 Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Debiut w "Metrze" otworzył Katarzynie Groniec drzwi na deski teatru. I choć scena do dziś jest jej żywiołem, to przede wszystkim w solowej, autorskiej odsłonie, zgodnej z podszeptami tego, co jej w duszy gra. Po latach spędzonych w musicalu przyszedł czas na muzyczną podróż własnymi ścieżkami
Przyjazd do Warszawy i udział w "Metrze" był przygodą czy biletem do kariery?
- To już 18 lat. Z perspektywy czasu nawet nie wiem, jak to traktować. Na pewno mój debiut był widoczny, bo spektakl okazał się ogromnym sukcesem. Był 1991 rok, wchodziliśmy w nowe realia, otwierały się nowe możliwości, o których wcześniej się nie śniło. Wszystko co nowe, barwne, energiczne i pełne pozytywnych emocji, było chętnie przyjmowane przez publiczność. Ludzie byli zgłodniali czegoś innego, młodego. Patrząc dziś na ówczesne realia, sukces "Metra" w ogóle nie dziwi. To wydarzenie zdeterminowało mój pobyt w Warszawie i spowodowało, że zaczęłam poważnie myśleć o sobie w tym zawodzie. Do tego szybko się okazało, że można się z tego utrzymać i to naprawdę nieźle jak na tamte czasy. Udział w "Metrze" dał mi pewność, że dobrze wybrałam.
Czy główna rola w kultowym dziś musicalu wpłynęła na Pani późniejszą karierę solową?
- Nie, moja kariera solowa zaczęła się stosunkowo niedawno. Z Buffo odeszłam w 2000 roku, po 7 sezonach. Wtedy tak naprawdę zaczęłam myśleć o sobie jako odrębnym organizmie. Do tego momentu funkcjonowałam w zespole - nawet jeśli jako gwiazda czy osoba bardziej rozpoznawalna niż pozostali artyści, to nie miałam poczucia odpowiedzialności za to, co robię. W dużym uproszczeniu: był reżyser, który mnie obsadzał w tej czy innej piosence, ja ją wykonywałam i na tym moja rola się kończyła. Trwanie w teatrze było dość wygodne, przynosiło korzyści materialne i spokój - przynajmniej pozorny - że jestem zabezpieczona, ale z drugiej strony mocno rozleniwiało. Uznałam, że to ostatni dzwonek, by zacząć podejmować decyzje w swoim imieniu.
Ale mimo szeregu płyt i drogi solowej nie odcina się Pani od teatru?
- To prawda, pojawiają się co jakiś czas propozycje. Dla osoby takiej jak ja, która jest kreatorem tego, co się wydarzy w życiu, to jest pewien oddech, poczucie spokoju, że przez moment nie muszę sama kombinować, co dalej. Poza tym to strasznie miłe, gdy ktoś w ogóle zwraca się z taką propozycją, ale prawie 10 lat bycia panią własnego losu przyzwyczaiło mnie do tego, że to ja decyduję. Dlatego przyjmując rolę, muszę rzeczywiście czuć, że wchodząc w dane przedstawienie, nie popełniam błędu, choć z drugiej strony nie da się tego przewidzieć, bo prawie do końca nie wiadomo, w jakim kierunku podąży wyobraźnia reżysera.
Siłą Pani twórczości - oprócz tekstów, muzyki i charakterystycznego wokalu - jest interpretacja. Stojąc na scenie, koncertując, czuje się Pani aktorką czy wokalistką?
- Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu śpiewam piosenki tak, jak umiem. Filtrując przez swoje poczucie estetyki, budując muzyczne opowieści, próbuję stworzyć coś w rodzaju teatru. Świata, do którego ludzie na widowni będą chcieli wejść i w nim uczestniczyć. Nie czuję się aktorką, raczej piosenkarką.
Utożsamianie Pani z piosenką aktorską jest krzywdzące?
