Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

MARIAN ZACHARSKI - Nigdy nie dałem się złamać


Kiedy Pan postanowił napisać książkę?
- Myślałem nad tym długo. Był już nawet taki moment, że zwrócił się do mnie bardzo poważny zachodni wydawca, ale w czasie weekendu, gdy miałem podjąć swoją ostateczną decyzję, zwątpiłem, czy moje wspomnienia powinny ukazać się najpierw w niemieckim wydawnictwie. Pisałem tę książkę właściwie cały czas. Pisałem, bo jak to się mówi, pamięć jest ulotna. Traktowałem to pisanie jako "glejt" bezpieczeństwa dla mojej osoby. Ponieważ nic tak nie broni w życiu jak wiedza. Trzymałem te moje zapiski poza domem. Zresztą miałem na pierwszy ogląd dziwne włamanie do mieszkania. Później wyjaśniło się, że to było "tylko" typowe włamanie. Ale straciłem bezpowrotnie m.in. medale-monety otrzymane od gen. Markusa Wolfa, który był i długo pozostanie legendą wywiadów. Mówiąc szczerze, ostateczną decyzję o opublikowaniu książki podjąłem po tym, jak zostałem zaliczony do jakiegoś bliżej mi nieokreślonego klubu przestępców, zbrodniarzy Rzeczpospolitej, z perspektywą pozbawienia mnie emerytury itd. Nowa władza sformułowała projekt odebrania emerytur wszystkim, którzy mieli coś wspólnego ze SB. Mnie z tą organizacją łączyła jedynie legitymacja, która była niestety wspólna dla różnych departamentów MSW, w tym i dla Departamentu I, czyli Wywiadu.

Dlaczego Pan wyjechał z kraju w połowie lat 90.? Czy jedynym powodem był Pana udział w akcji mającej na celu zwerbowanie rosyjskiego agenta Władimira Ałganowa, który miał posiadać informacje na temat współpracy ówczesnego premiera Józefa Oleksego z KGB?
- Decyzja o tym, aby wyjechać, była moja. Jak pamiętacie, rok 1996 to już całkowite przejęcie władzy przez stronę lewicową. Miałem wystarczającą ilość danych, żeby stać się podejrzliwy i oczekiwać, że z ich strony posunięcia mogą być bardzo radykalne. Ponieważ posmakowałem życia poza wolnością, nie chciałem tego przechodzić drugi raz. Miałem dobre kontakty w świecie, więc postanowiłem, że resztę swojego życia będę budował poza Polską w sposób godny.

Paradoksy historii. Formacja lewicowa powinna raczej Pana nagradzać za działalność w Ameryce.
- Wyjechałem tam, gdzie pewien system wartości jest nie tylko głoszony, ale jest również przestrzegany. Na Zachodzie żaden z liczących się krajów nie twierdzi, że nie posiada służb wywiadowczych. I żaden z tych krajów nie ustala przedziałów czasowych, do którego momentu ludzie związani z tego typu służbą są lojalnymi obywatelami, a od którego momentu przestają. Na Zachodzie docenia się ludzi sukcesu również w tego typu organizacjach. Bez wzgledu na zmiany ustrojowe.

W USA doczepił Pan do swego samochodu tabliczkę z napisem "Jestem dumny, że jestem Polakiem". Po powrocie ta duma i radość z bycia Polakiem została poddana próbie, czy raczej przemieniła się w rozgoryczenie? Jak Pan patrzy z tej perspektywy na swój wybór o wejściu do służby wywiadowczej, za który Pan zapłacił określoną cenę i w życiu osobistym, i społecznym.?
- Swojej decyzji jako takiej nie żałuję. Ocaliłem w życiu najważniejsze, czyli pozostałem sobą, i goląc się, mogę patrzeć w lustro. Nigdy nie dałem się złamać i nigdy nie wystąpiłem przeciw ojczyźnie. Być może w niektórych sytuacjach zachowałbym się nieco inaczej, ale to każdy z nas, w miarę jak nabiera doświadczenia, zapewne ma inną ocenę swojej postawy sprzed lat. Ja raczej zostawiam w tej chwili swoją osobę bardziej do oceny historii aniżeli rozgorączkowanych polityków, którzy częstokroć wygadują, co chcą, bezkarnie, a my musimy wszystko, o czym chcemy powiedzieć, stale kontrolować z punktu widzenia nie zawsze czytelnych reguł prawnych. Mają jakiś teflonowy immunitet, bez względu na to, czy są członkami parlamentu, czy też nie.

