 Choć to ja zwalniałam muzyków, nie jestem typem dyktatora. Po prostu czuję na sobie odpowiedzialność i chcę być w porządku, więc nie zwalam tego przykrego obowiązku na menadżerkę
Rozmawia JERZY BOJANOWICZ
Jak Panią nazywała mama?
- Cała rodzina nazywała mnie nie Ewelinka czy - jak się słyszy w Warszawie - Ewela lecz Lindzia, Linka itd.. Czyli od końcówki imienia.
A w szkole średniej?
- Normalnie. Po imieniu. Nie miałam żadnej ksywy, bo przy takim nazwisku trudno o jakąś konkurencję. Po latach, już w Warszawie, kolega mówił do mnie "Giwera". I to był pierwszy dobry strzał od wielu lat (śmiech).
Jakie w okresie nauki w szkole były Pani fascynacje muzyczne?
- Zawsze słuchałam muzyki, która mnie interesowała, nie zdarzali się artyści przypadkowi. W wieku 8-10 lat były to piosenki z początku lat 60, ale również zespół Queen, którego słuchałam razem z moją mamą i babcią. Freddie Mercury połączył pokolenia, co było piękne.
Gdy miałam 13 lat, zaczęłam bardzo interesować się muzyką końca lat 60., rockiem - nazwijmy go - hippisowskim. To wykonawcy, którzy m.in.. Pojawili się na festiwalu w Woodstock: Janis Joplin, Led Zeppelin, Jimi Hendrix, Jefferson Airplane itd.. Zawdzięczam to starszej siostrze, która przynosiła do domu ich nagrania. Nie wiem, co by było, gdyby nie ona. Mam nadzieję, że nie zeszłabym na manowce, że nie słuchałabym np.. Disco polo.
"Majteczki w kropeczki"?
- "Biały miś" itd.. Raczej nie, bo tę muzykę wspominam jako horror mojego dzieciństwa. Nagminnie słuchał jej sąsiad. I to tak głośno, że było ją słychać na całej ulicy. Dostawałam szału, ale na szczęście mieliśmy duże głośniki, które wystawiałam na balkon i puszczałam "4" Led Zeppelin. "Black Dog" sprawdzał się znakomicie (śmiech).
A kto zaważył, lub co zaważyło, w Pani życiu na decyzji o wyborze kariery wokalistki? Pierwszy Przystanek Woodstock?
- Jurek Owsiak i jego Przystanek Woodstock z całą pewnością mieli ogromny wpływ na moje życie. Pierwszy Przystanek Woodstock będę pamiętała do końca życia. Wówczas przypięto mi łatkę polskiej Janis Joplin. Nawet dzisiaj jestem z nią porównywana. Owszem, obie mamy chrypkę w głosie, choć ja nie mam takiej, jaką miała Janis. Poza tym nie szaleję tak, jak ona? narkotyki, alkohol, przypadkowy seks z byle kim, to zupełnie nie w moim stylu.Tak naprawdę nie tylko Janis mnie zachwyciła. Lubię Sheryl Crow, Alanis Morissette, Sinead O'Connor, i to one były moimi nauczycielkami śpiewu.
Pochodzę z małej miejscowości Jasień w województwie lubuskim, w którym do niedawna mieszkało 6 tys. Osób, a dziś 5 tys., bo tysiąc wyjechało za granicę do pracy. Nie miałam możliwości uczenia się śpiewu, a w najbliższym mieście i w następnym najbliższym nie znalazłabym nikogo, kto by rozumiał, czego chcę się nauczyć. Prawdopodobnie zostałabym poprowadzona w zupełnie inną stronę, której nie chciałam. A tak, od tych znakomitych wokalistek nauczyłam się śpiewać piosenki rockowe. Słuchając bardzo uważnie ich różnych nagrań, nauczyłam się wielu wokalnych trików, np.. Od Janis, jak zaśpiewać naprawdę mocno, donośnie i bardzo emocjonalnie, a od Sinead O'Connor - jak śpiewać falsetem, jak przechodzić z pełnego głosu na falset. W ten sposób małymi kroczkami dochodziłam do swojego stylu. Gdy zaczynałam, może faktycznie najbardziej przypominałam Janis Joplin, ale w procesie muzycznego dojrzewania znalazłam swój własny głos.
