Ekskluzywny magazyn - Ważne wydarzenia

Strona głównaO VIPieRedakcjaReklamaMapa stronyWydawnictwo

  

Rozmowy VIPa
Ambasadorzy
Podróże VIPa
Styl VIPa
Gadżety VIPa
Auto dla VIPa
Okiem VIPa

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter Magazynu VIP, wpisz swój adres e-mail:
  

Zobacz, jak wygląda VIP

MAŁGORZATA POTOCKA - Wierna tańcowi, miłości i sobie


Uparta ryzykantka, wymagająca szefowa i utalentowana tancerka, która po zagranicznych doświadczeniach dopięła swego, tworząc autorski teatr rewiowy, wnoszący ożywienie w pejzaż Warszawy i polską kulturę. Założycielka teatru Sabat i świeżo upieczona małżonka, Małgorzata Potocka, opowiada o miłości do tańca i Jana Nowickiego, za którego wyszła po 30 latach rozłąki

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Na pewno wiele kobiet zazdrości Pani małżonka. Co czuje kobieta, której udało się zdobyć ikonę wolności kawalerskiej?
- Przede wszystkim jest szczęśliwa, ale ma świadomość, jak wyjątkowym partnerem jest Jan Nowicki, któremu nie jest łatwo sprostać. Pokochałam Jana 30 lat temu i od tamtej pory jest w moim sercu. Życzyłabym sobie jedynie, żebyśmy nie byli rozczarowani decyzją, którą razem podjęliśmy.

Pani związek to niezwykle romantyczna historia, która mogłaby posłużyć za materiał na film. Również od filmu wszystko się zaczęło...
- Tak, pierwszy kontakt z Janem Nowickim miałam na planie "Wielkiego Szu", gdzie grał, a ja tańczyłam z moim baletem Sabat. Byłam nim zafascynowana, jak każda dziewczyna pod urokiem najprzystojniejszego wówczas polskiego aktora, który nie schodził z ekranów. To była młodzieńcza miłość - piękna, a zarazem burzliwa. Jednak Jan dużo grał w teatrze, a ja już wtedy jeździłam po świecie z grupą baletową Sabat, więc nie mieliśmy czasu, by zająć się sobą i naszą miłością. Rozstaliśmy się, ale gdy teraz się zeszliśmy, czuję, jakby te 30 lat w ogóle nie upłynęło.

Można powiedzieć, że życie pisze Pani scenariusze z happy endem?
- Mam bardzo dużo szczęścia. Moje życie - zawodowe i prywatne - było bardzo kolorowe. Przeżyłam porwanie statku Achillo Lauro, przeszłam przez wszystkie etapy: tragedię, łzy, wreszcie podniesienie się i szczęście.

Po takich kolejach losu trudno nie wierzyć w przeznaczenie.
- Głęboko wierzę w opatrzność, bo doświadczyłam jej na własnej skórze. Mam swojego anioła stróża, który daje mi wsparcie i pozwala pięknie żyć, a w najtragiczniejszych momentach ratuje. Trzeba cieszyć się życiem i wierzyć, że po ciężkich chwilach przychodzi czas piękny i pozytywny.

Na szczęście nawet po dramatycznych przeżyciach i kolejach losu zawsze udawało się wychodzić na prostą...
- To prawda. Jestem artystką wychowaną w komunie, ale kiedy stworzyłam swój zespół, los się do mnie uśmiechnął. Po angażu do telewizji szybko stałam się popularna, po czym zainteresował się mną zagraniczny impresario. Zaczęłam jeździć z występami po świecie. W Polsce w okresie rozkwitu bigbitu występowałam z Krzysztofem Krawczykiem, Skaldami, Niebiesko-Czarnymi, a za granicą z: Donną Summer, Rayem Charlesem, zespołem The Platters, z włoskimi gwiazdami. Było pięknie, spotkałam cudownych ludzi, przeżyłam wiele miłości i choć miałam sporo niekiedy tragicznych przygód, ze wszystkich wyszłam obronną ręką. Teraz moim mężem jest mój wymarzony mężczyzna, którego kocham, szanuję i podziwiam. Jak tu nie wierzyć, że ktoś steruje naszym życiem? Jeśli coś nie wyjdzie, nie można się załamywać. Wszystko w życiu jest po coś. Trzeba chcieć się trochę poboksować z życiem, bo ono lubi, jak pokonujemy przeszkody i dochodzimy do celu. Ja zawsze stawiam sobie bardzo wysoko poprzeczkę, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Mam w sobie żyłkę hazardzisty, czego najlepszym dowodem jest prowadzenie prywatnego teatru, który nie ma żadnej dotacji i żyje z własnej publiczności.

