Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

AGUSTIN ERURROLA - Pasja mnie pożera


Sukcesy na parkiecie i podziwiane choreografie doprowadziły go na szczyt sławy. Czego brakuje spełnionemu tancerzowi, który wytańczył marzenia płynnie, jak w walcu, i znalazł kobietę, dla której serce zapukało w rytmie cza-cza? Taką wartością jest czas, zwłaszcza że coraz częściej coś szepcze: "Czas zwolnić"

Mama szykowała Panu karierę prawniczą, dziadkowie duchownego, a Pan wybrał własną drogę - AWF i karierę tancerza. Brak wsparcia nie zniechęcał?
- Myślę, że każdy młody człowiek na pewnym etapie szuka pasji i swojego miejsca w życiu. Nieraz tę pasję potrafią wskazać rodzice, a nieraz samodzielnie trzeba próbować różnych zajęć, by wybrać właściwy dla siebie sposób na życie. Ja swoją pasję odkryłem, mając 19 lat, i zrozumiałem, że stanowi sens mojego życia. W tańcu zacząłem się realizować i wiedziałem, że chcę podążać w tym kierunku. Jeżeli znajduję to coś, wówczas nieważne staje się, czy wsparcie jest, czy go nie ma.

Mimo niełatwych początków dowiódł Pan, że warto realizować się w tym, co daje autentyczną satysfakcję. Nigdy nie jest za późno, by spełniać marzenia?
- Myślę, że to dla mnie największa nauka, płynąca z obranej drogi j i kariery. Często, gdy rozmawiam z młodymi ludźmi, którzy przychodzą do mojej szkoły na naukę, powtarzam im, że najważniejsze w życiu to cały czas szukać swojej pasji, nie czekając, aż przyjdzie sama. Oczywiście duża w tym rola rodziców, żeby pomóc i wskazać różne możliwości. Trzeba być ciekawym świata i pamiętać, że pasja może pojawić się w każdej chwili, i trzeba być na to przygotowanym, nie zamykać się w szarej codzienności. Żyje się tylko raz, dlatego tak ważne jest, aby znaleźć coś, co nadaje sens i smak naszemu istnieniu, bo życie bez celu jest jak potrawa bez przypraw.

Warto szukać wbrew wszystkiemu?
- Tak, bo cel nadaje życiu wyższą jakość. Człowiek, który ma pasję i potrafi marzyć, jest ciekawy - i dla ludzi i dla siebie. Natomiast życie kogoś pozbawionego chęci zrobienia czegoś fajnego dla siebie jest miałkie.

W Pana przypadku wygrała pasja. Ale sama pasja bez talentu to chyba za mało...
- Tak, ale talent to nie wszystko. Najpierw trzeba znaleźć coś, co nas fascynuje, ale potem jest już tylko ciężka, systematyczna praca, która powoduje, że każdy cel w życiu jest do osiągnięcia. Spotkałem setki utalentowanych tancerzy i muszę stwierdzić, że najlepsi okazali się ci, którzy potrafili ciężko pracować i z oddaniem poświęcić się realizacji swoich dążeń. Nawet największy talent niepoparty konsekwentną pracą nie jest w stanie rozkwitnąć i w pełni się rozwinąć.

W jednym z wywiadów Iwona Pavlović chwaliła Pana za upór i determinację w dążeniu do celu. Dobry tancerz musi być równie pracowity co zdolny? Jak w procesie osiągania mistrzostwa w tańcu rozkładają się talent, chęci i samozaparcie?
- Talentowi przyznałbym jakieś pięć procent udziału w sukcesie. Reszta to ciężka harówka, nieraz ponad siły, wbrew jakiejkolwiek logice. Nastawiając się na sukces, trzeba być przygotowanym, że jest on możliwy tylko dzięki konsekwentnej pracy.

W "You can dance" spotyka Pan młodych ludzi, którzy chcą być w tańcu najlepsi, mają nadzieje, ambicje i mnóstwo zapału. Odnajduje Pan w nich siebie sprzed lat?
- Bez dwóch zdań. Uważam, że to znakomity program telewizyjny, bo jest nie tylko o tańcu, ale przede wszystkim o pasji i spełnianiu marzeń. Mówi, że warto mieć marzenia i je realizować oraz że ciężka praca przynosi efekty, zauważane z odcinka na odcinek. Widzimy, jak młodzi ludzie na naszych oczach do czegoś dochodzą, udowadniając sobie i innym, że jeśli się chce i dużo poświęci, można równie dużo osiągnąć. W "Tańcu z gwiazdami" uczestnicy bawią się tańcem; w "YCD" poddają ocenie całe swoje życie i emocje. Startując w programie, każdy z nich ma czystą kartę. Potem cała Polska śledzi ich postępy, to, jak się zmieniają. Obserwując ich determinację i zmagania ze sobą, własnymi słabościami, przypominam sobie, jak trudne były moje początki i utwierdzam się w przekonaniu, że podjęty wysiłek się opłacił.