A kto teraz Panią fascynuje?
- Cały czas lubię i słucham Queenów i Led Zeppelinów oraz wymienione wokalistki, których grono poszerzyło się o Szkotkę KT Tunstall, Evę Cassidy, Norah Jones.
Ale ona jest z innej bajki!
- Nie szkodzi, lubię różne gatunki. Nie zamykam się tylko na muzykę rockową. Lubię jazz i folk, uwielbiam bluesa. Bardzo lubię reggae - polecam płytę Ziggy'ego Marleya "Love Is My Religion" z 2006 roku. Jedynym sitem, przez które przechodzą wszystkie piosenki, jest mój gust i po prostu to, czy są dobre, czy nie. Płyta Ziggy'ego jest ewidentnie znakomita; Norah też, choć jej pierwsza płyta była bardziej jazzowa, a ona zbyt - za przeproszeniem - mędliwa. Może istotne było też to, że jej druga płyta, bardziej folkowa i bluesowa, taka amerykańska, była niemal w całości autorska i być może podświadomie wyczułam prawdę w fajnych tekstach tej młodej, znakomitej dziewczyny. Słuchając tych piosenek, miałam wrażenie, że siedzę w jakiejś amerykańskiej spelunie - czułam ten klimat, zapach papierosów, alkoholu itd..
Bardzo lubię młode zespoły, które wzorują się na wykonawcach z dawnych lat: Jet, Wolfmother czy Kings of Leon, cały czas uwielbiam U2. Na ich ostatnim koncercie nie byłam, ale na poprzednim i owszem. Koncert bardzo mnie wzruszył, a jak coś mnie dogłębnie poruszy, to płaczę bez opamiętania. I tak właśnie było. Obym takich łez w całym życiu miała jak najwięcej.
Jakie wydarzenia zaliczy Pani do kamieni milowych swojej kariery?
- Na pewno rozpoczęcie w wieku15 lat występów ze swoim pierwszym zespołem rockowym Alioth. Drugim takim kamieniem był występ na III Przystanku Woodstock w 1997 roku i kilka miesięcy później koncert w warszawskiej Sali Kongresowej - występ przed eks-Rolling Stonesem, gitarzystą Mickiem Taylorem i Snowy'm Whitem, a trzecim - udział w programie "Idol".
Właściwie do kamieni milowych mogę również zaliczyć wszystkie występy na kolejnych Przystankach Woodstock, bo za każdym występem zespół Surprise, w którym śpiewałam, zdobywał statut "gwiazdy" tego festiwalu. Mój ostatni, tegoroczny występ na Przystanku to było coś niewiarygodnego. Pomijam niesamowicie ciepłe przyjęcie publiczności, dobre recenzje, w tym Michaela Lange'a, organizatora Woodstock '69. Na swój występ nie czekałam w garderobie, choć zwykle tak robię. Stwierdziłam, że nie mogę przegapić takiego wydarzenia. Prawie przez cały koncert stałam z boku sceny: miałam widok na muzyków, publiczność i Michaela Langa, który cały czas siedział uśmiechnięty z boku sceny. Jestem pewna, że był dumny, iż festiwal, który zorganizował w 1969 roku, odbił się tak wielkim echem po drugiej stronie oceanu. Warto dodać, że nigdzie poza Polską nie odbył się taki duży koncert z okazji jubileuszu 40-lecia Festiwalu Woodstock.
Gdy Darek Kozakiewicz, zaraz po odtworzeniu z głośników hymnu amerykańskiego, wykonanego przez Jimiego Hendriksa, zagrał polski hymn - rozpłakałam się ze wzruszenia. Na szczęście przed swoim występem zdołałam się uspokoić, chociaż, gdy słucham na YouTube swojego wykonania "Cry Baby", to w drugiej linijce słyszę jeszcze lekkie załamanie głosu.
Nie dziwię się, że tegoroczny Przystanek Woodstock tak zapadł Pani w pamięci. Na YouTube dwa wideo z Pani interpretacją "Cry Baby" w zaledwie miesiąc od umieszczenia mają prawie 17 tys. Odsłon, co jest chyba rekordową oglądalnością wideo z tej imprezy, a piosnki "Biko" i "Freedom" są anonsowane: "Ewelina Flinta i inni".
