 Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
Przedmiotem jego drwin jest scena polityczna, którą ukazuje w krzywym zwierciadle. Nie gardzi wydarzeniami i osobami publicznymi, które w humorystyczny sposób śmiało poddaje krytyce. Swoją kreską i swoim dowcipnym komentarzem nie oszczędza też zwykłych śmiertelników, których przyłapuje nawet w sypialni. Niezależnie od okoliczności Henryk Sawka zawsze ma w pogotowiu przybornik rysownika, głowę pełną pomysłów i wzrok skierowany tam, gdzie dzieje się coś wartego podkreślenia i nakreślenia
Trudno satyrykowi uciec od polityki?
- Trudno. Polityka dopada nas wszędzie.
W jednej z wypowiedzi na zarzut, że nie lubi Pan Wałęsy, odparł Pan, że ocenia Pan urząd, a nie człowieka. Dziś te słowa są nadal aktualne?
- Zawsze. Nie oceniam aktorów, oceniam role. Tak się składa, że Lech zagrał parę ról oskarowych i parę zasługujących na "Maliny", przyznawane za porażki. Na szczęście oskarowe przeważają.
Żeby powstał rysunek, trzeba Pana rozśmieszyć, czy raczej Panu podpaść?
- Jedno najczęściej idzie w parze z drugim.
Kiedyś porównał Pan swój ołówek do karabinu snajperskiego wymierzonego w polityków. Czy ma on też w sobie coś z zaczarowanego ołówka, który może zmieniać rzeczywistość?
- Dzieje świata i dzieje satyry politycznej pokazują, że żadna krytyka jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Adresaci najbardziej zjadliwych żartów nigdy nie biorą tego do siebie. Zawsze winni są inni. Nie ja, nie my, tylko oni. Żaden ołówek nie zmienia rzeczywistości, może ją jedynie oswoić, uczynić mniej straszną, pozbawić patosu i obedrzeć z pozornej powagi.
Jedna z serii rysunków poświęcona jest z głośnym przygotowaniom do Euro 2012. Czy prace te są wyrazem niewiary, że nie podołamy organizacji mistrzostw?
- Jasne, że możemy nie podołać. Nie ma rzeczy, której nie da się spartolić. Pewnie jednak się uda, a jak nie, to przynajmniej przybędzie parę kilometrów autostrad. Dobre i to.
W najnowszej książce "Sceny z życia małżeńskiego według Sawki komentuje Rafał Bryndal" bierze Pan na warsztat stosunki damsko-męskie i sekrety alkowy. Erotyka zawsze ożywia towarzystwo, a czym najbardziej bawi?
- Tym, że każdy może tam odnaleźć siebie lub coś dla siebie. To temat rzeka od najdawniejszych czasów i ciągle rozwojowy. Jak potrzeba picia, jedzenia i politykowania.
Do tego dobrze się sprzedaje...
- Ten temat zawsze dobrze się sprzedaje, bo jest każdemu mniej lub bardziej bliski, niezależnie od płci, wykształcenia czy poglądów politycznych.
Łatwo odnalazł Pan wspólny język z Rafałem Bryndalem, komentatorem Pańskich prac?
- Rafała znam jeszcze z czasów, kiedy bawił się w studencki kabaret. Ja też miałem taki epizod. Stąd nasze poczucie humoru jest mocno zbliżone. Takie wspólne doświadczenie pokoleniowe.
W przypadku rysunków satyrycznych liczy się zmysł obserwacji i inteligentny dowcip. Jak mają się te zdolności do talentu plastycznego?
- Kreska jest ważna, to jak własny styl mówienia. Rysownik, podobnie jak kabareciarz, nie musi kończyć szkół artystycznych. Tu potrzebny jest własny, niepowtarzalny sposób wypowiedzi, który zaintryguje odbiorcę, przykuje jego uwagę.
Ostrze słowa i kreski ma porównywalną moc?
- Estradowiec może mieć stały tekst i tylko zmieniać publiczność. Rysownik co tydzień musi komentować bieżące, wciąż zmieniające się wydarzenia.
Przez 25 lat stworzył Pan ponad 12 tys. rysunków. Można wnioskować, że niezależnie od czasów powodów do śmiechu nie brakuje?
- Każdy dzień to nowe wyzwanie. Od momentu przebudzenia się zaczynam grać w teatrze zwanym, nie wiem dlaczego, rzeczywistością. Satyra pozwala zachować zdrowy dystans.
Bardziej inspirują doniesienia medialne, czy podpatrywanie życia z ukrycia?
- Media są nieocenione, ale rozmowa w inteligentnym towarzystwie też bywa inspirująca, bo pozwala poznać, co naród i społeczeństwo myślą nieoficjalnie lub po cichu.
Długo trwa zanim z zasłyszanej informacji, podpatrzonej scenki, pomysłu powstaje dymek?
- To dzieje się błyskawicznie. W mgnieniu oka, ułamku sekundy.
Przed publikacją ktoś oprócz Pana ogląda rysunki i ocenia je krytycznym okiem? Jeśli tak, to jak przechodzą próbę?
- Żona, przyjaciele są nieocenionym wsparciem, kiedy ma się wątpliwości, którą wersję wybrać. Lubię konsultować, choć i tak ostateczną decyzję muszę podjąć sam.
Silniejsza jest w Pana odczuciu cenzura zewnętrzna czy autocenzura?
- Najważniejsze jest poczucie dobrego smaku i dbanie o jakość artystyczną, poziom dowcipu.
A ocenianie innych podczas jurorowania na przeglądach kabaretowych przychodzi łatwo?
- To nie wymierne jak "Taniec z gwiazdami", ale nie mam z tym problemu, tym bardziej, że oceniam na ogół w fachowym gronie.
Polscy kabareciarze Pana śmieszą? Ma Pan swoich faworytów współczesnej sceny kabaretowej?
- Lubię Kabaret Moralnego Niepokoju, Konia Polskiego, Łowców B., Maćka Stuhra, Hrabi, Ciacha... Właściwie wszystkich, którzy mają dobre skecze. Choć z tym czasem różnie bywa, zresztą jak z rysunkami.
Zamiłowanie do kabaretu Koń Polski to nie jedyne, co wiąże Pana z końmi. Jest Pan znanym miłośnikiem hippiki, zwłaszcza górskich wypraw na hucułach. Co zapoczątkowało tę pasję?
- Kiedyś Tomek Stockinger dał mi namiar na ośrodek "U Zosi" w Zdyni, w Beskidzie Niskim, i tak już od lat spędzam tam wiele niezapomnianych chwil każdego roku. A konno, oczywiście, jeżdżę od zawsze, choć teraz wyłącznie krajoznawczo. Nie ma bardziej romantycznej przygody niż podziwianie dzikich ostępów na końskim grzbiecie.
Podczas urlopu i czasu na rekreację też towarzyszy Panu kartka i ołówek, czy wtedy wybiera Pan wolność od szkicownika?
- Niestety, tam też trochę pracuję - aktualność przede wszystkim. Na szczęście laptop, mały skaner i wszechobecny Internet pozwalają nadawać z głuszy, bez konieczności jej opuszczania.
Fot. Radek Kurzaj / HenrykSawka.pl



|