Czy program "You can dance" to dobra formuła wyławiania młodych ludzi z tanecznym potencjałem?
- Z całym przekonaniem mówię, że nie ma lepszej formuły, by dawać młodym ludziom, wchodzącym w życie, szansę. Przed pierwszymi castingami nie sądziłem, że mamy aż tyle talentów. Po pierwszej edycji przekonałem się, jak wielki potencjał tkwi w uczestnikach. Zwykło się kojarzyć talenty z Ameryką, gdzie łatwo spełniają się sny, tymczasem program pokazał, że w Polsce mamy ogromne pokłady zdrowej energii i młodzieńczej chęci zawojowania świata, co jest niezwykle inspirujące. To nie żadna fikcja, tylko autentyczne wyzwania, stawiane na nowo w każdym odcinku, i męczące treningi, ale z drugiej strony równie autentyczne efekty.

W programie widzimy też łzy i momenty załamania, a to tylko część tego, co dzieje się poza kamerami. Jak ważna oprócz woli walki jest siła psychiczna i dojrzałość?
- Życie tancerza ma to do siebie, że nieustannie poddawane jest ocenie, która towarzyszy każdemu wyjściu na scenę i spotkaniu z publicznością. To taki zawód, który stawia tancerza w centrum i ocenia, jak wygląda, jak się rusza, jak opanował technikę, jak wyraża emocje. Tancerze od najmłodszych lat muszą mieć tego świadomość. To samo dotyczy uczestników tego programu. Tancerz, który z naszej krytyki potrafi czerpać siłę, odniesie sukces. Krytyka jest według mnie ważniejsza niż pochwała, bo uczy i otwiera oczy na to, co można poprawić, udoskonalić. Finaliści "YCD" po programie są zupełnie innymi ludźmi. Są gotowi, by brać udział w największych produkcjach na świecie i odnosić sukcesy.

Chyba nawet abstrahując od programu, proces ćwiczeń i dążenia do sukcesu weryfikuje, kto ma predyspozycje, a kto po prostu nie nadaje się, by robić karierę.
- Oczywiście, niezależnie od okoliczności treningi hartują i dodają siły, która potem jest nieodzowna, by stawiać kroki w show-biznesie.

Niektórzy laureaci "YCD" uczą u Pana w szkole. To nie za duży kredyt zaufania?
- Absolutnie nie. Zatrudniam osoby, którym się dłuższy czas przyglądam podczas programu i później w projektach, do których ich zapraszam. Obserwuję, jakimi są ludźmi i pedagogami. W momencie, gdy nabieram przekonania, że są nie tylko świetnymi tancerzami, lecz także nauczycielami, zaczynam w nich inwestować, by byli jak najlepszymi instruktorami. Okazuje się, że ci ludzie, mający w sobie prawdę i autentyczną pasję, potrafią zarażać nią innych. A to, żeby umieć zainteresować do jakiejkolwiek dziedziny, jest najważniejszym elementem pracy każdego nauczyciela. Dzięki temu, że pokazują kursantom to, co dla nich samych stało się sednem życia, sprawia, że stają się wiarygodni. Młodzi ludzie chcą podążać ich drogą.

W przekonaniu, że "skoro im się udało, to i mnie może"?
- Właśnie. Instruktorzy stają się wzorami do naśladowania, a jednocześnie tworzą nową modę na bycie w czymś dobrym, a przez to budowanie swojej wartości dla siebie i w oczach rówieśników.

"You can dance" stawia na indywidualizm, co innego Pańska grupa taneczna Volt. Co jest najważniejsze w tańcu zespołowym?
- Taniec zespołowy to rzeczywiście odrębna kategoria, w której przestaje liczyć się "ja", a zaczyna istnieć grupa. Wszyscy razem pracujemy na wspólny sukces, dlatego tak ważna jest psychika tancerzy i umiejętność odnalezienia się w grupie oraz zbudowania relacji. To również setki godzin spędzonych na sali ćwiczeń. Jednak emocje towarzyszące przygotowaniom, jak i samemu występowi podczas jakiegoś festiwalu czy wydarzenia medialnego, wynagradzają włożony trud. Satysfakcja po udanym koncercie albo projekcie z gwiazdą światowego formatu jest ogromna. Taniec w grupie to dobry start do kariery indywidualnej, gdyż uczy pokory, sztuki kompromisu i prawdziwej przyjaźni.