Wracając do Pani kariery, to Ewelina Flinta jest żywym dowodem na to, że takie programy jak "Idol" są szansą na sukces. Ale czy rzeczywiście pomagają one w zaistnieniu na profesjonalnej estradzie?
- Miałam szczęście, że brałam udział w pierwszej edycji Idola w 2002 roku, ponieważ "wyszło" z niej najwięcej młodych wokalistów, którzy nagrali swoje płyty. Ania Dąbrowska, Szymon Wydra i Tomek Makowiecki. Żadna następna edycja już nie może się pochwalić takim dorobkiem.
Myślę, że duży wpływ miała nowość tej formuły. Cała ekipa, ze wspaniałym reżyserem Wojtkiem Iwańskim, który nie uczestniczył w realizacji następnych edycji, była pozytywnie nakręcona, wszyscy sobie pomagali i może dlatego do dziś wspominam ten program z wielką sympatią. Podczas jego realizacji sporo się nauczyłam, ale przez cały czas starałam się pozostać sobą, co zresztą - na szczęście - zauważono.
Zajęła Pani drugie miejsce. A z jakiej nagrody jest najbardziej zadowolona?
- Ze Złotej Płyty za wydany w 2003 roku solowy album "Przeznaczenie". Wielką radość dały mi również dwie z rzędu statuetki Superjedynki dla Wokalistki Roku w 2003 i 2004 roku .
Zupełnie nieoczekiwaną nagrodą był niedawno otrzymany "Medal św. Brata Alberta" - swego rodzaju uhonorowanie mego skromnego zaangażowania się w działalność charytatywną na rzecz ludzi z niepełnosprawnościami. Nigdy nie myślałam, że dostanę za to jakąś nagrodę. Przecież nie o to w tym chodzi.
Co to za działalność?
- Przede wszystkim współpraca z Fundacją "Mimo wszystko" Anny Dymnej. Wielokrotnie występowałam dla tej fundacji bardziej lub mniej oficjalnie. Z Anitą Bartosik, moją menadżerką, wymyśliłyśmy wydrukowanie kartek z moim zdjęciem i listem od Ani Dymnej, które od dwóch lat sprzedajemy po koncertach. Cały dochód ze sprzedaży kartek przekazywany jest na budowę ośrodków wypoczynkowo-rehabilitacyjnych w Lubiatowie i Radwanowicach. W 2007 roku uzyskaliśmy z niej ok.. 7 tys. Zł. W zeszłym roku i w tym też zebrałyśmy z pewnością większą kwotę. Nie zakończyłyśmy jeszcze sprzedaży, więc dokładnej kwoty nie znamy. Mimo, że po koncertach jestem bardzo zmęczona, to podpisywanie kupionych kartek nawet przez bite trzy godziny, bo zdarzało się ich sprzedać nawet 200, sprawia mi ogromną satysfakcję.
A co skłoniło Panią do wspierania ekologii?
- Zabrzmi to może naiwnie, ale naprawdę kocham tę planetę. Doceniam jej piękno. Wychowałam się w domu z wielkim ogrodem - z widokiem na las i łąki. Zawsze doceniałam to, co mam wokół siebie, ale z wiekiem jest to bardziej świadome. Stworzyłam piosenkę "Bądź światoczuły" dla Klubu Światoczułych, którego jestem ambasadorem, i co roku uczestniczę w wernisażach konkursu fotograficznego "Ekologia w obiektywie". Współpracuję z Fundacją "Nasza Ziemia" i jej cudowną prezeską, Mirą Stanisławską-Meysztowicz, która na początku lat 90.wróciła z emigracji w Australii i zaraz po przyjeździe do Polski założyła fundację. Od początku swego istnienia fundacja koordynuje w Polsce kampanię "Sprzątanie świata", która jest częścią międzynarodowego ruchu na rzecz ochrony środowiska Clean up the World. Uczestniczy w nim blisko 40 mln wolontariuszy na całym świecie.
