficerów"? One były kręcone w tym samym czasie...
- Trzech, bo jeszcze w tym samym czasie pracowałem na planie serialu "Tajemnica twierdzy szyfrów" według prozy Bogusława Wołoszańskiego. Bywały takie dni, że rano jechałem na plan "Magdy M.", potem miałem zdjęcia do "Oficerów", a wieczorem -  do "Tajemnicy twierdzy szyfrów". Był to okres dość trudny, ale dałem radę. Cały czas gram też w teatrze.

Wiemy, kim jest Piotr Korzecki i Grand. A kim jest kreowany przez Pana bohater w "Tajemnicy twierdzy szyfrów"? I co to za serial?
- "Tajemnica twierdzy szyfrów" to trzynastoodcinkowy serial nakręcony na podstawie książki Bogusława Wołoszańskiego. Jest to historia szpiega, Johanna Jorga, a w zasadzie agenta, który ze względu na podobieństwo zostaje podstawiony pod prawdziwego szpiega.

To jest prawdziwa historia?
- W połowie. Johann Jorg nigdy nie istniał. Jest to postać, którą Wołoszański wymyślił na potrzeby książki i scenariusza. Kilka postaci, które pojawiają się w filmie, to postacie prawdziwe. Film opowiada o zdarzeniach, które miały miejsce pod koniec II wojny światowej, choć pojawiają się także retrospekcje z początków wojny. Jorg zostaje oddelegowany do zamku Czocha w Karkonoszach, gdzie ma przejąć maszynę deszyfrującą, która nosiła nazwę Ryba-Miecz i której używają Niemcy. I faktycznie taka maszyna istniała, zdobyli ją Amerykanie pod koniec wojny. Przy okazji Jorg dowiaduje się o planach Niemców, które dotyczą konstrukcji bomby atomowej. Takie plany też najprawdopodobniej istniały.

Jorg porównywany jest do Hansa Klossa. Nie boi się pan zaszufladkowania? Mikulski na całe życie został Klossem...
- Właśnie po to, żeby nie zostać zaszufladkowanym, staram się grać bardzo różne role. Jorg jest inny niż Grand, a obaj nie mają nic wspólnego z sympatycznym Piotrem z "Magdy M.".

Grand miał bardzo wyrazistą żonę (Magdalena Cielecka), Magda Miłowicz (Joanna Brodzik) też była jedyna w swoim rodzaju. Jakie kobiety pojawią się u Pana boku w "Tajemnicy twierdzy szyfrów"?
- W Jorgu zakocha się córka właściciela zamku, Anna Maria, którą gra Anna Dereszowska. Jest też druga kobieta -  można powiedzieć towarzyszka broni Jorga -  Natalia, którą gra Karolina Gruszka. Ona też darzy uczuciem Jorga. Więcej nie mogę zdradzić. Ale serial naprawdę jest bardzo ciekawy.

Z którą rolą jest Pan najbardziej kojarzony?
- Teraz najbardziej z "Magdą M.". Ale widzowie pamiętają też Granda -  postać, którą ja osobiście najbardziej lubię. Niektórzy podchodzą i mówią, że pamiętają mnie z "Białej sukienki". Cieszy mnie to, że nie jestem kojarzony wyłącznie z jedną rolą. Nie chcę być zaszufladkowany, a w Polsce o to bardzo łatwo. Jesteśmy pokoleniem serialowym i takie są w tej chwili realia. Trzeba się z tym pogodzić. Kręci się 20 filmów rocznie i co roku powstaje tyle samo seriali. Obłęd.

Jest Pan jednym z nielicznych aktorów, którzy nie zgadzają się występować w telenowelach. A one przynoszą popularność i duże pieniądze. Wygrał Pan casting zorganizowany przez twórców jednej z telenowel i zrezygnował Pan z roli. Czy miał Pan z tego powodu kłopoty?
- Bardzo się męczę, gdy długo pracuję przy jednym projekcie. Nie jestem długodystansowcem. Jeśli chodzi o rolę w telenoweli, to faktycznie tak było. Wygrałem casting i niemal od razu zrozumiałem, że udział w produkcji, która może mieć kilkaset odcinków, to nie dla mnie. Zrezygnowałem. Kłopotów nie miałem. Z perspektywy czasu wiem też, że była to słuszna decyzja. Co do pieniędzy: na pewno są ważne, ale nie najważniejsze. Nie potrafiłbym zrobić czegoś tylko dla pieniędzy. Staram się, by ciągle doświadczać i uczyć się nowych rzeczy, spotykać ciekawych ludzi, rozwijać się. Zależy mi, żeby każda nowa rola była inna od poprzedniej.

Trudno dziś uwierzyć w to, że zdawał Pan aż trzy razy do szkoły aktorskiej.
- Dostałem się dopiero za trzecim razem, 26 czerwca 1998 r., w dniu swoich urodzin. Magiczna data. Niewiele brakowało, żebym został wojskowym. Po dwóch niepowodzeniach obiecałem tacie, który -  podobnie jak wiele innych osób z mojej rodziny -  służył w wojsku, że jeśli tym razem mi się nie uda, to"pójdę w kamasze". Nie mam pojęcia, dlaczego akurat wtedy udało mi się dostać do szkoły teatralnej, a dwie wcześniejsze próby nie powiodły się.

Jest Pan w stanie wyobrazić sobie, jak potoczyłyby się Pana losy, gdyby trzecia próba zakończyła się fiaskiem?
- Najprawdopodobniej zostałbym oficerem (śmiech).

Większość czasu spędza Pan teraz w Warszawie. Czy do stolicy przeprowadzili się także Pana żona i synek?
- Tak, mieszkamy w Warszawie, ale gdy tylko mam 2-3 dni wolnego, zabieram rodzinę i jadę do Białegostoku. Tam wypoczywam, mam rodzinę, przyjaciół. W Białymstoku żyje mi się lepiej, spokojniej, powietrze jest tam czystsze. Gdybym miał szansę spełniać się tam zawodowo, nie szukałbym pracy w Warszawie.

Pracował Pan kiedyś w białostockim Hotelu Gołębiewskim.
- Owszem, byłem kelnerem. Spotkałem tam fajnych ludzi. Tworzyliśmy zgraną paczkę. Ale zajęcie to nie było dla mnie: te spodnie w kant, pantofle. No i trzeba było być grzecznym wobec klientów, a ci bywali różni. Byłem bardzo niesubordynowany. Niektórzy z moich znajomych nadal tam pracują.

Przybijanie pieczątek w Biurze Paszportowym też nie było dla Pana?
- A tam było przyjemnie. Lubiłem tę pracę, miałem kontakt z ludźmi: miałem pokoik, zapraszałem do siebie petentów, rozmawiałem. Panie, z którymi pracowałem też były fajne. Bardzo się polubiliśmy.

Przejrzałam publikacje prasowe na Pana temat. Oto, co o Panu wyczytałam: "gotuje"...
- Ja gotuję?!

"jest wierny żonie", "oddany ojciec", "superprzystojny", "bardzo zdolny", "stały w uczuciach", "ceni przyjaźń"... To same superlatywy. Jest Pan idealnym mężczyzną?
- Widocznie tak mnie niektórzy postrzegają, więc nie będę prostował (śmiech). Ale jest w tym dużo prawdy. Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Cieszy mnie każda chwila spędzona z moją żoną Joanną i synkiem Jeremiaszem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Żabińska

Fot. MWMedia


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.