Taniec wiele wymaga od tancerza, a co mu daje? Czy potrafi zmienić człowieka?
- Na pewno. Owszem, trzeba dać kawał życia, żeby coś osiągnąć, ale taniec też dużo daje. Nie tylko spełnienie, lecz także pewność siebie, szacunek do siebie i innych, ważny zarówno na parkiecie, jak i w życiu. Uczy pokory i ciężkiej pracy.

Dodaje wiary w siebie?
- Absolutnie. Gdy widzisz, że ci coś wychodzi, nabierasz energii, by dalej podążać tą drogą i jeszcze więcej pracować, a przede wszystkim pokazuje, że ty też możesz być kimś.

Za sprawą Jerzego Stuhra przyjęło się powiedzenie, że "śpiewać każdy może". Tańczyć też?
- Tak, to jedno z fajniejszych stwierdzeń ? propos tańca. Tańczyć faktycznie może każdy bez wyjątku, choć oczywiście nie każdy może zostać mistrzem, ale nie to jest najważniejsze. Jedna sprawa to fakt, że nie każdy ma predyspozycje, ale inna, że nie każdy tego szuka w tańcu. Są tacy, którzy na parkiecie chcą się zrelaksować, poznać ludzi, spróbować czegoś nowego. I dla nich też taniec stoi otworem, niezależnie, czy mają 13 czy 60 lat. Są takie gatunki, jak tango, które nie wymagają sprawności fizycznej, lecz dojrzałości i umiejętności słuchania drugiej osoby, a tę nabywa się z wiekiem.

A czego Pan szukał jako dziewiętnastolatek, zaczynając swoją przygodę z tańcem? Co wówczas najbardziej Pana zafascynowało?
- Myślę, że szukałem tego, co większość ludzi w tym wieku. Chciałem znaleźć coś, w czym będę dobry; co sprawi, że będę spełniony i podziwiany. Poprzez taniec spełniłem swoje marzenia, ale przede wszystkim dzięki temu, że postawiłem w życiu wszystko na jedną kartę, odkryłem swoją wartość.

Mówiliśmy, że taniec to ciężka praca i pasja. A jak ważny dla efektu jest partner? Powinien być, jak w życiu, do tańca i do różańca?
- Taniec towarzyski jest tańcem zespołowym. Dwie osoby muszą tworzyć jedność nie tylko na parkiecie, lecz także poza nim. Muszą się rozumieć i przyjaźnić. Bardzo często pary taneczne są partnerami również prywatnie. W salach ćwiczeń, na próbach i na turniejach przebywa się ze sobą tyle czasu, że trzeba się wspierać, słuchać wzajemnie o swoich słabościach, wątpliwościach, stresie. Dlatego dobrze dobrani partnerzy to połowa sukcesu. Zwłaszcza, że w tańcu towarzyskim na parkiecie jest para kontra reszta świata. Jedynym przyjacielem jest wówczas osoba, którą trzymasz za rękę, czując, że łączy was więcej niż wspólny cel.

Z występów artystów i wydarzeń kulturalnych uczynił Pan show, dowodząc, że taniec to nie tylko ruch i poprawne technicznie, zgrane kroki, lecz także cała opowieść i wyrażanie emocji.
- To drugi etap mojego życia, jeszcze bardziej fascynujący. W momencie, gdy zakończyłem przygodę tancerza, rozpoczął się kolejny rozdział mojego życia. Poznawanie młodych tancerzy jest inspirujące, ale jako choreograf i reżyser widowisk telewizyjnych przekonałem się, że obcowanie z artystami, tworzenie obrazu, budowanie pewnych wrażeń, dostarcza innych, ale równie silnych emocji, szczególnie, że są one udziałem widzów, którzy podziwiają efekt naszej wspólnej pracy. Okazuje się, że moja przygoda z tańcem nadal trwa, tyle, że w innym wymiarze.

I wciąga równie mocno, co sam taniec?
- A nawet jeszcze bardziej. Każdy program czy koncert, który kończy się sukcesem, to ogromna radość i zachęta do robienia kolejnych, jeszcze lepszych widowisk.