Dołączam chętnie do wszelkiego rodzaju akcji, które mogą coś wnieść, czy jest to "Moje silne drzewo", czy Ecco Walkathon, gdzie za każdy przebyty kilometr firma Ecco przelewa 4 zł na wskazaną przez nas fundację, w tym roku na "Mimo Wszystko", WWF czy "Street Kids Int."
Uważam, że trzeba dbać o przyrodę. Większość ludzi ma dzieci lub będzie je miała, więc warto, by pomyśleli choćby o swoich najbliższych.
Przystanek Woodstock jest jedną z wielu okazji do bezpłatnej obecności na koncercie. Zdaniem wielu przedstawicieli branży takie imprezy zabiły rynek muzyki w Polsce. Czy zgadza się Pani z tymi opiniami?
- Darmowe koncerty mają wady i zalety. Wady, bo ludzie się przyzwyczaili, że coś jest za darmo. Takie podejście nie jest w porządku, bo nic nie jest za darmo. Oczywiście nie uważam, że powinno się całkowicie zakazać organizacji darmowych koncertów, ale często odnoszę wrażenie, że przychodzą na nie ludzie, bo po prostu coś się w mieście dzieje, coś słychać, coś szumi.
Z drugiej strony, na koncert przychodzą też ludzie, którzy doceniają mój występ - zawsze ich dostrzegam wśród publiczności. Wielu z nich po koncercie gratuluje występu, pyta o płyty. Mówią, że nie wiedzieli, że mam taki głos i gram tak dobre koncerty.
Niemniej czegoś takiego, tej mnogości darmowych imprez ze znanymi artystami, nie ma nigdzie na świecie. Pod tym względem jesteśmy światowym dziwolągiem. Nic dziwnego, że pomysłodawcy programu "Idol", Brytyjczycy, byli zaskoczeni, że na koncert uczestników polskiego "Idola" nie sprzeda się tyle biletów, co u nich, a tam było?. Całe Wembley wyprzedane i to dwa dni z rzędu. Tłumaczono im, że Polska to nie Wielka. Brytania, i tu głównie gra się koncerty bezpłatne, więc nie ma szans, by na imprezę biletowaną przyszło wielu widzów. I rzeczywiście: w sopockiej Operze Leśnej była publiczność, ale - mimo dużej oglądalności tego programu - wszystkich biletów nie udało się sprzedać.
Sądzę, że ta sytuacja powoli ulegnie zmianie, bo wiele osób nie chce uczestniczyć w otwartych imprezach. Wolą pójść na koncert wybranego artysty, a nie być zmuszanym do wysłuchania "przy okazji" wielu innych. Także wykonawca, występując tylko dla swoich fanów, może sobie na więcej pozwolić.
Patrząc na Pani plany koncertowe to np.. Czerwiec, sierpień wyglądały całkiem, całkiem?
- Jednego dnia miałam nawet trzy występy w różnych miejscach. Rano uczestniczyłam w próbie festiwalowego koncertu "Opolskie duety", później miałam koncert w oddalonej o ponad 100 km od Opola Piławie Górnej; wróciłam do amfiteatru - wraz z menadżerką przeżyłyśmy chwile grozy, bo na autostradzie A4 utknęłyśmy w korku, zaśpiewałam w odmienionej aranżacji "Żałuję" i z Tomkiem Lipińskim & TILT-em "Mówię ci, że", po czym wsiadłam do helikoptera i poleciałam na festiwal "Zaczarowana piosenka", w którym swój udział obiecałam Ani Dymnej pół roku wcześniej. W każdym z tych miejsc było znakomicie, ale czułam się lekko wyżęta.
Na ile określiłaby Pani udział zespołu w jej sukcesach?
- Jego skład się zmienia. Może nie co rok, bo z reguły, gdy muzyk trafi do zespołu, gra przynajmniej przez dwa lata. Pierwsza płyta "Przeznaczenie" - 2003 - nie była tworzona wraz z moim zespołem. Drugą nagrywaliśmy już razem. Powstało wiele wspaniałych utworów, ale popełniliśmy też sporo błędów. To była dla nas nauczka, z której wyciągnęliśmy wnioski.
