Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ANDRZEJ SAPKOWSKI - Taka jest wojna


Wojna jest obrzydliwa i w tej swojej obrzydliwości może być piękna. Była i - niestety - będzie. W tych sprawach nie mnie być moralistą

ROZMAWIA Barbara Mitkowska

W księgarniach ukazała się Pańska najnowsza powieść "Żmija". A w gazetach mnóstwo wywiadów. Standardowe pytania i coraz bardziej zniecierpliwione odpowiedzi.
- Ciągle to samo: Skąd pomysł na książkę o Afganistanie? Dlaczego Afganistan, a nie Wietnam? Dlaczego rosyjski żołnierz, a nie Polak czy Amerykanin? Dlaczego w latach 80., a nie współcześnie? Czy Afganistan interesował mnie od dawna, czy był to impuls? Itede, itepe.

I odpowiada Pan dziennikarzowi popularnego tygodnika, że to wszystko przez muzę, która tak, jak gołąb robi ludziom czasem na pagony, tak Panu na ramię upuściła ten Afganistan. Albo - bardziej wytwornie - że "niezbadane są tajemne drogi pisarskiego natchnienia, z którym to natchnieniem jest tak, jak uczy Pismo: spiritus flat ubi vult"
- I jestem pewien, że ten dziennikarz nie wie, o co chodzi, więc mu tłumaczę z łaciny: "Mój natychający duch powiał tak, a nie inaczej". Lub w innej wersji: "Mój spirytus tchnął tam, gdzie tchnął". A na kolejne pytanie ze standardowego zestawu odpowiadam, że nie, nigdy nie byłem w Afganistanie. Dziennikarz nie daje za wygraną. To skąd Pan czerpie wiedzę o tym kraju? Z książek, drogi panie, mówię. Z książek, gazet, internetu i telewizji. Przygotowując się do pisania "Żmii", rozmawiałem z ludźmi, którzy się o te sprawy otarli, przeszli przez piekło "Afganu", oglądałem filmy, studiowałem mapy i słuchałem piosenek śpiewanych przez "Afgańców". Tytułowa żmija wywodzi się, notabene, z legendy o żołnierzu, który zaopiekował się rannym wężem, a ten odwdzięczył się, ratując wojakowi życie. I na ten temat powstała wojenna ballada. Nie znam pasztu ani dari, biegle za to posługuję się rosyjskim i angielskim, i lektury w tych właśnie językach zainteresowanym polecam. Research, powtarzam dziennikarzom, dobry research to podstawa literackiego warsztatu. Natchnienie natchnieniem, ale warsztat to warsztat. I że głupio mi po raz setny o tym mówić. A jeśli chodzi o szczegóły, kontynuuję cierpliwie, to każdy twórca ma swoje tajemnice. I ich nie ujawnia, bo po co? W pisarstwie ważniejsza jest pewna tajemniczość, mistyka fabuły, psychologiczna wiarygodność postaci.

"Żmiję" czyta się jednym tchem. Hindukusz jest piękny. Pisze Pan: "Świt nad Hindukuszem jest jak eksplozja jasności". Zaciętość walki, to wzajemne wyrzynanie się, śmierć, raz heroiczna, raz trywialna, krew, wybuchy min i granatów, ten brutalny sołdacki język... To wszystko mnie zafrapowało, choć z zasady nie lubię opisów wojny. Ale tak pisali najlepsi pisarze.
- Wojna jest obrzydliwa i w tej swojej obrzydliwości może być piękna. Była i - niestety - będzie. W tych sprawach nie mnie być moralistą. Od tego są politycy wysyłający młodych ludzi na rzeź. Ja, jak to stwierdziłem w jednym z wywiadów: "Nie prawię kazań, ja piszę".

Ten natłok narzędzi do zabijania, ten pietyzm, z jakim je Pan opisuje, ten huk, jaki wydają nadlatujące śmigłowce, i bardziej kameralny szczęk białej broni... I te transportowe antki, "Czarne Tulipany", którymi odsyłano do ojczyzny "gruz 200", ciała poległych w Afganistanie... Okropieństwo, które aż chwyta za gardło.
- Taka jest wojna. Sprawiedliwa czy nie. To obojętne.