Jako juror jest Pan tym łagodniejszym, a jako trener?
- Myślę, że człowiek, który spędził na ćwiczeniach tyle lat, co ja, ma w sobie dużo pokory. Toteż oceniając uczestników programu, chcę im dać taki rodzaj krytyki, który pozwoli im odnaleźć w sobie siłę i energię, żeby iść dalej przez życie. Nie sztuka kogoś zmiażdżyć krytyką, sztuką jest pokazać, co powinien poprawić, żeby był lepszy. Na tym polega moja filozofia bycia jurorem. Jako trener natomiast jestem absolutnym tyranem. Wolałbym uniknąć określenia "despota", ale coś w tym jest - jestem perfekcjonistą i nie spocznę, póki efekt nie będzie taki, jak chcę. Praca ze mną nie jest łatwa, ale mam nadzieję, że rezultat wynagradza tancerzom wszystko. Nowe produkcje, które realizujemy, są możliwe dzięki temu, że nie dopuszczamy żadnych kompromisów.

Brzmi strasznie...
- Tak, to jest straszne, ale nie chciałbym upiększać prawdy, która jasno mówi, że jeśli chce się być najlepszym, trzeba do tego dojść ciężką pracą. Od tancerzy wymagam tak samo dużo, jak od siebie.

W jakich - poza tańcem i upodobaniem do rytmów latynoamerykańskich - sferach życia i cechach charakteru dają o sobie znać kubańskie geny?
- Sam często się nad tym zastanawiam. Tak naprawdę wychowałem się w Polsce, gdzie w ogóle nie było wokół mnie muzyki latynoamerykańskiej. Wniosek jest taki, że właśnie geny doszły do głosu. Gdy do czwartego roku życia mieszkałem na Kubie, muzyka była wszędzie. Potem przez wiele lat nawet nie miałem możliwości, żeby uczyć się tańca, ale ta fascynacja była we mnie od zawsze. Gdy miałem 19 lat ujawniła się w pełni. Pamiętam, że wszedłem do klubu, zobaczyłem tańczące pary, pracę ich stóp i wiedziałem, że to będzie mój świat. Myślę, że poza tańcem o moim pochodzeniu świadczy konsekwencja. Po moim dziadku, który był Baskiem, odziedziczyłem siłę i przekonanie, że warto dążyć do celu za wszelką cenę. Wierzę, że to w dużej mierze geny zmuszają mnie do tak wielkiego wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie wyznaczę.

Ta siła ujawniła się już w dzieciństwie, kiedy jako czterolatek opuścił Pan Kubę i zaczął nowe życie w Polsce? Pewnie nie było łatwo?
- Nie, charakter dziecka kształtuje się poprzez ludzi, których spotyka się na swojej drodze, doświadczenia. To wszystko nakładało się na siebie i zadecydowało o tym, że dziś jest taki Egurrola, a nie inny.

Często poprzez urodę i nazwisko bywa Pan utożsamiany z latynoskim macho, tymczasem większość życia spędził Pan w polskich realiach, z Polakami. Czy nie bliżej panu do Marka niż Agustina?
- Z pewnością. Całkowicie czuję się Polakiem i na pewno więcej jest we mnie Marka niż Agustina, ale jednocześnie oni fajnie się uzupełniają. Artystycznie pewnie więcej we mnie Agustina, życiowo - Marka. Myślę, że tak już będzie zawsze, że te dwie natury w różnych sferach życia z różną siłą dochodzą do głosu. Często zastanawiam się, kim byłbym dziś, gdybym został na Kubie: też tancerzem, sportowcem, może bejsbolistą?

I jakie są refleksje?
- Sądzę, że tam też znalazłbym sposób na życie, dający satysfakcję, ale chyba dobrze się stało tak, jak się stało. Polska jest tym miejscem, gdzie czuję się u siebie.

Od dzieciństwa nie miał Pan kontaktu z ojcem, nie bywał Pan na Kubie. Aż do przełomowej podróży kilka lat temu. Co dał ten swoisty powrót do korzeni, to spotkanie? Sprostały oczekiwaniom? A może je przerosły?
- To było przede wszystkim spotkanie ze sobą: swoimi emocjami, korzeniami. Gdy spotkałem się z ojcem po latach bez żadnego kontaktu, przyglądałem mu się godzinami, długo z nim rozmawiałem i starałem się odnaleźć w nim cząstkę siebie. To spotkanie pozwoliło mi zamknąć pewien rozdział w moim życiu, zrozumieć i przewartościować pewne rzeczy, wreszcie połączyć się Markowi i Agustinowi. Jeszcze mocniej uświadomiłem sobie, że w życiu wszystko ma swoją cenę.

Udało się odbudować relacje, nadrobić stracony czas?
- Jestem dziś dorosłym, ukształtowanym mężczyzną z bagażem doświadczeń, więc siłą rzeczy moja rozmowa z ojcem nie była rozmową chłopca. To była rozmowa dwóch mężczyzn na temat sensu życia, tego, co jest w nim ważne, jakie miejsce powinna w nim zajmować kobieta i rodzina.