- Dlaczego? Tak naprawdę trzeba by sobie zadać pytanie, czym jest piosenka aktorska, bo obawiam się, że rozmawiamy o jakimś terminie, a każda z nas ma na myśli coś innego, a wtedy gadał ślepy o kolorach. Czy Brel, Yves Montand uprawiali piosenkę aktorską? Ludzie muszą mieć jakieś szuflady, lubią szeregować i przyklejać etykietki, na przykład tytułując osoby, które pojawiają się w show biznesie mianem "polskiej Angeliny Jolie" albo "nowej Ewy Demarczyk". Niestety to, do jakiej szufladki się dostaniemy, czasem udupia nas na całe życie. Piosenka aktorska jest piosenką z interpretacją, która nie leci w tle przy porannej kawie, ale nikt nie wymyślił dotąd na tyle trafnej definicji, żeby dopasować ją do zjawiska. Ma zabarwienie pejoratywne, bo kojarzy się z nudą wiejącą od pana lub pani w czerni, nie bardzo trafiających w dźwięki, za to pięknie melorecytujących. To już dawno nie jest ten kierunek.
Na pewno w społecznym rozumieniu piosenka aktorska uchodzi za niemodną.
- A co dzisiaj jest modne? To, że wszyscy czegoś słuchają, nie znaczy, że wszyscy mają rację. Zazwyczaj jest odwrotnie, gdyż to, co karmi gusta szerokiej publiczności, to zwykle rzeczy lekkie i często prostackie. O ile w prostocie jest piękno, to w tym, co prostackie, go nie uświadczysz.
Świadomie idzie Pani własną ścieżką, nie szukając rozgłosu, nie pchając się na listy przebojów. Własna agencja fonograficzna daje poczucie swobody i niezależności?
- Daje przede wszystkim poczucie, że nikt mnie nie robi w konia, twierdząc, że wykonał ruch, który faktycznie nie został wykonany. W dużej firmie fonograficznej było mało prawdopodobne, że załoga rzetelnie zajmie się takimi projektami, jak moje, ponieważ nie przyniosą one spektakularnego zysku. Mając w zanadrzu wykonawców, którzy taki zysk przyniosą, bo trafią do szerokiego grona słuchaczy, duża firma fonograficzna stawia na ich promocję. Myślę, że pożegnaliśmy się bez żalu z obu stron. Później na chwilę zakotwiczyłam w małej wrocławskiej firmie, z którą współpraca była bardzo zadowalająca, ale po głębokiej analizie doszłam z przyjaciółką do wniosku, że na dobrą sprawę praca ta nie wymaga niczego, czego nie mogłybyśmy same dokonać. Więc dlaczego nie?
Najnowszy program z interpretacjami piosenek Elvisa Costelli to swoiste show estradowe z fotografiami w tle, na których przez sugestywną charakteryzację wciela się Pani w skrajnie różnych bohaterów utworów, od dziewczyny po starca. Skąd pomysł na zerwanie z charakterystycznym dla Pani minimalizmem i kameralnością?
- Sam materiał narzucił taki pomysł. "Listy Julii" to 17 listów różnych postaci, pisanych przez starca, dziewczynę, dziecko, młodego faceta. Piszą o swoich osobistych dramatach, przeżyciach - niekiedy smutnych, innym razem śmiesznych. Ponieważ rzeczywiście jestem minimalistką jeśli chodzi o liczbę rekwizytów na scenie równą 0, bardzo mi zależało na utrzymaniu tej tendencji. Chciałam uniknąć pójścia na łatwiznę: wkładania na scenie peruki, doczepiania brzucha czy przyklejania wąsów, co bywa żałosne i najbardziej oczywiste. Poszukałam szlachetnego sposobu, żeby zaznaczyć różnice charakterologiczne między postaciami, nie zmieniając niczego w sobie na scenie, a zarazem będąc medium tych postaci. Muzyka nie jest łatwa i też narzuca pewien sposób myślenia na temat śpiewania i interpretacji piosenek. Stąd powstał pomysł użycia mnie samej w 17 odsłonach. Pojawiam się jako 80-letni staruszek, jako kobieta w moim wieku, 20-letnia dziewczyna, wredna ciotka, łysy kibol.