Nie bała się Pani podjąć ryzyka, otwierając własny teatr rewiowy, który był w Polsce nowym zjawiskiem?
- Występowałam w teatrach rewiowych na świecie, więc widziałam, że taki repertuar się podoba, a spektakle przyciągają publiczność, jeśli są robione profesjonalnie i występują w nich znakomici artyści, a ja takich wykonawców angażuję. Są ambitni i kochają to, co robią, a to udziela się publiczności, która to czuje, jest zachwycona i chętnie wraca.

Po latach odnalazła Pani prawdziwą miłość. W życiu zawodowym też osiągnęła Pani pełnię?
- Zawsze chciałam przywrócić tradycje przedwojennych teatrów rewiowych. Interesowało mnie połączenie teatru musicalowego z pięknem tańca rewiowego, w którym liczy się świetny balet, znakomici wokaliści i niezwykle barwne kostiumy. I taki Teatr udało mi się stworzyć, który jest spełnieniem, pasją i moją miłością.

Zamierza Pani pozostać wierna tańcowi?
- Zawsze była i jestem jemu wierna. Taniec to całe moje życie i zwieńczenie zawodowych marzeń. Jestem dumna, że stworzyłam Teatr, który jest wizytówką Warszawy Mam poczucie, że warto było zaryzykować.

Krótko była Pani związana z Teatrem Wielkim i repertuarem klasycznym. Już wtedy ciągnęło Panią do stworzenia czegoś wyjątkowego?
- Gdy przez 7 lat występowałam w Teatrze Wielkim jako tancerka klasyczna, jednocześnie tworzyłam balet Sabat. Nigdy do końca nie odnajdywałam się w klasyce, taniec ten uważałam za kostyczny, zimny i zbyt techniczny. Dlatego w moim autorskim teatrze wzbogaciłam go o elementy tańca nowoczesnego, pełnego kobiecości i seksapilu, Broadwayowskiego jazzu i innych współczesnych stylów.

Inspiracją były pobyty na stypendium w Paryżu i na Broadwayu?
- Do połączenia klasyki z tańcem nowoczesnym i nowatorskich kombinacji stylów ciągnęło mnie od początku. Już w wieku 13 lat, ucząc się w szkole baletowej, wystąpiłam na Jazz Jamboree, byłam w grupie eksperymentalnej tańca nowoczesnego. Broadway mnie oczarował. To, czego się tam nauczyłam, połączyłam z doświadczeniami z Moulin Rouge czy Lido. Elementy z rewii były dla mnie inspirujące, choć cała idea paryskiej rewii nie do końca do mnie przemawia. W oparciu o doświadczenie stworzyłam w Warszawie styl Małgorzaty Potockiej, który ma w sobie również elementy broadwayowskich i paryskich teatrów muzycznych. W proponowanych przeze mnie spektaklach zawsze jest myśl przewodnia, co w światowych rewiach jest rzadkością. Osoby z wielkiego świata, które bywają w Sabacie, dostrzegają tą różnicę.

Nigdy nie kusiło, żeby zostać za granicą? Zawsze chciała Pani powrócić do Polski, by realizować własne pomysły artystyczne?
- Miałam wiele satysfakcji z występów z moją grupą baletową Sabat za granicą, ale zawsze marzyło mi się, aby Teatr Rewiowy powstał w Polsce, i kiedy poczułam, że jestem już zmęczona wiecznym życiem na walizkach, postanowiłam taki teatr stworzyć w Warszawie. Podejmując wielkie ryzyko wraz z wiarą w powodzenie mojego przedsięwzięcia podjęłam to wyzwanie i stworzyłam dla mojej kochanej Warszawy Teatr Sabat.