Choć to ja zwalniałam muzyków, nie jestem typem dyktatora. Po prostu czuję na sobie odpowiedzialność i chcę być w porządku, więc nie zwalam tego przykrego obowiązku na menadżerkę. Pracuję ze świetnymi muzykami, więc staram się dać im wielokrotnie wolną rękę, bo wtedy powstają wspaniałe rzeczy. Zresztą, jeśli chodzi o świat dźwięków, mają zdecydowanie większą wiedzę od mojej, więc mam szansę się czegoś od nich nauczyć. Na próbach jest czas na twórcze myślenie, dyskusję nad aranżacjami, "burzę mózgów", podczas koncertu dyrygentura, czy raczej reżyseria, spada już całkowicie na mnie.
Skąd piosenka "Czy nastanie znów świt?" z filmu "Rogate Ranczo", która w Pani wykonaniu doczekała się ponad 241 tys. Odsłon na YouTube?
- Dodam, że przepiękna. Jak większość ludzi wychowałam się na bajkach Disneya i uznałam, że nigdy nie jest się "za dużym" na taką zabawę - pielęgnowanie dziecka w sobie to zdaniem wielu psychologów podstawowy filar naszej higieny psychicznej. A gdy usłyszałam "Will The Sun Ever Shine Again", stwierdziłam, że trafiłam na cymesik. Moim skromnym zdaniem to najwspanialsza piosenka Diesneya z piękną muzyką, wzruszającym tekst i oryginalnym wykonaniem w interpretacji znanej wokalistki i gitarzystki blues-rockowej, Bonnie Raitt.
Wzięcie udziału w polskim udźwiękowieniu tego filmu było dla mnie ogromną radością. Później dowiedziałam się, że po nagraniu tzw. Demo zostało ono wysłane ze zdjęciami i biografią do akceptacji. Było mi miło, że doceniono moją interpretację również za wielką wodą.
Dlaczego na swojej oficjalnej stronie internetowej nie chwali się Pani hitem - duetem z Łukaszem Zagrobelnym?
- Ależ to jakieś ogromne niedopatrzenie, bo pojawiło się wiele newsów na temat tej piosenki i naszych wspólnych nagród. Strona będzie wkrótce zmieniana i klip do "Nie kłam, że kochasz mnie" z pewnością, o ile uzyskamy zgodę producenta, znajdzie się w dziale "teledyski". Ale dziękuje za Pana uwagę.
Myślałem, że Pani odżegnuje się od niej.
- Nie mogę, przecież to był hit roku. Sukces piosenki z moją trzecią, a Łukasza pierwszą, Superjedynką, trzecim miejscem od jury i nagrodą publiczności w Karlshamn na Festiwalu Krajów Nadbałtyckich zamknęliśmy na podsumowaniu roku 2008 podczas gali Telekamery, na której jako jedyni spośród pięciu nominowanych wykonaliśmy nasz wspólny hit na żywo, z towarzyszeniem Kwintetu "Tangata", zdobywcy Fryderyków w specjalnie przygotowanej aranżacji, która brzmiała jak klasyczne tango, oraz z choreografią według pomysłu Mateusza Polita. To był nasz ukłon i podziękowanie publiczności za uznanie dla tej piosenki, pomysłodawcą której był Robert Kozyra, a całą produkcję ogarnęło "Jazzboy Studio".
Ostatni album "Nie znasz mnie" ukazał się 4,5 roku temu. Co jest przyczyną tej ciszy?
- Wiele spraw. Piosenki na trzecią płytę zaczęłam nagrywać już kilka lat temu, ale stwierdziłam, że nie układają się dobrze - nie ten kierunek. Wstrzymałam prace?
Wróciłam do podstaw. Zaczęłam tworzyć i nagrywać dema nowych piosenek w wersji minimum: wokal + gitara akustyczna. Dostają je osoby, które piszą teksty, ja też kilka napiszę. Obecnie nad utworami pracuje Piotr Bukartyk.
? artysta z kręgu piosenki studenckiej?