Zatem przy okazji poszukiwań muzycznych i sposobów na dotarcie do słuchacza dobrze się Pani bawiła, przeobrażając się radykalnie podczas sesji zdjęciowej.
- Realizacja wszystkich tych odsłon, oddających poprzez charakteryzację charakter postaci, była świetnym przeżyciem. Ogromna w tym zasługa fantastycznej ekipy z dużą dawką pozytywnej energii. Poza tym taka transformacja w przeciągu 3 dni: postarzania i odmładzania się na przemian, zmiany koloru włosów, sposobu bycia, a nawet płci, bardzo pomogła mi w poszukiwaniu interpretacji kolejnych piosenek, rozjaśniając w głowie, kto je śpiewa i po co.
Co łączy te utwory?
- Przede wszystkim historia powstania. Costello wyczytał w gazecie, że w Weronie żył niegdyś profesor, który odkrył, że ludzie piszą listy do fikcyjnej postaci - Julii Capuletti. Na niektóre nawet odpowiadał. To zainspirowało go do stworzenia płyty. Większość utworów jest o miłości. Mamy zdradzoną kobietę, dziecko, które pisze list, bo rodzice się rozstają, "szalonego Romeo" koło 40, kompletnie bezradnego po śmierci żony i usiłującego przywołać jej ducha, starca, który próbuje pogodzić się z przyjacielem, ale świadomość, że ten przed laty ożenił się z kobietą, która była i wciąż jest miłością jego życia, nie pozwala mu wybaczyć. To fantastyczne historie i charaktery.
Zadebiutowała Pani przekładami "Listów Julii" Elvisa Costello. Trudno było sprostać temu zadaniu? Łatwiej się tłumaczy, czy pisze własne teksty?
- Myślę, że łatwiej robić tłumaczenia, choć łatwiej nie znaczy łatwo. Trzeba się zmieścić w muzyce, pilnować melodii, która determinuje frazy, uważać na transakcentacje i pamiętać, że tekst po angielsku brzmi zupełnie inaczej niż po polsku. Od niektórych utworów uciekłam, tworząc nowe teksty, inspirowane Costellą, inne udało się przetłumaczyć niemal 1:1. Mimo, że nie było łatwo, praca nad przekładami była w pewnym sensie zabawą. Znacznie trudniej niż przetwarzać tekst już istniejący jest wykreować nowy, począwszy od pomysłu.
Skąd taki właśnie wybór repertuaru?
- Praca nad twórczością Costelli była cudnym doświadczeniem. Dla mnie to fantastyczny materiał, a przy tym trudny, co też jest pociągające i powoduje, że mam ochotę się z nim zmierzyć. Elvis Costello nagrał ją z Brodsky Quartet, czyli kwartetem smyczkowym, my gramy z kwartetem dętym i sekcją rytmiczną, co nadaje utworom zupełnie inne brzmienie. Świeże spojrzenie na materiał dało nową jakość. A płytę "The Juliet Letters" mam od czasu wydania w 1993 roku i uwielbiam jej słuchać, zwłaszcza w samochodzie.
Dawna miłość.
- Dokładnie, stara miłość nie rdzewieje.
Odnajduje Pani w sobie coś z szekspirowskiej Julii?
- Pewnie. Chyba każdy, bez względu na to, ile ma lat, marzy o cudownym, czystym i pięknym uczuciu, uskrzydlającej miłości, którą karmią nas literatura i... komedie romantyczne.
Ale to tylko sfera marzeń?
- Do pewnego stopnia tak, bo naturalne jest, że wszystko się zmienia, miłość też - począwszy od poznania, przez fazę zakochania, po ewentualne trwanie ze sobą. To od nas zależy, czy związek trwa, jak trwa i w jakim kierunku podąża.
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że miłość jest motywem przewodnim całej Pani twórczości i przybiera różne odcienie od smutku, przez ból, po nienawiść. Dziś patrzy Pani na nią z większym optymizmem?
