Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

JAN PIETRZAK- Człowiek z kabaretu


Jestem artystą tak znaczącym, że aż zakazanym. Może to świadczy o potędze mojego humoru. Być może dowcip egidowy do współczesnych mediów nie przystaje

ROZMAWIA Barbara Mitkowska

Kabaret pod Egidą występuje teraz w restauracji w centrum Warszawy. Wielbiciele Pana talentu dowiadują się o tym przypadkiem, bo gazety w swoich repertuarach nie zamieszczają o Was informacji.
- Reklamujemy się sami, m.in. na mojej stronie internetowej. Gramy w każdy czwartek o godzinie dwudziestej w składzie wina i piwa "Dekanta" przy Marszałkowskiej. Nareszcie we właściwym miejscu... Zapewniamy wolne żarty, żrącą satyrę i śmiechoterapię.

Dlaczego po ponad 40 latach istnienia nie macie własnej siedziby? W PRL-u, wiadomo, władze Was nie kochały, ale dziś, w wolnej Polsce?
- Lech Wałęsa jako prezydent zaśmiewał się do łez na naszych występach i obiecywał, że załatwi nam stałą siedzibę, ale, niestety, słowa nie dotrzymał. Ówczesny burmistrz Warszawy-Śródmieścia, Jan Rutkiewicz, był mocniejszy od niego. Bardzo nie lubił Egidy i na wszelkie propozycje lokalowe odpowiadał: "Po moim trupie". W wolnej Polsce tułaliśmy się i nadal tułamy po domach kultury, kawiarniach i hotelach. Jakiś czas graliśmy w Krakowie i Bytomiu. Jako wywrotowy satyryk jestem niewygodny dla kolejnych ekip, i ci, którzy nas przygarniają pod swój dach, po jakimś dłuższym lub częściej krótszym czasie są zmuszeni nas "pogonić".

Może wciąż ma Pan wrogów, bo nie pisze Pan satyry na leniwego kelnera, tylko nabija się Pan ze wszystkiego, co śmieszne wśród aktualnie rządzących, z lewej i prawej strony? Mówi Pan: "Premier przeciął wstęgę na nowym odcinku autostrady. Wstęga była dłuższa niż odcinek", a widzowie pękają ze śmiechu.
- Trzeba polityka naprawdę dużego formatu, żeby potrafił śmiać się z dowcipów na własny temat. A ja dworowałem sobie z Gierka, Jaruzelskiego, Mazowieckiego, Wałęsy, Geremka, Pawlaka, Millera, Michnika i Kaczyńskiego. Teraz żartuję z Tuska i jego ekipy, więc jak mogę zdobyć stałą siedzibę? Permanentnie potykam się z władzą. Ja uważam, że wolność polega na tym, że można żartować nie tylko z "ich", lecz także z "naszych" polityków. Niestety, wielu tego nie akceptuje. Pytano mnie, jak śmiem kalać własne gniazdo, a ja krytykuję, bo taka moja rola, ale w sposób nieobelżywy i nieagresywny. Satyra Egidy jest do zaakceptowania nawet przez adresatów moich żartów, ale to od kultury osobistej i poczucia humoru krytykowanego zależy, jak zareaguje i czy się nie obrazi.

Telewidz ma do wyboru: program Szymona Majewskiego albo Kuby Wojewódzkiego. Dlaczego nie może raz w tygodniu, czy choćby raz na miesiąc, obejrzeć w telewizji Kkabaretu pod Egidą?
- W zasadzie mam blokadę w radiu i telewizji. Cenzurę zlikwidowano, ale to wszystko dzieje się podskórnie. Nikt nie zabrania mi pracować, ale propozycji występów w telewizji i radiu nie ma. Jestem artystą tak znaczącym, że aż zakazanym. Może to świadczy o potędze mojego humoru. Być może dowcip egidowy do współczesnych mediów nie przystaje. Jako satyryk chcę, by to, co mówię, nie było głupie. Chcę nie tylko bawić publiczność, lecz także dać ludziom impuls do myślenia. Człowiek z kabaretu musi mówić o istotnych sprawach, a nie szydzić z palca w zupie. Chodzi mi o inteligentnego, myślącego widza, nie tego, który "łyka" serialową papkę telewizyjną i wyrabia tak zwany wskaźnik oglądalności, kluczowy dla włodarzy telewizyjnych nad Wisłą. Na moje szczęście wciąż istnieje elitarna, inteligencka publiczność, która nigdy mnie nie zawiodła. W lot chwyta nasze dowcipy, oklaskuje piosenki i żąda bisów. Nie mamy żadnych kłopotów ze sprzedażą biletów, choć trzeba nas szukać.

Grał Pan w blaszanej mordowni z piwem na Olszynce Grochowskiej, w kościołach, prywatnych mieszkaniach, halach fabrycznych i knajpach. Najbardziej niezwykła scena, na jakiej Pan występował, to platforma na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Było to podczas "karnawału" Solidarności i wymagało odwagi. Wtedy wcale nie było pewne, jak historia się potoczy. Rosyjskie wojska jeszcze z Polski nie wyszły.
- To było w tym wspaniałym roku 1981. To był mój czas, żyłem wtedy w euforii, jak na skrzydłach. Prostymi słowami mówiłem wtedy do ludzi to, co oddawało ich nastroje. Pewnego dnia w centrum miasta postawiono platformę. Nie jeździły tramwaje i autobusy. Wokół kordony milicji. To było coś niesamowitego, ten tłum i szalony entuzjazm, który udzielał się wszystkim. Występowałem z Jackiem Fedorowiczem. Uderzałem w struny gitary, palce mi się mieszały, a tłum śpiewał wraz ze mną. Dwójka moich dzieci, które wziąłem ze sobą, bo nie miałem ich z kim zostawić, biegała po estradzie.