"Żmija" bardzo szybko trafiła na czołówki list bestsellerów, ale niektórzy z Pana wielbicieli ubolewają, że jest w niej mniej elementów fantastycznych niż w poprzednich Pana książkach. To ci, którzy wciąż tęsknią za wiedźminem i liczą, że on się w Pana twórczości jeszcze pojawi. Nie darowaliby mi - tu wracamy do kanonu dziennikarskich pytań - gdybym o to nie zapytała. Czy Geralt...?
- Powtarzałem po wielokroć, że pięciotomowy cykl o wiedźminie to rzecz zamknięta. Nie będzie żadnych prequeli ani sequeli. Jeśli chodzi o samą postać wiedźmina - reszta jest milczeniem.

Ale od wiedźmina Pan nie ucieknie. Ma się dobrze. Ostatnio pojawił się na rynku anglosaskim i przyniósł Panu nagrodę...
- Owszem, wielki topór. David Gemmell Legend Award. To młoda, ale już prestiżowa nagroda dla twórców fantasy.

I to przekłada się na pieniądze?
- Nie, ale topór jest przedniej jakości. Można nim ubić smoka.

A to się przyda, bo słyszałam, że jedzie Pan na safari do Afryki?
- Będę jeździł na słoniu gdzieś w Swazilandzie, ostatnim afrykańskim królestwie, nocował w zuluskiej chatce i kąpał się z rekinami. To eskapada okazyjnie tania, uprzedzam Pani pytanie o pieniądze, o ile rekiny będą miały ze mnie pociechę.

Ale na Mazury na ryby wciąż Pan jeździ? Są mniej groźne.
- Jeżdżę na ryby, ale nie na Mazury, tylko w Bory Tucholskie. Łowienie ryb pomaga mi odpocząć. To zresztą atawizm. Mężczyzna, który nie poluje i nie łowi ryb, to, moim zdaniem, mutant. Zatrute środowisko zabiło w nim męskość. Na miejscu kobiet poważnie bym się zastanawiał, czy wdawać się w cokolwiek z facetem, który nie poluje i nie łowi ryb.

Lubi się Pan z dziennikarzy nabijać...
- Jak się dają podpuszczać i wierzą, że naprawdę walczyłem z mudżahedinami, albo przychodzą na wywiad kompletnie nieprzygotowani... Dopóki nie zastrzegłem numeru swojego telefonu, to ci najbardziej przebojowi potrafili dzwonić o każdej porze dnia i nocy z niebanalnymi pytaniami: "Panie pisarzu, proszę wypowiedzieć swoje poglądy na temat życia, miłości i religii". Albo: "Co pan sądzi o ostatnich powodziach i wpływie Marsa na Wenus w tym okresie. Ale bardzo proszę w trzech zdaniach. I to zaraz, bo naczelny nade mną stoi, ja to muszę mieć za pięć minut".

A jakich pytań Pan nie lubi?
- Dotyczących polityki. I bardziej prozaicznych: "Ile Pan zarabia?".

No właśnie. Chodziły plotki, że Sapkowski zarabia nie tylko na książkach, bo jeszcze więcej wziął od filmowców za "Wiedźmina", a potem od twórców przebojowej gry komputerowej.
- Stworzyłem wiedźmina, ale Polska to nie Hollywood. Filmowcy kupili prawa ode mnie za umówioną kwotę i to na dziesięć lat przed wyprodukowaniem filmu i serialu. Nie chciałem być tak zwanym konsultantem, co mogłoby mi przynieść niezłe profity (proszę pamiętać, kto był producentem owego dzieła), ani też firmować swym nazwiskiem scenariusza. Ta mizerna, nawet na ówczesne standardy, kwota rozpłynęła się na długo przed premierą. A niestety, w żadnym kinie nie stało wiaderko z napisem: "Sapkowski" i nikt nie wrzucał tam złotówki od każdego sprzedanego biletu. Podobnie było z grą. Żyję z pisania, a nie z filmów czy gier.