- No cóż, po 30 nie ma już sytuacji mało skomplikowanych. Wszystkie relacje damsko-męskie są zagmatwane. Każdy niesie za sobą bagaż doświadczeń i zaszłości, w związku z czym taka miłość pierwsza i czysta jak między Romeem i Julią jest mało prawdopodobna. Zawsze będzie to uczucie piękne, ale już nie wolne od lęków. W życiu, a tym samym w miłości, nie ma sytuacji jednoznacznych. Zawsze jest też szereg alternatywnych rozwiązań i wyjść z sytuacji, a rozterki towarzyszą człowiekowi na każdej płaszczyźnie. Na pewno trudniej jest napisać coś, co miałoby pozytywny wydźwięk i nie byłoby reggae.
Niekiedy jest Pani minimalistyczna, wyciszona, innym razem drapieżna, szalona, prześmiewcza. Lubi Pani takie przeskoki nastrojów, balansowanie między skrajnościami?
- Lubię, choć dobierając utwory pod kątem koncertu, nie układam ich na zasadzie "smutny, wesoły, smutny, wesoły...". Próbuję zbudować dynamikę całego koncertu, zawrzeć go w jakichś ramach, mając świadomość dążenia do punktu kulminacyjnego, po którym można łagodnie koncert zakończyć. Myślę, że najbliższe jest mi dzielenie występu na pół - w pierwszej części śpiewam piosenki autorskie, zróżnicowane dynamicznie, ale osadzone w konkretnym stylu, a w drugiej zaczynam bawić się piosenkami kabaretowymi, bo jak wiadomo ludzka percepcja ma swoje granice i w pewnym momencie trzeba uderzyć w lżejsze tony, żeby na koniec dopowiedzieć jeszcze coś ważnego.
Czy poza sceną też potwierdza Pani regułę, że kobieta zmienną jest?
- Oczywiście zdarza mi się balansować między euforią a totalnym dołem, ale mam świadomość, że to nie jest dobre. Staram się wyznawać filozofię środka i do tego celu dążyć poza sceną.
Wizerunek artystki smutnej i melancholijnej jest więc kolejnym stereotypem?
- Skoro śpiewam takie, a nie inne piosenki, nie jest całkiem bezzasadny. Śpiewam oczywiście utwory dynamiczne i kabaretowe, co też nie znaczy, że jestem wesołkiem. Na pewno nie jestem osobą, która totalnie nie przystaje do tego, co wykonuje. Lubię swój repertuar i dobrze się w nim czuję, ale nie popadajmy w skrajności. Mam wrażenie, że niektórzy odbierają mnie jako osobę, która ma permanentnego doła. I ci są w błędzie, choć w okresie od października do marca chyba każdemu zdarzają się nieszczególne nastroje. Mało jest osób, które nie reagują na aurę i nie poddają się wszechogarniającej ciemności, jaka panuje wówczas od godziny 15.
Chwile wyciszenia są najbardziej twórcze?
- Bardzo lubię ciszę. Czasem przed snem pojawia się fajny pomysł, który zapisuję na karteczce, a rano ją drę, bo okazuje się do niczego. Albo pod prysznicem - woda też działa pobudzająco.
W piosence "Czas" z płyty "Przypadki" zadaje Pani sobie pytanie: "Co ze mną zrobił czas?". Udało się znaleźć odpowiedź?
- To pytanie pozostanie retoryczne. Od czasu do czasu pojawia się tęsknota za małą dziewczynką, którą byłam, za poczuciem otwartości i wiary, że jeszcze wszystko można, które towarzyszy ludziom młodym. Myślenie: "Jeszcze jak by się człowiek uparł, to mógłby zostać astronautą". Już teraz nie mogę, ale z utęsknieniem czekam na loty turystyczne w kosmos, bo taka przygoda od dawna mi się marzy.
Dla chcącego nic trudnego.
