Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

ALINA JANOWSKA - Dama z klasą


Nie jestem gwiazdą. Biorę, co dają, i umiem się z tego cieszyć. Kocham ludzi i to, że mogę im pomagać - z tego jestem dumna. A gdy jest ciężko, wtedy powtarzam sobie: bywało gorzej, a każda zła sytuacja kiedyś się kończy, ciężka - też

Podobno podczas powstawania filmu "Ostatnia akcja" potrafiła Pani zapanować w katedrze nad dużą liczbą starszych, zdenerwowanych żołnierzy - jak to było?
- Wie Pani, nie wiem, czy to rzeczywiście jest mój charakter czy przypadek, ale jestem autentycznym powstańcem i mam trochę takiego drylu w sobie. W każdym razie byłam bardzo posłuszna i posłuchu również zadałam. Ale nie byłam nigdy generałem w czasie powstania. General nie chodzi w spódnicy (śmiech).

Ktoś kiedyś powiedział, że powinna Pani dostać Oskara za "talent do ludzi".
- Ci, którzy tak mówią, chyba mają rację. Dlatego, że w życiu zrobiłam parę rzeczy, którymi mogę się pochwalić. Najpierw zamiatałam ulicę od rogu do rogu, i dlatego wybrali mnie na przewodniczącą rady Żoliborza. W międzyczasie złapałam chłopaków z pobliskiej szkoły, którzy nowo wymalowany na biało klozet pozbawili tej urody i zrobili na nim czarne pasy. Ściany były w podobnym stanie, a "pani klozetowa" miała podbite oko. Złapałam ich "za łeb" i pomyślałam wtedy, że tymi dziećmi trzeba się zająć. Poszłam do szkoły, z której oni wybiegli, i zapytałam panią dyrektor, czy ona przypadkiem nie ma jakichś kłopotów z młodzieżą. Było wtedy akurat tak, że były jakieś kradzieże, dzieci wychodziły przez okna, wynosiły różne przedmioty. Więc zapytałam panią dyrektor szkoły ponownie, czy nie ma przypadkiem kłopotów z dziećmi. I usłyszałam: "Oj! Pani Alino! Ja nic, tylko siedzę na Policji w wydziale dla nieletnich". Powiedziałam wtedy: "To, proszę pani, to niech mi pani da jakąś jedną piwnicę. Ja jestem w stanie zająć się tymi dziećmi". I tak założyłam pierwsze "Gniazdo". Dziś mamy 600 dzieci pod opieką. Zgłosiło się do pomocy parę osób. To moja "robota", którą zaczęłam razem z grupą życzliwych żoliborzan, a teraz oddałam w dobre, dalsze ręce.

Jak Pani to robi?
- Jak już sobie coś wymyślę, to nad tym pracuję dalej, systematycznie.

Ten dryl i te zasady, jakie Pani w sobie nosi, odnoszą trwałe, pozytywne skutki do dziś. Wielu ludzi młodego pokolenia dużo dobrego Pani zawdzięcza...
- Z mojej inicjatywy w szkole muzycznej na Żoliborzu powstała filharmonia. I ona też jest dla nas powodem do ogromnej dumy. Grają w niej wspaniali muzycy, a koncerty ściągają wielu słuchaczy. Zazwyczaj odbywają się w kościołach, ponieważ nie ma póki co pieniędzy, aby robić to na szerszą skalę i w inny sposób propagować. To kolejna rzecz dla dobra społeczeństwa. W tym kierunku działam zupełnie "niechcący".
Następna rzecz: jak się ma już jakieś nazwisko, jak cię znają, to łatwiej jest coś uzyskać dla dobra innych. Dzięki mojej przemyślności dostaliśmy w forcie sokolnickiego miejsce na szkołę plastyczną dla dzieci, i to jest szkoła na takim poziomie, że nie ma równej w całej Europie. Przyjeżdżały tu dzieci z Rosji, Niemiec i mamy porównanie. I takie m.in. rzeczy przytrafiają mi się w życiu, z których jestem dumna. To jest wspaniałe. A to, że ją zagrałam w filmie, to jest przypadek (uśmiech)? Dobrze, że chcą, żebym zagrała.