Kiedyś będą mogły opowiadać wnukom, że uczestniczyły w zdarzeniach opisanych w podręcznikach historii. Jak pisał Mickiewicz, który też przeżył podobny entuzjazm, gdy Napoleon maszerował na Moskwę: "Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu". Czy wolna Rzeczpospolita spełniła Pana oczekiwania?
- Jeśli uważnie Pani śledzi programy Egidy, to wie Pani, że krytycznie analizuję najnowsze dzieje naszego kraju. Pomimo wszystkich mankamentów, Rzeczpospolita to moje państwo, utożsamiam się z nim, cieszę się, że mamy wolną, demokratyczną Polskę. To, co osiągnęliśmy jako naród, jest imponujące. W latach 80. Polacy sami obalili system, który obowiązywał od Jałty. Potem, jak domino, poleciał mur berliński i zmieniła się mapa Europy.

Marcin Wolski żartobliwie nazwał Pana "ojcem dyrektorem". I to się przyjęło wśród Pana przyjaciół i kolegów z kabaretu. Jan Pietrzak to twórca, serce i sedno Kabaretu pod Egidą, bez Pana kabaret by nie przetrwał 42 lat.
- Gdy go zakładałem, nie miałem ambicji politycznych, chciałem po prostu bawić publiczność. Później dopiero, na skutek ciągłych konfliktów z cenzurą, zacząłem się zastanawiać, dlaczego jestem postrzegany przez władzę ludową jako szkodliwy element. Pod Egidą to faktycznie fenomen - jest najdłużej działającą tego typu instytucją w Polsce. Przetrwał polityczne zawirowania Peerelu, rewolucję "Solidarności", stan wojenny i dotrwał do wolnej Polski. Występowali w nim znakomici artyści, by wymienić tylko niektórych: Janusz Gajos, Danuta Rinn, Jonasz Kofta, Jerzy Dobrowolski, Kazimierz Rudzki, Jan Stanisławki, Piotr Fronczewski, Wojciech Pszoniak, Krystyna Janda, Krystyna Sienkiewicz, Ewa Dałkowska, Jacek Kaczmarski, Marcin Wolski, Maciej Rybiński.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że założył Kabaret pod Egidą ze złości, za to, że wyrzucono Pana z klubu Hybrydy?
- Studencki klub Hybrydy był w latach 60. oazą pewnej swobody, miejscem spotkań interesujących ludzi. Byłem tam kierownikiem kabaretu i teatru, i dobrze się tam czułem. Boleśnie przeżyłem wyrzucenie mnie z klubu, a zwłaszcza argumentację, że jestem wywrotowym elementem. Wtedy nie rozumiałem, że władza ludowa nie toleruje ludzi, którzy myślą, a nie tylko wykonują polecenia. To był rok 1967 i wtedy powstał kabaret literacki Pod Egidą, jako artystyczna kontynuacja kabaretu Hybrydy. Dziwne, że przetrwał, bo wkrótce przyszedł marzec '68. Władza ludowa zraziła się do młodzieży, nazwała ją bananową. W 1969 już nas zakazano. Ponownie zaczęliśmy grać dopiero po dojściu Gierka do władzy, po grudniu 1970 roku. Ludzie przychodzili nas słuchać, a my zrozumieliśmy, że nasz głos się liczy, byliśmy już bardziej świadomi rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć.

Pana piosenka "Żeby Polska była Polską" stała się jednym z hymnów "Solidarności". Po wprowadzeniu stanu wojennego była zakazana w Polsce, ale była słuchana z kaset. Zaśpiewał ją Pan wówczas w Ameryce?
- Napisałem ją, gdy byłem sfrustrowany ówczesną rzeczywistością i myślałem nawet o emigracji. Prapremiera odbyła się w 1977 roku w kawiarni "Melodia", która mieściła się vis-?-vis Komitetu Centralnego PZPR. Tam bezdomna Egida wtedy występowała ze swoim "programem rozrywkowym." Celowo nie używaliśmy słowa kabaret, by nie drażnić władz. Gdy zaśpiewałem "Żeby Polska...", widzowie przeżyli szok. Gdy skończyłem, zapadła cisza. Ludzie nie sądzili, że można publicznie i szczerze powiedzieć coś dobrego o Polsce. Słowo patriotyzm było zarezerwowane dla władz. Zaśpiewałem jeszcze raz, i dopiero wtedy zerwały się szalone oklaski i żądanie bisów. Gdy śpiewałem po raz trzeci, większość publiczności płakała. Potem piosenka krążyła na kasetach i poznały ją miliony słuchaczy.
Stan wojenny zastał mnie w Ameryce, i tam zaśpiewałem tę pieśń dla prezydenta Ronalda Reagana, wielkiego przyjaciela Polski.

Zbigniew Herbert po obejrzeniu Kabaretu pod Egidą w 1981 roku napisał: "Jak każde dobre dzieło sztuki, kabaret Jana Pietrzaka nie daje się rozłożyć na części składowe: tekst, nastrój, aktorstwo, muzykę, światło czy co tam jeszcze. Tak dzieje się zawsze, kiedy twórca potrafi połączyć talent z charakterem, kiedy głowa, rzemiosło i serce współpracują harmonijnie. (...) Mężny i wzruszający, komiczny i prawdziwy - pan Pietrzak. Bardzo nam potrzebny". Mało kto może się pochwalić taką recenzją i to autorstwa największego polskiego współczesnego poety.
- Zamilczę skromnie. Wciąż śpiewam Pod Egidą "Przesłanie Pana Cogito", bo ten tekst Herberta jest ciągle niezwykle aktualny.


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.