- Fakt, może dożyję takiej chwili, że nie tylko miliarderzy będą mogli skorzystać z tej możliwości. Byłabym zachwycona, mogąc sobie wykupić lot statkiem kosmicznym dookoła Ziemi. Był kiedyś konkurs internetowy, w którym losowano śmiałka wysyłanego w nagrodę z ekipą na orbitę. Pamiętam, że bardzo się zapaliłam. Wtedy 7-letnia wówczas Mania z płaczem prosiła: " Mamit, nie leć w kosmos", więc odpuściłam.
Dziś też by protestowała?
- Teraz wysłałaby mnie pierwszą. Skończyła właśnie 16 lat i myślę, że z wielką radością wsadziłaby mnie w rakietę i wysłała na orbitę okołoziemską.
Odnajduje Pani w córce siebie sprzed lat, te same problemy?
- Tak, to lustro, a czasem krzywe zwierciadło. Tyle, że ona - mam wrażenie - przeżywa wszystko dużo silniej, intensywniej. Albo to ja się wyciszyłam i jako dorosły człowiek nie pamiętam, że emocje i przeżycia z tego okresu miały aż tak dramatyczny wymiar.
Łatwo nawiązać Paniom kontakt? Są Panie przyjaciółkami?
- Jestem przede wszystkim matką. Przyjaciółki nie trują na temat ocen i bałaganu w pokoju. Wolę, żeby przyjaźniła się z koleżankami w jej wieku. Wierzę, że ja jestem od czegoś innego, i tego się trzymam.
Wbrew modzie na kumpelskie relacje z dziećmi i bezstresowe wychowanie...
- Chyba nie załapałam się na tę modę. Jak tu bezstresowo wychowywać, skoro jestem cholerykiem, który nabiera ludzi na pozorny spokój, podczas gdy pod płaszczem opanowania aż wrze. Łatwo się zapalam i w jednej sekundzie wybucham, więc mam świadomość, że w niektórych sytuacjach niełatwo się ze mną rozmawia, a Mania jest jedyną osobą, która potrafi wywołać we mnie taki stan bardzo szybko.
Po prostu ma talent...
- Się wie. Ogromny. Gdyby płacono za to, jak mnie zdenerwować i pośmiać się z widoku mojej osoby w stanie rozjuszenia, zbiłaby majątek. Na swoje usprawiedliwienie - staram się liczyć do 10.
W prasie konsekwentnie chroni Pani swoją prywatność. Płyty są na tyle osobiste, że można dzięki nim poznać Katarzynę Groniec? Obecność sceniczna to pewna forma ekstrawertyzmu?
- Raczej ekshibicjonizmu. To absolutnie konieczne. Inaczej byłabym po prostu nieuczciwa.
Słowa "Listu do wroga": "Mój drogi wrogu/ dzięki Ci, że jesteś/ (...) na złość Ci żyję,/ jestem, myślę, kocham..." to deklaracja siły, czy kobieca przekora?
- Zdecydowanie siły.
Ma jej Pani więcej niż eteryczności?
- Tak. Na delikatność sobie pozwalam, natomiast sposobem bycia musi być rzetelność i pragmatyzm, bo inaczej nie da się w życiu do niczego dojść.
Udało się Pani zaistnieć na scenie, wydać szereg autorskich płyt, zdobyć fanów, uznanie jurorów przeglądów piosenki, nagrody za kreatywność i osiągnięcia artystyczne. Jest satysfakcja i poczucie spełnienia, czy nadal niedosyt?
- Mnie osobiście spełnienie kojarzy się ze stagnacją. Z każdą płytą staram się stawiać sobie wyżej poprzeczkę, i gdy ją wydam, mam poczucie, że oto nadciągnął kres. Poczuciu temu towarzyszy obawa, że już nic więcej nie wymyślę i nie zechcę robić. Możliwe, że źle rozumiem to pojęcie. Może spełnienie jest rodzajem błogości. Ale czy z takim poczuciem chce się cokolwiek robić? Ile może trwać błogostan, zanim zamieni się w nudę? Bardziej skłaniałbym się ku poczuciu szczęścia i bezpieczeństwa, choć niewykluczone, że to właśnie niebezpieczne elementy spełnienia.
Fot. Tomasz Kulak





|