 Nie zrobiłem w życiu niczego, co byłoby niezgodne ze mną. To tak, jakby mnie ktoś namówił do malowania obrazu, którego ja nie chciałbym, albo którego nie czuję
Rozmawia EWA DERLATKA
Panie Bogusławie, z tego wszystkiego, aż nie wiem od czego zacząć... Może od "Duetów", płyty, do której wciąż się powraca...
- Musiałem do takiej płyty dojrzeć. Myśl o niej zrodziła się w mojej głowie, kiedy doszedłem do wniosku, że już mogę sobie na taką pozwolić, choćby ze względu na wiek. Kiedy już dojrzałem, chciałem ją nagrać z orkiestrą, co nie było łatwe, zwłaszcza pod względem finansowym. Wszyscy bali się orkiestry, bo za drogo. Natomiast Polskie Radio ma orkiestrę w normach.
Czy nie Frank Sinatra był inspiracją?
- On mnie duetami zaraził. Poza tym zdałem sobie sprawę z tego, że taki pomysł jest ciekawy pod względem estradowym. To jest gotowy koncert, tylko kto to udźwignie?
Sinatra to jeden z moich ulubionych piosenkarzy. Bardzo go cenię, m.in. za styl, który nazwałbym "mówionym". A duety, jakie zaśpiewał i wydał na jednej z płyt, bardzo mi się podobają i odpowiada mi ich interpretacja. U nas podobne przedsięwzięcia przez wielu dziennikarzy postrzegane są tylko jako chęć artysty przypomnienia o sobie i nic więcej, niestety.
Pan rzucił na nie nowe światło.
- Nie zrobiłem w życiu niczego, co byłoby niezgodne ze mną. To tak, jakby mnie ktoś namówił do malowania obrazu, którego ja nie chciałbym malować, albo którego nie czuję. Wszystkie osoby, z którymi zaśpiewałem duety zawarte na płycie, sam wybrałem i osobiście je zaprosiłem do wspólnego wykonania. To nie był przypadek. Nie chciałem, aby to byli moi koledzy, z którymi razem się wspinałem po szczeblach kariery, z którymi razem jeździłem na festiwale. Zdecydowałem, że wybiorę do tych duetów ludzi min. 20-letnich, młodszych od siebie, aby rzeczywiście nadać tym piosenkom nową świeżość i ocalić najlepsze, te "perełeczki". Bo właściwie to tych utworów nie jest dużo, ale one wszystkie były zauważone przez dziennikarzy, krytyków, i prawie wszystkie były nagrodzone.
Mimo wszystko ta płyta, to jednak jest powrót do wspomnień.
- Takie było założenie, ale oczkiem w głowie podczas jej powstawania były dla mnie trzy nowe utwory: "Źródło, wzór i cel" - duet z Piotrem Cugowskim, którego szalenie lubię za wokal - oczywiście nikt z dziennikarzy na ten utwór nie zwrócił uwagi. Drugi to "She is not mine" - duet z Peterem Getz'em, synem Stana Getz'a, i trzeci "Budzisz mnie" - duet z Marysią Sadowską. Wszystkie trzy to utwory zupełnie premierowe.
Mówił Pan, że do śpiewania ktoś Pana namówił...
- Na studiach między sztalugami ciągle coś nuciłem i koledzy namawiali mnie, abym coś z tym zrobił, gdzieś się pokazał. Ale to łatwiej powiedzieć, a trudniej zrobić. I właściwie to oni mnie wypchnęli na festiwal piosenki studenckiej. Skomponowałem balladę opartą na kilku akordach do tekstu łódzkiego poety Mariana Piechali "O obłąkanym kataryniarzu" i zdobyłem wszystkie nagrody, i publiczności, i jury. Ale to były noce przy czajniku wybrzdąkane.
Być może pożyczona gitara przyniosła Panu szczęście?
- Tak, gitara była pożyczona, a ja ubrany byłem w czarny sweterek. Egzystencjonalizm prawie francuski. I ta cisza w Filharmonii Łódzkiej, kiedy zanuciłem tę balladę. Nie zapomnę tego do końca życia. Z wrażenia noga oparta o taboret strasznie mi latała, a po chwili niekończący się gwar. To była rewolucja. Jak to, jakiś plastyk wyszedł i zakasował wszystkich? To był 1971 rok. Potem Marek Koterski, powiedział: "Mecu, ty zrobisz karierę. To niesamowity utwór. Teraz musisz się zastanowić, albo malarstwo, albo śpiewanie".
Ale nie wybrał Pan pomiędzy?...
- Nie. Studia zakończyłem dyplomem. Zresztą sztuka chodzi parami. Byli tacy - wśród nich profesorowie, którzy mi wytykali łatwość estradową, zaniedbywanie sztuki dla sztuki, i tacy, którzy mnie chwalili za to, co robiłem, bo oni tego nie potrafili. Najwspanialsze było to, że miałem wokół siebie wielkie autorytety. Jednym z nich był Czesław Niemen, który mnie zaprosił na swoje koncerty, abym wychodził z gitarą na swoje trzy ballady. To były dawane mi szanse. Mój pierwszy koncert z Niemenem odbył się w Hali Stoczni w Gdańsku. Wychodziłem pierwszy "na pożarcie" jako support, a po mnie Czesław. Nagle słyszę krzyk: "Czesiu do Hammonda, Mec już miał gitarę".
Ale wygrywał Pan...