Mówił Pan, że pamięć jest ulotna i to był jeden z powodów, dla których Pan postanowił napisać tę książkę. Czytelnik po jej lekturze powie raczej, że pamięć jest szokująca. Stopień dokładności, z jaką odtwarza Pan przeszłość, zadziwia. Skąd tak dokładna rejestracja wydarzeń sprzed 30 lat?
- Po pierwsze, jeszcze 10 lat temu byłem nieco bardziej pesymistyczny, co do możliwości utrzymania odpowiedniego poziomu pamięci. Jako powiedzmy 45-latek mogłem sądzić, że moja pamięć szybciej zacznie zanikać aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Stąd postanowienie o przelewaniu na papier wydarzeń, których byłem świadkiem. To jest pierwsza sprawa. A po drugie, oczywiście korzystałem z tego faktu, że w czasie procesu uzyskałem dostęp do ogromnej ilości dokumentów amerykańskich, które pozwoliły mi przywołać ponownie pewne wydarzenia, ocenić je inaczej, ale bazując na ich konkretnych zapisach w postaci oficjalnych dokumentów Federalnego Biura Śledczego, prokuratury czy innych organizacji, które w taki czy inny sposób rozpracowywały moją osobę na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Mówi Pan, że najważniejsza dla Pana była służba dla kraju. Co Pan sądzi o zarzucie, że owoce Pańskiej działalności służyły głównie Związkowi Radzieckiemu, do którego ostatecznie trafiały zdobyte przez Pana dokumenty?
- Po pierwsze, ja byłem oficerem wywiadu, pracującym w terenie, którego rolą jest zdobywanie dokumentów, a nie rozpatrywanie tego, co się z nimi dalej dzieje. Mogę pokazać dokumenty, nawet jeszcze z roku 1980, gdzie np. 3000 stron nowo uzyskanych dokumentów od Bella zostaje przekazanych na ręce ówczesnego ministra obrony narodowej - gen. Jaruzelskiego, dla dokonania, po pierwsze, oceny tych dokumentów, a po drugie, autorzy tego listu zachęcają MON do przedstawienia propozycji, w którym kierunku powinniśmy zmierzać w dalszym zadaniowaniu źródła. Poza tym jestem przekonany, że także i dzisiaj polski wywiad dzieli się niektórymi dokumentami i informacjami ze swymi sojusznikami. Jakich to sojuszników postanawiamy poinformować czy też ostrzec, to jest to zawsze ta sama dyskusja, jaka się toczy od zakończenia drugiej wojny. Czy np. Anglicy byli naszymi 100-procentowymi sojusznikami itd.? Jeżeli zdecydowałem się na pracę w wywiadzie, to tym samym postanowiłem, że chcę być aktywny, że chcę odnosić sukcesy poprzez zdobywanie ważnych informacji. Ale ja nie byłem ich konsumentem, bo ja nie jestem nawet z wykształcenia technikiem, aby oceniać stopień zaawansowania czy też odpowiadać na pytanie, co można lub należy zrobić z planami, które zdobywałem. To jest pole dla szefów tego typu instytucji, no i polityków, których strategiczne decyzje na swój sposób wyznaczają nam sojuszników.

Jako pracownik wywiadu nie mógł Pan wówczas tych dylematów roztrząsać. Interesuje mnie, jak Pan na to patrzy z dzisiejszej perspektywy, będąc na emeryturze. Kim był dla Pana Bell, od którego zdobył Pan właściwie wszystkie dokumenty? Czy miał Pan kiedyś jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że wykorzystuje Pan słabości człowieka, którego jednocześnie nazywa Pan przyjacielem?
- Pytanie bazuje na odczuciach pokrzywdzonego Bella, ale Panowie nie widzieli jego twarzy, zachowań w momencie, kiedy był przeze mnie wynagradzany i otrzymywał to, co jest miłością i celem życia wielu Amerykanów, a więc pieniądze. Potrzebował ich, żeby wydostać się z tarapatów. Jego sytuacją zupełnie nie interesował się jego pracodawca. I proszę pamiętać jeszcze jedną rzecz. Jak się Pan podejmuje tego typu pracy, to musi się Pan zgodzić, że pierwszym obowiązkiem w niej nie będzie studiowanie kodeksu etyki. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, w tym akurat przypadku do werbunku. Metody, które stosowaliśmy, były i są absolutnie takie same z punktu widzenia podejścia do uzyskania pozytywnego rezultatu, jakie stosują wszystkie służby na świecie. Podstawowe credo departamentu operacyjnego CIA brzmi: kłam, oszukuj, kradnij, ale cokolwiek robisz, nie daj się złapać. A to, co ja mówię, że on był także moim przyjacielem, to prawda. Kiedyś rozmawiałem sobie prywatnie z Johnym P., wybitnym oficerem CIA, i on w pewnym momencie do mnie mówi: "Słuchaj, powiedz mi, czy ty jego traktowałeś jak przyjaciela", a ja na to odpowiadam: "Tak, naprawdę był moim przyjacielem i tak o nim mówię do dziś". A John na to: "Wiesz, moich najlepszych agentów ja również traktowałem jak przyjaciół". Rozumiem, że stwierdzenie wybitnego oficera CIA będzie dla wielu w Polsce bardziej wiarygodne niż moje. I dlatego o tym wspominam.