Jako juror, choreograf, właściciel jednej z wiodących szkół tańca i postać medialna prowadzi Pan niezwykle intensywne życie. Czy własny dom i dziecko wyciszają? Udało się trochę wyhamować?
- Rzeczywiście mam z tym problem, bo to jednocześnie wspaniały okres w moim życiu zawodowym. Mam duże wyrzuty sumienia, że za mało jestem w domu, mimo że już zmieniłem nieco swój harmonogram dnia i wieczory staram się spędzać z moimi kobietami. Obserwuję, jak Carmen się zmienia: zaczyna chodzić, mówi "tata" i "mama", i czuję, że czas ucieka bezpowrotnie. Zauważam, jak szybko biegnie życie i dochodzę do tego momentu, że muszę się zatrzymać, bo boję się, że mi to życie ucieknie, a tego bym nie chciał. Moje rozdarcie pogłębia jeszcze fakt, że napływa coraz więcej atrakcyjnych propozycji, projektów, a ja wiem, że muszę część odrzucić, a wybrać tylko te, które naprawdę coś wnoszą.

Dziś pewnie łatwiej rozeznać, co jest w życiu najważniejsze, a co może zejść na dalszy plan?
- Nadal nie jest łatwo, ale staram się to sobie wewnętrznie poukładać. Często jestem bardzo rozdarty, zwłaszcza, gdy wychodzę na próbę i muszę zostawić Ninę i Carmen same. Kiedy w każdy weekend muszę być na nagraniach "Tańca z gwiazdami", zdarza mi się, że liczę minuty do chwili, kiedy znowu będę mógł je zobaczyć.

Pański związek jest przykładem na to, że taniec też łączy...
- To prawda, Nina też jest tancerką. Wspólna pasja to dobry punkt wyjścia do udanego partnerstwa. Jednak taniec nie był najważniejszy. Nina zobaczyła we mnie nie tancerza, nie choreografa, nie szefa, lecz normalnego faceta, który ma swoje mocne i słabe strony.

A u Carmen obserwuje Pan już zadatki na tancerkę?
- Cały czas ją oglądam, zachwycam się, że ma takie długie, proste nóżki, sprawdzam, czy stoi o własnych siłach. Oczywiście będę chciał, żeby była tancerką, albo chociaż, żeby taniec był ważną częścią jej życia, ale nie będę jej zmuszał, bo powinna mieć możliwość wyboru.

Czy to Carmen zainspirowała Pana do stworzenia szkoły tańca dla dzieci?
- Tak, właśnie kiedy się urodziła, zacząłem się zastanawiać, jak jej pokazać rzeczy, które mnie pasjonują. W Polsce niewiele jest profesjonalnych miejsc, w których dzieci mogą rozwijać swoje zainteresowania. Dlatego postanowiłem stworzyć szkołę tańca właśnie z myślą o najmłodszych. Szkołę, do której w przyszłości będzie też na pewno chodziła Carmen, na początku poznając taniec poprzez zabawę, a z czasem coraz bardziej poważnie. Naturalne wprowadzanie dziecka od najmłodszych lat w przyszłe pasje jest bardzo ważne i ja chciałbym dać możliwość spróbowania tańca nie tylko Carmen, lecz także innym maluchom, które chcą tańczyć. Chcę dać im takie miejsce, w którym znajdą profesjonalnych nauczycieli, którzy kochają nie tylko taniec, lecz także dzieci. Takich miejsc brakuje, tym bardziej cieszę się, że w Blue City udało mi się stworzyć szkołę dla dzieci.

Jak cienka jest granica między pasją a sposobem na życie?
- Im dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że w życiu ważna jest równowaga. Zbyt często pasja zasłania mi cały świat, a mimo wszystko trzeba zauważać to, co dzieje się obok, i znajdować czas na normalne życie: spacer, wakacje, zakupy. Nie można pozwolić, żeby pasja pochłonęła nas bez reszty, bo wtedy życie staje się ubogie. Trzeba mieć pasję, bo ona nadaje życiu sens, ale konieczny jest też zdrowy dystans.

Udaje się go znaleźć?
- Mam wrażenie, że coraz częściej, ale wciąż łapię się na tym, że pasja po prostu mnie pożera.

Czego jeszcze potrzebuje człowiek, który tyle osiągnął zawodowo i prywatnie?
- Przede wszystkim więcej czasu dla siebie, bo jego brak doskwiera mi najbardziej.

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Fot. Egurrola Dance Studio (4), TVN (1), Agencja Fotograficzna WBF (1)


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.