- Wszyscy byli zaskoczeni tym, jak ludzie mnie przyjmowali, studenta sztuk plastycznych z Łodzi. Potem były koncerty w klubach. Właściwie objechałem najważniejsze kluby w Polsce i w nich się wychowywałem. M.in. był to Żak w Gdańsku, Stodoła w Warszawie, Jaszczury w Krakowie, Pałacyk we Wrocławiu, Siódemki Łódzkie - mój drugi dom. To był piękny okres. Wszędzie byłem witany.
Byli tacy, co zazdrościli?
- To nie były czasy, żeby ktoś zazdrościł. Teraz byłoby to bardziej prawdopodobne. Ale z kolei teraz nie ma tej atmosfery, nie ma takich klubów studenckich, które były azylem dla tych, którzy coś potrafili zrobić. W obecnych czasach każdy chce zrobić karierę w pięć minut. Lansują to, czego nie powinni. Niestety obecny show biznes nie poszedł w dobrym kierunku. Im gorzej, tym lepiej, bo liczy się oglądalność. Gdyby postawiono pręgierz na środku ratusza, dopiero byłyby tłumy. Ale nie o takie tłumy chodzi. Nie o taką publiczność i nie o takie widowiska.
Święte słowa.
- Gdybym miał porównać obecne czasy z ówczesnymi, to miałem to szczęście, że wpadłem w dobre towarzystwo. Miałem autorytety, które mnie wspierały we wszystkim, co robiłem, i akceptowały wszystko, co robiłem. To było coś wspaniałego. Wspomniany już Czesław Niemen, Marek Grechuta i Ewa Demarczyk. To były moje odnośniki. Teraz brak jest takich osób. Poza tym całą resztę - powiem szczerze - popsuły pieniądze. Dlaczego kiedyś na festiwalach było tak cudownie i panował ogólny dobry nastrój? Bo wszyscy zarabiali tak samo. Nikt nic nie miał, ale doceniało się tego, kto coś potrafił. Po Festiwalu Studenckim Fama, który wygrałem, przewodniczący jury - właśnie Marek Grechuta - osobiście zaniósł mnie na rękach do baru, abym postawił nagrodę. A po Debiutach w Opolu, które wygrałem razem z koleżanką, w miesięczniku "Szpilki" ukazała się recenzja, którą do dziś pamiętam: "Bożysława Kapica i Bogusław Mec - święte słowa...".
Uważa Pan, że wtedy było pod pewnym względem lepiej?
- Pod pewnym względem. Było inaczej. Spotkałem się wielokrotnie z tym, że wielu wykonawców zazdrości nam lat 60. i 70. Doceniają utwory z tamtych czasów i na nowo je reaktywują. Wtedy rzeczywiście powstawały piękne linie melodyczne znane do dziś. Mój "Nat King Cole" był, jest i będzie do końca cywilizacji modny.
Co jest najważniejsze w życiu?
- Żeby nie stracić samego siebie i mieć do siebie szacunek.
Klika lat temu też by Pan tak powiedział?
- Teraz bardziej doceniam sens istnienia, każde spotkanie, każdą rozmowę, bo o mały włos nie byłoby mi już to dane. Kiedy byłem w szpitalu, umarł Gilbert Beco, za niedługo George Harrison z Beatlesów, potem 40-letni Grzegorz Ciechowski i pomyślałem sobie: to jest ogólna łapanka, ja nie wyjdę. Zresztą, dawali mi do 10 proc. szans na przeżycie. Ale widocznie jeszcze mnie tam nie chcieli i wyszedłem.
Co sobie Pan pomyślał, kiedy dowiedział się o chorobie?
- Na początku nie docierało do mnie, że to jest zagrożenie życia. Nie miałem pojęcia, co to jest za choroba. Byłem zadowolony, że w najgorszym wypadku będę miał święty spokój, że sobie odpocznę i poleżę. Taka była moja pierwsza myśl, ale chyba za mało jeszcze zrobiłem, aby mieć już święty spokój. Potem, kiedy widziałem walkę innych osób o mnie, starających się, abym przeżył, lekarzy, żonę, córkę, kolegów, którzy zorganizowali dla mnie koncert, nie mogłem tego zlekceważyć. Chętnych do wzięcia udziału w "Gali dla Bogusia" było tylu, że Zbigniew Górny musiał niektórych wykreślać. Kiedy zobaczyłem ich wszystkich na scenie, to była najlepsza dla mnie terapia i kopniak, abym się nie poddawał. Dlatego walczyłem do końca.
Czy po takim przejściu człowiek staje się lepszy?
- Nie wierzę w to, że lepszy. Jest na pewno większy dystans do wszystkiego, większe wyciszenie. Większe zadowolenie z tego, że się w ogóle jest. Wcześniej, w pędzie, jaki był, nie doceniało się tego. To był przystanek z czasem na to, aby się zastanowić, co się robi, i dokąd zmierza. Co ma sens i co ma rację bytu.
I do jakiego wniosku Pan doszedł?
- Że najważniejsza jest rodzina. To mnie trzymało. Gdybym był sam, to może poddałbym się i odpłynął. To nie boli. Zwyczajnie się zasypia. Wtedy też przypomniałem sobie, co to jest kariera. "To szybki sposób dorobienia się wielkich pieniędzy, które się jeszcze szybciej wydaje dla ratowania zdrowia". Strzelił ktoś bardzo mądrze i pamiętam to do dziś. Kiedy spotyka cię coś złego, nagle w jednej chwili wszystko się wywraca i nie ma wartości żaden pieniądz i nic się nie liczy. Chce się tylko być, i to jest najważniejsze.
Fot. Piort Furman 
|