- ? kiedyś tak, teraz Piotr jest poważnym artystą, facetem po 40. Nagrywa swoje płyty, a w każdy piątek na antenie radiowej "3" w audycji Wojciecha Manna prezentuje na żywo utwór komentujący rzeczywistość. Nasza współpraca układa się bardzo dobrze. To właśnie Piotr jest autorem tekstu piosenki "Bądź światoczuły", choć same hasło tytułowe zostało wymyślone przez klubowiczów.
Kiedy będą wszystkie teksty, weźmiemy się za aranżacje. Nowych utworów staram się nie wykonywać na koncertach, bo nie chcę, by nagle okazało się, że na nowej płycie nie będzie żadnej niespodzianki. Oczywiście, na krótko przed premierą zacznę je wykonywać, ale na razie nie ma to sensu. Zwłaszcza, że nie mamy dokładnego harmonogramu prac nad płytą. Zakładamy, że ukaże się ona w przyszłym roku.
Jakie ma Pani plany poza nagraniem płyty?
- Być może zagram jeszcze kilka koncertów, ale przede wszystkim chcę się skupić na płycie.
A nie myśli Pani o nagraniu piosenki w języku angielskim?
- Nawiązałam i pielęgnuję kontakty, z których może coś wyjdzie, bo jak się chce, to się uda. To nic wielkiego, ale nigdy nie wiadomo? Na Przystanku Woodstock było ok.. 100 tys. Niemców. To ogromna publiczność, której nie można ignorować. Być może właśnie na mojej trzeciej płycie ukażą się wersje anglojęzyczne.
Dla wielu osób śpiewanie to hobby. A jakie są Pani pozamuzyczne zainteresowanie?
- Dla mnie śpiewanie i występy to też jest hobby, pasja, miłość i profesja. Wszystkie te słowa pasują do tego, co robię. A w wolnym czasie: rower, spacery, znajomi, książki. Ostatnio pochłonęłam najnowszą powieść Janusza Wiśniewskiego "Bikini", której akcja dzieje się pod koniec II wojny światowej. Wcześniej przeczytałam jej recenzję, w której napisano, że książka idealnie nadaje się na hollywoodzką produkcję filmową. Zgadzam się z tym w 100 proc., bo w Polsce na jej ekranizację brak środków finansowych, które pozwoliłyby na przekazanie całej treści tej dającej do myślenia książki.
Spacery z psem?
- Myślałam o kupnie psa rasy gończy polski. To rzadka stara polska rasa psów myśliwskich, która niedawno została odtworzona. Wyobraża Pan sobie: przy moim nazwisku - gończy polski. Niestety, mieszkam pod Warszawą, ale nie w domku, lecz w mieszkaniu, a taki pies potrzebuje dużo ruchu. Spacery nie wystarczą, więc jeśli kiedyś uda mi się mieć swój własny dom - mały, ale z dużym ogrodem, to byłoby dobre miejsce dla takiego psa. Niedawno poznałam 4-miesięczną sukę o wymarzonej przez mnie maści, która nazywała się Fuzja, a jej właścicielka powiedziała, że w miocie była też Flinta.
Myślałam też o spanielu, który - jako pies myśliwski, ale płochacz - też potrzebuje dużo ruchu, choć już nieco mniej, niż gończy. Tymczasem do ogrodu moich znajomych przybłąkał się 100-procentowy kundel. Ponieważ dość długo z nim przebywałam, nie mam serca oddać go w obce ręce, no i oczywiście bardzo go polubiłam. Zdaje się więc, że będzie mój. Nazywa się Frodo, tak nazwała go koleżanka, jak mój ulubiony bohater z "Władcy pierścieni". Pewnie 4 października na warszawski Plac Zamkowy na akcję "Zerwijmy łańcuchy" w ramach protestu przeciwko strasznym warunkom życia psów trzymanych na łańcuchach przyjdę już towarzystwie Frodo (śmiech). Do czego i Pana i czytelników magazynu "VIP" gorąco zachęcam.
Jak Pani powiedziała: jak się chce, to się uda. Dziękuję za rozmowę i życzę domu z ogrodem i? dwoma psami.
- Dziękuję, ale przede wszystkim proszę mi życzyć zakończenia pracy nad udaną płytą (śmiech).
Fot. KAPiF (1), Jerzy Stalęga (1) 

|