 Rozmawia JOANNA ZAWISZA
Miała być życiowa rozmowa o aktorstwie i o tym, co ono wnosi w jego życie, a on pomyslał o krótkiej notce na temat serialu, w którym, jak twierdzi, był tylko gościem na planie filmowym
Piotrze, przebrnąłeś jako aktor przez bardzo ciekawe role: miałeś wielki honor zagrać papieża, ale również miałeś przyjemność zagrać fantastycznego, pełnego humoru faceta w filmie "Nie kłam Kochanie". Powiedz, co jest Ci w aktorstwie najbliższe, i która z ról pokazuje najbardziej, jaki jesteś na co dzień.
- Najbardziej cieszy mnie w aktorstwie różnorodność możliwych do zagrania ról. Mówi się, że aktorzy wcielają się w role. Ale można też powiedzieć, że osobowość ludzka jest bardzo skomplikowana i w każdym z nas drzemie wielu różnych ludzi. Aktor powinien znać swoje możliwości na tyle, aby móc zagrać na wielu toNach, wysokich i niskich, molowych i durowych. Wtedy jest szansa na interesujące postacie. Wspaniały jest moment, kiedy otrzymuje się propozycję zagrania roli. Można wówczas popatrzeć na świat oczami innego człowieka. Zastanawiać się nad tym, jaki był, jak postrzegał świat i ludzi. A po premierze widzowie zaczepiają mnie na ulicy, by powiedzieć kilka miłych słów. Ci, którzy mają do powiedzenia niemiłe słowa, zazwyczaj niestety używają internetu.
Przyznaję, że mam ogromną satysfakcję, iż moją pracą kogoś wzruszyłem albo sprowokowałem do przemyśleń. To niesamowite, że film może wzbudzać tyle emocji. Aktorstwo jest takie ulotne: jakiś gest, jakieś słowo. To przecież tylko chwila, nawet jeśli została zarejestrowana na taśmie.
Co Ty robisz, że jesteś tak prawdziwy w każdej roli?
- To nieprawda! (śmiech). Skoro Ty tak sądzisz, jest mi miło. Aktorów i ich wiarygodność oceniamy bardzo indywidualnie.
Ostatni klaps za nami, możemy podsumować Twój udział w serialu "Czas honoru". Jak Ty go czujesz?
- Byłem tylko gościem na planie. Trudno mi podsumować tak ogromną pracę i wysiłek tak wielu ludzi. Z perspektywy aktora to wielka produkcja i cieszę się, że takie powstają. Sympatycy pierwszej części "Czasu honoru" z pewnością będą mile zaskoczeni tym, że kolejna seria jest jeszcze bardziej efektowna. Coraz częściej wychodziliśmy ze studia, aby nakręcić sceny plenerowe. To wielka odwaga ze strony producenta Michała Kwiecińskiego, że przy małym budżecie potrafił zrealizować film historyczny z rozmachem.
To duża odwaga kręcić dziś poważne filmy, które uderzają w ludzką wrażliwość. Opowiedz o swojej bardzo ciekawej postaci i o tym, jak Ci z nią było.
- Gram postać Larsa Rainera. Przyjeżdża on w zastępstwie Gerta Kellera, granego przez Krzysztofa Stelmaszyka, który w ostatnim odcinku został ciężko ranny. Lars pracował wcześniej jako agent wywiadu, więc do swojego zadania rozpracowania polskiego podziemia podchodzi bardzo metodycznie i precyzyjnie.
Czy to jest zła postać?
- Tak. Ale to nie okrutny sadysta, tylko człowiek, który stara się wykonać jak najlepiej swoją pracę. Przyzwyczailiśmy się patrzeć stereotypowo: Niemcy - źli, Polacy - dobrzy. Wiadomo, że hitlerowski mundur dla widzów oznacza wcielenie zła, ale hitlerowskie mundury nosili ludzie uwikłani w wojnę. I często okoliczności sprawiały, że okazywali się jednak "czarnymi charakterami".
Jakie to uczucie zmierzyć się z taką postacią? Co sprawiało Ci trudność?
- Przyznaję, że z pewnym dyskomfortem nosiłem ten mundur. Przechodząc z garderoby na plan filmowy, często przykrywałem go prywatnym płaszczem. Ale była to ciekawie napisana postać, która często zmienia przebieg akcji, więc sceny z jej udziałem z pewnością będą interesujace dla widzów.
A co sprawiało trudność? Chyba wszyscy mieli kłopot z określeniami niemieckich stanowisk z tamtych czasów. Nie łatwo szybko wymówić: Obersturmbannführer Lars Rainer w zastępstwie Standantenfürrera Gerta Kellera.
Czy ta rola pomogła Ci zbudować większy dystans do siebie?
- Dystansu nabiera się najbardziej wówczas, gdy gra się rolę bliską nam, gdy trzeba otworzyć własną duszę i własne serce.
Czasem jest to płynna granica?
- Czasem jest to "Czas Honoru"?
Fot. Ola Grochowska TVP 


|