W tym roku miną 24 lata od momentu, gdy zdecydował się Pan napisać i wysłać na konkurs ogłoszony przez "Fantastykę" opowiadanie o wiedźminie. I nikomu nieznany autor dostał za nie nagrodę. Wtedy postanowił Pan zostać pisarzem?
- Ależ skąd! Pracowałem wtedy w handlu zagranicznym. Byłem, mówiąc skromnie, dobrym specjalistą od futrzarstwa. Potem sprzedawałem tekstylia, a jeszcze potem firma zbankrutowała.

Doświadczony handlowiec ze znajomością języków bez trudu znalazłby nową pracę.
- Znam biegle kilka języków, w tym: angielski, rosyjski, niemiecki, włoski i czeski. W tych językach w środku nocy, będąc obudzony telefonem, mogę rozmawiać i odpowiadać na pytania, zanim jeszcze skojarzę, w jakim języku pytają. W kilkunastu kolejnych językach potrafię powiedzieć dzień dobry, dogadać się z recepcją hotelu, sprawdzić rozkład jazdy pociągów, przeczytać gazetę.

Dlaczego więc nie szukał Pan pracy w zawodzie handlowca?
- Kiedy firma padła, miałem już na koncie opowiadania, wydania książkowe, nazwisko, które niektórym już coś mówiło. Prowadziłem rozmowy z wydawcą na temat pierwszego tomu sagi, a już myślałem o kolejnych czterech. Zdecydowałem, szczerze mówiąc, z niemałym strachem, że jednak poświęcę się pisaniu całkowicie.

Postawił Pan wszystko na jedną kartę?
- To było duże ryzyko. Moja żona, z zawodu prawniczka, w owym czasie również zasiliła armię bezrobotnych, patrzyła na moje poczynania z lekkim niepokojem. Postanowiłem przekonać ją, że mój nowy zawód będę traktował poważnie. I tak narodził się mój styl pracy. Codziennie rano siadam do pisania, bez względu na dzień tygodnia, Boże Narodzenie i Sylwestra. Jak górnik na szychtę. Na wakacje nie ruszam się bez laptopa. I wędki.

Długie lata, nawet już wtedy, gdy stał się Pan poczytnym pisarzem, mieszkał Pan na szóstym piętrze w monstrualnie brzydkim bloku na łódzkiej Retkini. Teraz w domu pod lasem w dobrej dzielnicy. Żyje Pan w luksusie?
- Nie w domu, tylko w jednopoziomowym mieszkaniu w szeregu podobnych do siebie domków. Mam zieleń za oknem, a pod mieszkaniem garaż, w którym zażyczyłem sobie wielki zlew, obudowany blatem. Gdy wracam z ryb, zamiast wnosić cały sprzęt i gumowe buty do łazienki, jak kiedyś w bloku, teraz zostawiam wszystko w garażu i czyszczę na miejscu w wolnym czasie. To prawdziwy luksus. No i kot może wychodzić na zewnątrz i buszować w krzakach, co w bloku było niemożliwe.

Wróćmy do współczesności. Tej fantastycznej. Złota żmija, uwodzicielska i tajemnicza, strzeże skarbów i niezawisłości  Afganistanu...
- ...strzeże, bo jest. To ja ją wymyśliłem i opisałem.

Tak było w czasach Aleksandra Macedońskiego i za królowej Wiktorii, kiedy Anglicy w bitwach z Afgańczykami ponosili porażkę za porażką, tak było za Breżniewa i jego następców. Teraz w Afganistanie usiłuje zaprowadzić porządek NATO. I polski kontyngent.
- Życzę chłopakom jak najlepiej. A co do polityki... Jest zasada: right or wrong, it's my country.

Fot. Maciej Parawski


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.