Jak to się stało, że osoba, która w zasadzie w wyobrażeniach potocznych chodzi w czarnym płaszczu i ciemnych okularach, powinna przemykać gdzieś tam z boku, pisze tak ciekawą książkę? Nie mając przy tym właściwie w Polsce żadnych wzorców.
- Po pierwsze, od dawna spisywałem szczegółowo swoje, myślę, że bardzo ciekawe życie, nie pozbawione wielu elementów dramatycznych. Nigdy nie sądziłem jednak, że mam zdolności pisarskie. Tak, bardzo dużo czytam tego typu literatury. Mam niesamowitą kolekcję literatury szpiegowskiej w różnych językach, ale to byłoby naturalnie za mało. Skorzystałem przede wszystkim z tego, że Wydawnictwo ZYSK stworzyło mi wielkie możliwości do napisania ciekawej książki. Mówię tutaj o całym zespole firmy z Tadeuszem Zyskiem na czele. Zachęcali mnie i bardzo wspierali. Jestem za to bardzo im wdzięczny.

A jak to jest ze szpiegiem na emeryturze? Nie przekroczył Pan nawet 60. Jest Pan w sile wieku i posiada ogromną wiedzę i doświadczenie. Powinien być Pan zasypany ofertami pracy.
- Jest to pytanie podobne do tego, które pojawiło się w sejmie zaraz po moim wyjeździe. "Co on tam robi poza granicami kraju?". Oświadczam, że od momentu, gdy napisałem wniosek o rezygnację, nie zajmuję się już tego typu działalnością. Mam przyjaciół w wielu służbach wywiadowczych świata. Spotykamy się teraz już jako emeryci. Jednemu to życie na emeryturze układa się łatwiej, innym nieco gorzej. Ale ich rządy nikogo nie deprecjonują poprzez obniżanie emerytur. Wręcz przeciwnie.

Spotykacie się często?
- Wystarczająco. Mam przyjaciół w służbach na całym świecie. Pamiętam, jak jeden z ważnych funkcjonariuszy francuskich przechodził na emeryturę, zadzwonił do mnie, by się pożegnać. Zaproponował, bym wybrał najlepszą restaurację. Siedzimy nad jeziorem, piękna pogoda, rozmawiamy sobie o różnych rzeczach. Nagle robi się zawierucha, bo wpada grupa osób, których wygląd ewidentnie wskazuje, że są funkcjonariuszami ochrony. On na mnie patrzy, pyta, czy to z mojego powodu, ja mówię, że nie. Kieruję to samo pytanie do niego. Po chwili się wszystko wyjaśnia, bo wchodzi grupa pań. Jako główny gość pani Rabin, która krótko wcześniej straciła męża w zamachu, potem pani, która była żoną ambasadora Izraela itd. Stąd to całe zamieszanie. Ale ciekawy był ten pierwszy moment, nasze wzajemne patrzenie sobie w oczy, kto tutaj jest winny tego zmieszania. Niby już na emeryturze, ale zawsze czujni.

Na koniec, ciągle Pan podkreśla, że ojczyznę ma głęboko w sercu. Gdyby państwo polskie zwróciło się z prośbą o powrót do służby? Wszyscy powiadają, że jest Pan wybitny w swoim fachu.
- Jestem raczej zachęcany do tego, abym nie wracał do Polski. Gdyby się do mnie zwrócono, to bym propozycję rozważył, ale przy ogromnej dozie optymizmu, który zawsze był częścią mojego życia i m.in. dlatego byłem w stanie przejść różne jego zakręty, nie wierzę, że zdarzy się to, o czym Pan mówi, w czasie mojego pobytu na planecie ziemia. Musiałyby nastąpić istotne zmiany w systemie funkcjonowania i myślenia o oficerach wywiadu przez odpowiedzialnych za państwo polskie. Na tym etapie, co od nich zapewne niebawem otrzymam, to "propozycje nie do odrzucenia" w postaci nowej wyceny mojej emerytury. Ja się bardzo dobrze czułem w tej pracy, ale w momencie, kiedy nie ma żadnych warunków do jej wykonywania, to należy z tej pracy zrezygnować, tej pracy nie wykonuje się na siłę. Ta praca potrzebuje ciszy, spokoju, ale jednocześnie dużego wsparcia instytucji rządowych. Nie mam już ochoty walczyć z jakąś otoczką propagandową i po raz któryś udowadniać w życiu, że nie byłem, nie jestem i nie będę np. agentem KGB ani osobą, która miała za zadanie zniszczyć w Polsce demokrację. Powiem ciekawostkę. Otóż to Amerykanie bronili mnie wobec władz polskich, informując je, już w tzw. nowych czasach, w sposób jak najbardziej oficjalny, że nie ma żadnych informacji ani nawet przesłanek wskazujących na mój związek z KGB. Ale więcej tego typu informacji i szczegółów już niebawem.

Rozmawiali redaktorzy Wydawnictwa Zysk i S-ka


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.