Czy zachwytowi nad osobowością współmałżonka towarzyszy podziw dla dokonań artystycznych?
- Oczywiście jest on jednym z najwybitniejszych polskich aktorów, pamiętam jego wielkie role w Teatrze Starym, jak również wybitne kreacje filmowe. Jan jest laureatem wielu nagród, jednocześnie bardzo skromnym człowiekiem i pełnym pokory artystom.
Gdy się go bliżej pozna, odkrywa się jego wrażliwość i chłopięcą naturę, jak również wielkie przywiązanie i miłość do miejsca, w którym się urodził, ukochanego Kowala. Mój mąż lubi bywać w moim teatrze, jest moim autorytetem, cenię jego rady i uwagi, wspiera mnie, kiedy jest taka potrzeba.
Tworzymy dojrzały związek i potrafimy być razem, zachowując niezależność w swoich zawodach i przyzwyczajeniach. To bardzo ważne, by nie ingerować w swoją sztukę, swój własny świat, lecz te dwa różne światy pięknie połączyć.

Jak wspomina Pani czasy swoich występów w paryskiej rewii, na Broadwayu?
- To była niesamowita przygoda. Na lekcjach tańca panowała wyjątkowa atmosfera, kolorowi tancerze wnoszą niesamowitą dynamikę w tańcu lepiej czują rytm i mają niezwykłą harmonię ruchu. Moje zetknięcie z afrokubaną było wspaniałe. Zawsze miałam skłonności do tego rytmu, co w Ameryce nie uszło uwagi. Okrzyknięto mnie białą Murzynką i namawiano, żebym została i tańczyła z nimi. Z drugiej strony Ameryka mnie przytłaczała, nie czułam się bezpiecznie. Nie chciałam zostawać tam dłużej. W Paryżu z kolei zachwyciła mnie oprawa sceniczna spektakli, niezwykłe kostiumy i feeria barw na scenie, natomiast sam poziom rewii pozostawia wiele do życzenia. W kabarecie francuskim liczy się ciało, tam tancerki tańczą topless, a ja tego nie lubię. Nago można pląsać, a nie tańczyć. Rewia paryska jest dla mnie za lekka i za prosta, za to nauczyła mnie, jak pięknie można przyozdabiać artystów, i pokazała, że kostium jest scenografią, co wykorzystuję w swoich spektaklach.

Co jest głównym kryterium decydującym o doborze tancerek do Sabatu?
- Przede wszystkim profesjonalizm. Tancerka musi mieć min. 170 cm wzrostu, ale jednocześnie skończoną szkołę baletową i to "coś" przyciągające uwagę widzów. U mnie tancerka uczy się elegancji, wdzięku, harmonii ciała, noszenia kostiumu i wyjątkowej dyscypliny w czasie spektaklu, na którą składają się również niezwykle szybkie zmiany kostiumów.

Jest Pani wymagającą szefową?
- Owszem. Nie uznaję bylejakości, bólu głowy, słabszego dnia. Wchodząc na scenę, trzeba zostawić wszystkie problemy w garderobie. Od siebie wymagam najwięcej, ale inni też muszą mieć wysoko ustawioną poprzeczkę. Jedynie tolerancyjna jestem dla moich zwierząt, którym pozostawiam całkowitą swobodę. One mogą mną rządzić.

Co musi mieć artysta, żeby wznieść się na wyżyny: talent, szczęście, upór, a może wszystkiego po trochu?
- Przede wszystkim talent i pasję, następnie odpowiednie wykształcenie i determinacje w dążeniu do celu. Jak również trochę szczęścia i wiarę w siebie.


Magazyn VIP to: Ekskluzywne czasopismo, kluby, marki, samochody | Elegancja | Ludzie biznesu | Luksusowy magazyn | Moda gwiazd Podróże artykuły |
Polskie gwiazdy | Profesjonalne salony urody | Relacje z podróży | Stylowe wyposażenie | Światowe sławy | Turystyka i rekreacja
Copyright by VIP Polityka, Biznes, Fakty (c) 2006 - Wszystkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie: Vega Internet Studio
Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.