Olbrzymia skromność przemawia przez Panią.
- Nie. To jest fakt. Naprawdę. W filmie "Ostatnia akcja" zagrałam mniejszą rolę niż mi zaproponowano. To dlatego, że potrzeba było na nią więcej czasu. W tym czasie, kiedy miały trwać zdjęcia do filmu, miały przyjechać do mnie dwie córki Agata i Kasia z Ameryki z czterema wnuczkami. Tylko w tym czasie mogły przyjechać zza oceanu, gdzie mieszkają. Zadecydowałam, że tę rolę zagrała Barbara Krafftówna. Więc zadecydowałam, że rodzina jest ważniejsza. Gratuluję Basi Krafftównej. Świetna aktorka i świetnie zagrała, a ja pojechałam z wnukami nad morze. A w "Ostatniej akcji" zagrałam inną, także charakterystyczną rolę, i spotkałyśmy się na planie w dwóch różnych odsłonach aktorskich. Wszystko udało się pogodzić.

Porozmawiajmy o Pani kreacjach, nie tylko aktorskich. Wiem, że ma Pani na swoim koncie także działania projektanckie.
- Mam pomysły na pewne rzeczy, które wchodzą mi do rąk. Wiem wtedy, że powinnam coś z tym zrobić. Widzę czasem, że "widocznie Bozia chciała, żebym ja to dostała", i włącza się dewiza "dla mądrego, nic trudnego".

Przerobiona według Pani projektu sukienka i wrodzone poczucie smaku po raz pierwszy mają z tym coś wspólnego. Zdolności rysunkowe odziedziczyła Pani po rodzicach?
- To było w 1962 roku, podczas festiwalu filmowego z "Samsonem" Andrzeja Wajdy. Wtedy, w Wenecji po raz pierwszy poczułam się gwiazdą. Usłyszałam wówczas wiele pytań o to, kto zaprojektował moją sukienkę. A prawda była taka, że kupiłam ją w sklepie "na ciuchach". Była to amerykańska sukienka z dżetami, przerobiona u krawcowej według narysowanego moją ręką projektu. Później we włoskiej prasie publikowano moje kolejne szkice moich sukienek.

Cechuje Panią także pewien fenomen. Potrafi Pani zagrać w obcym języku, którego Pani nie zna, bo wyuczy się Pani roli na pamięć.
- Zgadza się. Do Paryża pojechałam, znając tylko wyjątki na "o", "u", "x" w języku francuskim, które "wsadzano" mi do głowy za czasów dziecinnych. Nie znałam tak dobrze języka, aby zagrać Marlenę w paryskiej Olympii. Trzeba było mieć tupet, aby się na to zdecydować. To było w 1966 roku podczas Grand Music-hall de Varsovie. Parodiowałam Giuliettę Masinę i Marlenę Dietrich. Ćwiczyłam dniami i nocami. Opłaciło się. Oprócz pięknego bukietu róż od zachwyconego dyrektora Olympii Brunona Cocquatriksa dostałam takie dobre recenzje... To był mój ogromny sukces!

Mężczyźni wtedy rywalizowali o Panią.
- Niektórzy rywalizowali, niektórzy nie.

Co Panią urzeka w mężczyznach?
- Jakby to powiedzieć... męskość. Mężczyzna musi być męski, dowcipniejszy i mądrzejszy ode mnie ("oczko" i uśmiech).

Jest Pani bardzo silną kobietą?
- Uprawiam sport! Tenis, narty, pływanie.

Gdy po wybuchu drugiej wojny światowej Pani rodzina uciekła z Kresów do Warszawy, Pani jako 17-letnia dziewczyna spoliczkowała niemieckiego oficera po tym, jak klepnął Panią w pupę. To było bardzo odważne.
- To był naturalny odruch. Pracowałam wtedy w ogrodach wilanowskich hrabiostwa Branickich. Tego dnia byłam pochylona nad fakturami. Na klepnięcie zareagowałam natychmiast. Po tym wydarzeniu przerażona rodzina ulokowała mnie u ciotki, w trosce o moje bezpieczeństwo.

Niczego się Pani nie boi?
- Boję się. Pana Boga się boję.

A poza tym świat w Pani rękach?
- Po prostu kocham ludzi i oni mi się tym samym rewanżują. W ten sposób łatwiej żyć.

Rozmawiała JOANNA ZAWISZA


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.